List do Depresji (dramat)

Bocian

Droga Depresjo.

 

Znamy się zaledwie parę lat a mimo to, mam wrażenie jakbym znał Cię całą wieczność.

Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, towarzyszyło mi uczucie, że to tylko przelotna znajomość, że odejdziesz tak, jak odchodziły wszystkie kobiety mojego życia. Zostaną tylko wspomnienia, nic więcej.

 

Nic bardziej mylnego.

 

Nasza znajomość rozkwitała.

 

Każdego dnia, kiedy po pracy wracałem do domu, Ty czekałaś w nim na mnie. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę.

 

Pamiętam jak dziś…, to pierwsze nasze spotkanie. Przechodziłem kryzys po rozstaniu. Serce pękało mi co dnia, następnie goiło się by znów móc pękać,… i tak w kółko. Zawładnięte rozpaczą i poczuciem niesprawiedliwości, szukało ucieczki.

 

Miesiące mijały, blizna stawała się co raz większa, zajmowała co raz większe obszary serca. Powoli zaczynało brakować na nim miejsca. 

 

I wtedy zobaczyłem Ciebie…, stałaś samotnie…, w Twoich oczach zauważyłem tą samą pustkę, którą czułem w swoim sercu. Odziana w odcienie szarości stałaś i patrzyłaś w moją stronę.

 

Podeszłaś…, zagaiłaś…, miałaś w sobie to coś, co przykuło moją uwagę. Głębia Twej szarości wydawała mi się tak przenikliwa i dostępna, że mógłbym się w niej zanurzyć. 

 

Zaczęliśmy się spotykać.

 

Zaprosiłem Cię do swojego życia.

 

Spotkania były co raz częstsze.

 

Ty oplatałaś mnie swymi ramionami beznadziejności, bezsilności, …pochłaniałaś mnie, ja wtapiałem się w Ciebie otulany aurą szarej rzeczywistości, wytracającej swe barwy życia.

 

Mijały dni…, tygodnie…, miesiące. W życiu pojawiały się krótkie epizody z nowo poznanymi kobietami, które znikały tak szybko, jak się pojawiały.

 

Ty jednak cały czas byłaś obok…, trwałaś…, czekałaś…, za każdym razem przyjmowałaś mnie z powrotem w swoje ramiona. Niczym porzuconego szczeniaka znalezionego w lesie, przywiązanego do drzewa.

 

I znowu poznana nowa kobieta, znowu rozpoczęta nowa przygoda. Serce drżało, mówiło to Ta, to Ona, walcz…. Kochaj, szanuj, bądź dla niej wszystkim tym, czego zapragnie. W brzuchu pojawiały się tzw. motylki. Słuchałem serca, walczyłem jak umiałem, choć walczyć nie potrafiłem….

 

A w życiu raz tylko byłem mocno raniony, ostrzem zdrady, …zdrady psychicznej.

 

Nigdy wcześniej walczyć nie musiałem, a gdy już to dobrocią i uczuciem najszczerszym wojowałem.

 

To był mój oręż. Lecz co, gdy to już nie wystarcza? To jakbym uzbrojony w szablę i tarczę zaledwie mierzył się ze smokiem, bestią odtrącenia.

 

Ty się temu przyglądałaś…, widziałaś każdy mój ruch, każde uderzenie serca, każdą łzę spływająca po policzku.

Serca słuchałem.

 

Pisałem wtedy…, dzwoniłem…, kiedy mogłem rozmawiałem twarzą w twarz…, a w słowach swych same komplementy, wyznania miłości przez słowa, dotyk i obecność. Słowa prawdziwe i szczere, bo płynące prosto z serca. Słowa, które zamiast pomóc…, zaszkodziły. Na nic się zdały, swoją szczerością i otwartością tylko ją odstraszyłem. Uciekła mi…, uciekła i nie wróci…, a serce?

 

Serce znów płacze.

 

Obserwowałaś dalej, wszystkie podjęte kroki zapisywałaś w swej pamięci, by móc później wspólnie doszukać się błędu, którego jeszcze nie dostrzegałem.

 

Wróciłem…, jak kochająca matka przyjmuje swoje niewdzięczne, zbuntowane dziecko, co po każdej porażce wraca aby się schronić, poczuć bezpiecznie, tak Ty przyjęłaś mnie.

 

Jesteśmy sami, wymiana spostrzeżeń, myśli. Zastanawianie się nad sensem istnienia. Nad wartościami, którymi się ludzie kierują, a tymi którymi kierować powinni.


No nic…, jesteśmy sami, nikt nas nie słyszy. Zamykamy się w sobie, stawiamy mur, zakładamy maski. Przecież każdy je zakłada, więc dlaczego nie możemy i my?

 

Na co dzień z uśmiechem od ucha do ucha, …jakby pobudzony, …biegający po korytarzu jakby naładowany pozytywną energią. Wręcz zarażający uśmiechem, ale tylko w godzinach do dyspozycji…, roboczogodzinach.

 

Wracam do domu, maskę odkładam na półkę, wracam do Ciebie stęskniony Twej obecności.


Codzienne czynności wykonane, …praca-done, …obiad-done, …prysznic-done. Mamy czas dla siebie, tylko ja i Ty… i te myśli, podsumowanie całego dnia, co wyszło mi dobrze, co mogło wyjść lepiej.

 

Wtulam się w Twe ramiona, …odpływam, …zasypiam, …śpię po dziesięć/jedenaście godzin dziennie a mimo to wstaję zmęczony. W snach często szukam jej, tej prawdziwej miłości.

 

Każdy poranek taki sam, kawa, śniadanie, poranna toaleta i do pracy. W drodze odsłuchiwanie muzyki, ciągle tej samej, reggae…, o miłości.

 

Miłości…, uczuciu tak pięknym i tak poszukiwanym przez wszystkich ludzi. Pojęciu dla wszystkich tak różnym, odmiennym. Miłość…, czym właściwie jest?

 

Tyle razy o tym myśleliśmy, tyle razy o tym mówiliśmy.

- Co znaczy kochać i być kochanym?

- Kogo kochać?

- Za co kochać?

- Dlaczego kochać?

 

Tak wiele pytań w związku z tym jednym słowem, tak często się powtarzających. I ten ciągły brak odpowiedzi…. Tylu myślicieli, romantyków jej szukało.

 

Mówiłaś, tłumaczyłaś a ja starałem się to pojąć. Moja wizja miłości była niezgodna z wartościami, jakie w tych czasach rządziły ludzkością.

 

Chciałem kochać, chciałem być kochanym, czuć to całym sercem, całym sobą. Byłem gotowy na to. Jednak nie miałem cienia wątpliwości, nie tu, nie teraz. Długo jeszcze poczekam, zanim doświadczę to, na co czekam całe życie.

 

Szereg zmian, wielkich zmian. To mnie czekało, Ty wiernie wspierałaś mnie w mojej codziennej walce. Pomagałaś odgrywać rolę uśmiechniętego nauczyciela, lubianego przez uczniów i kolegów z pracy tylko po to, bym po powrocie do domu znów oddał się Tobie. Zamknął mur swej twierdzy, odłożył złotą zbroję dobrego człowieka, …odwiesił na wieszak. Zdjął maskę. Maskę, na której wiecznie gościł uśmiech.

 

Uśmiech…, tym gestem wyzbywałem się niechcianych pytań. Tym walczyłem z wrogim i nieznanym mi uczuciem szczęścia. Zwykły uśmiech…, a w środku smutek i żal. Wnętrze wypełnione pustką. Jedyne co posiadałem to głęboka pustka, …która niczym czarna dziura – anomalia kosmiczna – wchłaniała każdą chwilę z mojego życia, karmiła się nimi i pozostawiała z niczym.

 

Pustka niczym szkielet konstrukcji…, układ kostny organizmu trzymała mnie w całości.

 

W oczekiwaniu na to co ma przyjść. Co ma nadejść….

 

Dziś? Nieee…, to nie możliwe – mówisz.

 

Jutro? Może…, ale nie rób sobie nadziei – wiecznie powtarzasz.

 

Kiedy zatem? Się pytam.

 

W swoim czasie…! – mówisz, – w swoim czasie.

 

A ja Ci wierzę, przecież jako jedyna trwasz przy mnie, ani razu mnie nie oszukałaś, nie zdradziłaś.

 

Więc…, wierzę Ci i czekam.

 


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
320 wyświetleń
przysłano: 13 czerwca 2017 (historia)
Maciek

Maciek "Bocian"

35 lat Braniewo
4 teksty 1 komentarz

Inne teksty autora

Kocham Cię, pamiętasz?

Bocian, opowiadanie

Pamiętniki z wakacji

Bocian, opowiadanie

Chciej mnie chcieć

Bocian Maciek, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło