Palce (opowiadanie)

Bogusz Jan Szulc

 

 W tym mieście każda noc pachnie twoim spoconym ciałem. Te ulice, gdzie szarość odbija się w wystawach pełnych luksusowych towarów, zdają się pamiętać każdy nasz krok. A tu, na tym rogu miałaś żółtą sukienkę, przepasaną... A tam, w tamtej bramie, oczy tak nieprzyzwoicie niebieskie. Każdy oddech tego miasta wzbija w powietrze drżenie naszych słów, które ucichły już na dobre, a jednak są tu i gdyby tylko mieć czulszy słuch można by znów usłyszeć, jak przebiegają ciepłem wzdłuż kręgosłupa, aż po koniuszki palców, skryte w schodzonych butach.
Wiedziałem, że tak się stanie, wyjedziesz, odejdziesz, odpłyniesz za siedem gór, rzek i mórz. Na wskroś przez ocean. Starałem się zapomnieć, ale ten nieznośnie upojny zapach powracał za każdym razem niosąc zbitki niezrozumiałych myśli i lęków. Więc czekam, jak uparty stary pies, który widział już w swoim życiu wszystko i oślepł - dla świętego spokoju.

 

Zima


Wszedł do izby. Temperatura oscylowała gdzieś w okolicy ośmiu kresek powyżej zera. Straszny ziąb - pomyślał i odruchowo spojrzał w kierunku pieca. Drewna nie było. Trzeba przynieść z komórki, porąbać, rozpalić i dopiero wtedy można myśleć co dalej. Zabrał karbidową lampkę i wyszedł z domu. Śnieg trzeszczał jak oszalały pod jego stopami. Nie ma przyjemniejszego dźwięku niż chrzęst świeżego śniegu - tutaj był go taki nadmiar, że przestał go dostrzegać. W mieście pewnie plucha - pomyślał i przez chwilę znów z naiwną rozkoszą wsłuchiwał się w ten dźwięk. Dębowe klepki - odpady z pobliskiego tartaku, ustępowały jedna po drugiej ostrzu siekiery. Rąbanie drewna ma tą zaletę, że nawet w najtęższe mrozy, człowiek rozgrzeje się przyzwoicie. Wziął ogromny wór wypełniony klepkami i poczłapał do domu. Zimno na powrót zaczęło wnikać w jego ciało. Wrzucił do paleniska kilka szczap i polał ropą. Kawałek szmatki w jego dłoni buchnął pomarańczowo-żółtym płomieniem i opadł na stertę drew. Piec zahuczał. Przez kilka pierwszych minut patrzył w ogień, raz po raz dokładając do niego. Zamknął drzwiczki. Lampka karbidowa zaczynała przygasać. Nacisnął kontakt, no tak, przecież nie ma prądu. Spojrzał w kierunku stojącego w kącie komputera. Cóż za dziwne czasy, żeby poczuć namiastkę jej obecności potrzeba mi elektryczności.

Położył się na łóżku, dochodziła dziewiąta wieczorem. Mieszczuch na wygnaniu - pomyślał o sobie. Dobrze, że pociągi jeszcze jeżdżą i w zaledwie pół godziny można wrócić do tych ulic i zgrzytu tramwajowych kół. Ale nie mógł tam przebywać, nie teraz, nie w zimie. To wygnanie było dla niego błogosławieństwem i przekleństwem zarazem.

 

Jesień

 

To jutro. Tak, jutro. Jutro. Leżała na prawym boku plecami do niego, nie umiał powiedzieć czy spała czy nie. Jutro, jutro, jutro, jutro, kurwa... Spojrzał na cyferblat zegarka. Sekundnik szepnął kilka zaspanych sekund ku górze i rozpoczął kolejny spadek na dno. Dzisiaj.

 

Zima

 

Wyciągnął się leniwie. Lampka wypaliła się już zupełnie i jedynie żar paleniska oświetlał teraz pomieszczenie. Stary jak świat pies, który żył nadal przecząc wszelkiej naturze, przyczłapał i położył się obok pieca. Zdawało się, że każdy ruch wykonuje od niechcenia, tak jakby chciał powiedzieć „po co to wszystko?”. Nie zapytał o jego imię właściciela domu, mówił na niego po prostu Stary Pies. W oddali usłyszał trąbienie pociągu. Podniósł się na łokciach. Przypomniał sobie właśnie, że umówił się na wódkę, z takim jednym, dawno nie widzianym, a ostatnio przypadkiem napotkanym w tym mieście z którego go wygnało poczucie pustki. Dom znajdował się na zupełnym pustkowiu, jedynym budynkiem w zasięgu wzroku była zasmarkana stacja kolejowa, na której kilka razy dziennie zatrzymywał się prowincjonalny pociąg.
STUKANIE DO DRZWI
GOŚĆ: Ale kurwa ziąb.
ON: Jest zima, to musi być zimno.

GOŚĆ: A ty nadal bez prądu?

ON: Zerwało druty, dzwoniłem do elektrowni, ale mają to w dupie, dla jednej chaty pośrodku niczego, nie chce im się ruszać tyłków.

GOŚĆ: Ale przynajmniej masz klimat.
Gość wyciąga butelkę wódki i stawia na stole. Już nigdy nie będzie takiego lata.

 

 

Lato

 

- Co robisz? - zapytała obserwując go z poziomu kanapy.

- Nic. Zresztą... Nie, nic.

Wróciła do czytania. On wstał, podszedł do niej.

- To nie ma sensu - powiedział.

- Co nie ma sensu?

- Miłość.

- Nasza?

- Ogólnie.

- Wiem - wróciła do czytania.

Dotknął palcami jej czoła, tak jakby był ślepcem i chciał się upewnić, że nadal tam jest. Buzowała w nim niepewność, tym gorsza, że wywodząca się z pewności tego co miało się wkrótce stać. Cisza zaległa w domu. Cisza nieznośna i nietypowa dla tego miejsca zawsze wypełnionego głosami rozmaitych gości. Nacisnął przycisk na wieży stereo. Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości jak ty. Czy mogło być gorzej? Dlaczego akurat ta piosenka? Można wierzyć i nie wierzyć w to, że takie z pozoru przypadkowe zdarzenia są powodowane chichotem losu. Faktem jest, że czasem mogą znacznie więcej niż cały szereg zaplanowanych precyzyjnie działań.

 

Zima

 

Gdzieś na głębokiej prowincji pijemy wysokoprocentowy alkohol. Ciepło-zimno.

 

Lato

 

Upajał się jej pocałunkami, żądając jednego za drugim, tak jak nieznośnie rozwydrzone dziecko domaga się cukierków z paczki trzymanej w kieszeni rodziców. To był właśnie ten dzień w którym dzikie wiśnie poczerniały już całkowicie i niecierpliwiły się oczekując zerwania. Ciepłe południowe podmuchy podwiewały kurtyny firan. Błogość. Są takie chwile, kiedy chciałoby się zatrzymać bieg czasu i zostać już na zawsze w tej konkretnej. Zupełnie zobojętnieć na to, co być może, być musi i mogłoby być. Oddać się trwaniu. Otworzyła oczy i przez chwilę wpatrywała się w nieboskłon sufitu nad nimi.

- Zanim wyjadę chciałabym...

Czar chwili prysł. Cała teraźniejszość umknęła niczym spłoszona mysz pod naporem nacierającej przyszłości. Westchnął cicho, ale nie powiedział nic. Tylko w jego duszy coś pękło i rozlało się nieznośną goryczą po nie-ciele. Widocznie tak być musi.

 

Wiosna

 

Wzbierała niespodzianką wiosna, gdy odnalazł ją. To było tak niespodziane. Tak nieprawdopodobne, a zarazem tak oczywiste. Paradoksalnie cały ten romans rozpoczął się obietnicą odejścia.

- Rzucam wszystko, co znam - powiedziała - przyjaciół, rodzinę, dotychczasowe studia i wyjeżdżam daleko, nic mnie tu nie zatrzymuje, nie ma jednej osoby dla której mogłabym zostać w tym miejscu. Nie wiem czy cel, który sobie wyznaczyłam, jest dobry. Nic nie wiem, czy to nie jest piękne?

Tak naprawdę nie powiedziała tego tymi słowami. Powiedziała coś w stylu „wiesz, wyjeżdżam jesienią za ocean na studia”.

- Cóż za absurdalny pomysł - powiedział, zakochując się w niej właśnie w tym momencie.

 

Zima

 

Szumiało im w głowach, więc rozpoczęli rozmowę. Dyskusja pijanego z trzeźwym nie ma najmniejszego sensu, zaś pijanego z pijanym to zupełnie inny rodzaj przepływu myśli.

- Umysł ludzki jest piękny i jedyny w swoim rodzaju tylko dlatego, że dzięki zdolności myślenia abstrakcyjnego, potrafi dojść do tego właśnie wniosku - powiedział gość. - Z drugiej strony, czym różni się byt ludzki od bytu takiej dajmy na to ameby, poza tym, że człowiek sam w sobie jest miliard razy bardziej skomplikowaną strukturą? Ale tak zupełnie poza tym? Istnieją dokładnie na tych samych zasadach, podlegają tym samym prawom. Rodzą się i umierają, mają swój początek i kres w czasie i przestrzeni. Dlaczego zatem tylko człowiek domaga się dla siebie nieśmiertelności? Życia po życiu. Dlaczego miało ono by istnieć tylko w tym jednym jednostkowym przypadku? Dlaczego nie ma raju dla bezrozumnych ameb? Skoro żyją to w czym ich życie jest mniej warte od tego, który nieustannie sobie wszystko komplikuje, czyli człowieka? Wszystko wskazuje na to, że nasz rozum i świadomość własnego ja jest błędem, wybrykiem natury, który na szczęście nieustannie dąży do samounicestwienia. Na co nam ten rozum i wszystkie wyższe uczucia, sztuka i rutyna, potrzeba swojego miejsca w społeczeństwie, skoro i tak z momentem zerwania wątłej nici świadomości cały ogrom wszechrzeczy przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. Daliśmy sobie prawo do nadawania imion gwiazdom, choć tak naprawdę nie widzimy gwiazd tylko ich światło wyemitowane w głuchą przestrzeń przed milionami lat, czyli wtedy gdy nas jako istot rozumnych na tej planecie po prostu nie było. Dlaczego domagamy się, specjalnego „traktowania” i nie umiemy zaakceptować twórczej siły przypadku, nazywając i próbując zrozumieć swoim głupkowatym pojmowaniem każdą pieprzoną rzecz w tym wszechświecie?

Skończył i otarł usta rękawem. Pies, który miał lat tysiąc, ziewnął przeciągle. A więc to jeszcze nie koniec.

 

Jesień

 

Został sam. Na wielkim jak świat lotnisku, gdzie ludzie przechodzili obok mówiąc we wszystkich niezrozumiałych językach jakie tylko powstać mogły. Wszystko wirowało jednostajnie. Oto jest Babilon. Na jego ręce zostało jeszcze uczucie jej uścisku. Na ustach kropelki jej śliny. Zaraz to wszystko zniknie. Ziemia - niebo - ocean - niebo - ziemia. Ziemia - Niebo. Ziemia - Ziemia. Niebo - Piekło - Niebo. Ziemia.

Odszedł pozostawiając. Nie odwrócił się ani razu. Ze strachu? Chyba tak, choć był to strach w żaden sposób niewyjaśnialny. Dziecięcy i starczy zarazem. Zaczęło się nieznane.

 

Jesień

 

Na początku próbował. Próbował rozmawiać z nią przez internet, telefon, pisać listy, patrzeć na fotografie. Pojechał nawet do niej. Włóczył się jak bezdomny kot po obcym mu mieście, które wcale nie pachniało nią. Spędzali chwile razem, udawali rutynę sprzed tamtego dnia. Nic z tego nie wyszło. Wrócił. Nie umiał tak. Być i nie być blisko jednocześnie. Ona miała swój nowy wspaniały świat, wymarzoną krainę, której zew był o wiele istotniejszy od jego samotności, na którą skazała go wkładając tamtego wiosennego wieczoru swoją dłoń w jego.

 

 

Wiosna

 

Wyszedł z domu. Poznał ją i nic już nie było takie samo. Widział on w swoim życiu naprawdę wiele. Zaraz po szkole zaciągnął się na statek i pływał po zimnych morzach północy. Jednak szybko znudziło mu się to i wrócił na stały ląd do rodzinnego miasta, gdzie podjął studia literaturoznawcze. Cały czas było wokół niego wielu przyjaciół, którzy przychodzili i odchodzili, ale nikt nie liczył ich, ani nie numerował. Literatura także nie dała mu odpowiedzi na pytanie, co w życiu jest istotne, więc porzucił studia. Doszedł do wniosku, że mając te dwadzieścia jeden lat, trzeba wyzbyć się marzeń o byciu gwiazdą rocka czy księciem Persji. Starał się myśleć pragmatycznie. Zarabiać pieniądze, rozpoczął kolejne już studia, tym razem ekonomiczne. Ale pieniądze nadal nie potrafiły wypełnić jego pozornie idealnego życia. I właśnie wtedy kiedy zwątpił już zupełnie, że coś może nadać sens jego trwaniu. Wyszedł z domu. Poznał ją i nic już nie było takie samo.

 

Zima

 

Wódka skończyła się. Niedługo nastać miał ranek. Ciemny, ale jednak ranek. Pociągi znów ruszą ku miastu, jeszcze nim zgasną peronowe latarnie - jedyne światło na widnokręgu wokół domu. Posnęli więc snem zwyczajnym i zbudzili się dopiero, gdy jasność zalała całe pomieszczenie. Jednostajne pukanie w parapet zwiastowało, że nadeszła odwilż - posłaniec wiosny.

 

Jesień

 

Później powiedział jej: nie pisz, nie dzwoń, nie przypominaj o letnich dniach. Nie mów mi, kiedy wrócisz. Zabronił zielonej kropce pokazywać się przy jej nazwisku. Zabronił senności prowadzić go w jej ramiona utkane z wyobrażeń. Trwało to kilka tygodni zanim znalazł równowagę w życiu bez niej. Przyjął posadę dozorcy chaty pośrodku niczego, której jedynym lokatorem był tysiącletni pies. Jego zadaniem było w zasadzie palenie w piecu - tak aby bezlitosny mróz nie wdarł się do izb i przedsionków. Odpowiadało mu to. Był teraz bezdomnym pisarzem, przemierzającym świat jedynie z maszyną do pisania w walizce. Chwilowo zaprzestał wędrówki, by zebrać myśli i przezimować, ale to wcale nie umniejszało jego bezdomności. Rzeczywiście miał maszynę. Żółtą - budzącą wspomnienia. Wieczorami siadał za biurkiem, pisał kilka stron, po czym chował je w piecu, patrząc jak języki ognia skaczą po czarnych śladach węglowej taśmy. Była taka piosenka sprzed lat, którą znał, a która w obecnej sytuacji odkryła przed nim nowe znaczenia. Siedzę teraz, w piecu palę i u ręki palce liczę. Liczyć palce rzecz okrutna - łatwa i ogromnie smutna. A potem: Upaść na dno, rzecz okrutna, łatwa i ogromnie smutna.

 

Drogi mi się pogubiły

jakby wszystkie z wiatru były,

Obróciłem się na wiatr,

jakie drogi - taki świat.

 

Nie mieć drogi rzecz okrutna.

Ludzka i ogromnie smutna.

 

Ckliwe dźwięki tej melodii brzęczały mu ilekroć wracał do domu. Wiedział już, że życie wygnanego poety, tak samo jak wilka morskiego, literaturoznawcy czy biznesmena - nie jest dla niego.

 

Przedwiośnie

 

Nieoczekiwanie po kilku cieplejszych tygodniach spadł śnieg. Był jednak tak wątły, że nie był w stanie nawet dotykać ziemi, nie mówiąc już o tym, by osiąść na niej i pozostać na zawsze. Ona też przyleciała. Jej stopy parzyły chodnik wypalając w nim rdzawe plamy obecności. Zza zaparowanych szyb autobusów i tramwajów nie widać było ciekawskich oczu manekinów stojących przed wystawami luksusowych sklepów. Wszystko było takie zwyczajne i niezwyczajne zarazem. Zapach jej ciała i zapach miasta tworzyły razem mieszankę doskonałą i choć cała ta farsa z rozstaniami i powrotami nie skończyła się jeszcze, on odczuł wreszcie spokój i pewność. Tak jak cykl pór roku, który każdy zna od dziecka, tak on zrozumiał wreszcie, że mimo nieoczekiwanego śniegu, wtedy kiedy powinno być słońce, ich cykl jest tak samo banalnie przewidywalny i że tęsknić znaczy kochać, a samo szukanie drogi - jest drogą. Więc nim nadejdzie ich prywatny koniec świata, wszystko poskłada się dokładnie tak jak poskładać się musi - na tym polega precyzja chaosu wszystkich elementów wszechświata.

Wsunęła dłoń w jego dłoń.

 

ONA

Co dzisiaj zrobimy

wieczorem?

 

ON

Chodźmy do kina.

 

ONA uśmiecha się przelotnie.

 

ONA

Czy nie wiesz, że to już

dawno niemodne?

Przecież wyszliśmy z jaskini

znudzeni cieniami na ścianie,

choć to co poza nią wcale nas

nie zachwyciło.

 

ON

Kto by zważał na mody. Są tak

zmienne jak pogoda w marcu.

 

ONA patrzy za okno na śnieg. ON ukradkiem zagląda do portfela, jest w nim jej zdjęcie.

 

ONA

To o czym będzie ten film,

na który pójdziemy?



ON

O życiu...
 


ONA

Każdy obiecuje, że taki będzie,

ale w sumie, żaden nie jest.
 

 

ON

O życiu, które wiedli gdzieś tam ona i on.

I o psie, który ma lat tysiąc i nadzieję,

że to jeszcze nie koniec.

 

 

 

 

Dla J i M.

(2015)

 



Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Markus 2 kwietnia 2015, 23:03
niezły tekst tylko niezrozumiałe dla mnie te wulgaryzmy. Nie chciałbym być w towarzystwie ludzi z takim słownictwem.
Bogusz Jan Szulc
Bogusz Jan Szulc 2 kwietnia 2015, 23:10
Rzekłbym śladowe ilości wulgaryzmów i to głównie w dialogach i monologu wewnętrznym - budowanie charakteru postaci.
rss
428 wyświetleń
przysłano: 2 kwietnia 2015
Bogusz Jan Szulc

Bogusz Jan Szulc

24 lata Poznań
45 tekstów 81 komentarzy 1 tekst piosenki

Inne teksty autora

Koty gorszego Boga

Bogusz Jan Szulc, opowiadanie

bezdech

Bogusz Jan Szulc, wiersz

*

Bogusz Jan Szulc, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło