Literatura

Modlitwa do księżyca (opowiadanie)

Bartosz Jeglejewski

opis jest zbędny - po prostu przeczytaj
Rok 1941. Godzina 22.50 – ruiny starego dworku w popielatym świetle księżyca. Szeroka piaszczysta wstęga omija opuszczone zgliszcza. Przy drodze stoi stare, wysuszone drzewo. Suchy, jesienny wiatr powykrzywiał niemiłosiernie gałęzie. Na jednej z takich właśnie gałęzi siedzi nieduży, biały ptak. Jego malutkie ślepia utkwione są w daleki kres horyzontu.

Głośne, powolne kroki pokonują kolejne kilometry. Pod butami tańczy piasek, a w głowie śpiew wczorajszego dnia uspokaja refleksje bombardujące podróżnika.

W końcu dotarł do ruin. Wybrał sobie przedsionek w niewielkiej odległości od drogi. Położył się na miękkim dywanie jesiennych liści. Z brudnego tłumoczka wyjął pajdę czerstwego pieczywa i zjadł połowę delektując się każdym malutkim kęsem. Następnie ułożył skrzyżowane ręce pod głowę i zaczął wpatrywać się w rozciągający się nad nim widok.

Podziwiał idealny grafit nieba i tysiące gwiazd świecących niczym przygrobowe lampki w dzień Wszystkich Świętych. Dziwne, ale zawsze z gwiazdami kojarzył mu się właśnie ten dzień. Doskonale pamiętał, kiedy będąc małym chłopcem, odwiedzał grób ojca i wtedy stawały mu przed oczyma obrazy eleganckiego pana w brązowym garniturze, który zwykł często do niego mawiać: „Pamiętaj synu! Kto z Bogiem, tam Bóg z nim”. Te obrazy były jego jedyną pamiątką z beztroskich czasów dzieciństwa.

Objął swoim wzrokiem cały nieboskłon, po czym jego zmęczone oczy utkwiły w jednym punkcie. Na księżycu. Zawsze wyobrażał sobie, że gdy na niego patrzy nie jest sam. Zawsze jest ktoś, kto patrzy na księżyc. Czy w Grecji, czy w Argentynie, czy w Japonii, zawsze chciał tam być, zmieniać miejsca, ale na coraz piękniejsze, a tymczasem przychodziło mu się spotkać z brutalną rzeczywistością. Ale próbował

i właśnie dlatego zamiast karabinu wybrał włóczęgowski kij i pewnego razu po prostu ruszył w świat.

Zmęczenie powoli dawało znać o sobie. Księżyc był dzisiaj w pełni. Wydawało się, że cały świat na chwilę zamilkł, gdy nagle rozpoczął się nocny koncert koników polnych. Biały ptak wpatrywał się ciągle nieruchomo w dal. Niebiosa ukołysały strudzonego wędrowca, który śnił snem przeszłości.

- Mamusiu, tatuś wrócił! – wołał mały kędzierzawy chłopiec biegając w około.

- Kochanie, czemu dzisiaj tak późno? Mały nie mógł zasnąć. Co się stało? – zapytała piękna młoda kobieta, która pojawiła się nagle w ich małym saloniku, trzymając w ręku filiżankę ciepłej, aromatycznej herbaty, którą wręczyła następnie mężowi.

- Niestety przywieźli mi dzisiaj postrzelonego w rękę pacjenta... – odrzekł

ściszonym głosem. – Udało się? – krótko zapytała się kobieta. – Nie, musiałem amputować – odpowiedział kryjąc twarz w chłodnych dłoniach. – Tak mi przykro... – podeszła do męża i czule go objęła. – Robiłeś, co mogłeś – dodała jak zawsze w takich sytuacjach. Mężczyzna wyrwał się z jej pocieszających objęć i podbiegł do okna. Spojrzał przez okno. Zobaczył młodą dziewczynę idącą z koszykiem pełnym kwiatów.

Biegła po mokrym chodniku, wpadając co chwila w kałuże. Wydawało mu się nawet, że na niego spojrzała. Poczuł ukłucie w oku. Był to impuls. Pojawiła się łza. – On był taki młody... – rzekł łamliwym głosem. Jeszcze raz wyjrzał za okno i spojrzał w niebo. Zobaczył księżyc. Uśmiechnął się przez łzy, a następnie szybkim ruchem wytarł wilgotne oczy. Podszedł do gramofonu i włączył Nokturn Op. 15 g – moll Chopina. Muzyka rozniosła się po całym pokoju. Chłopiec podbiegł do taty i rwał się na ręce. – Czas spać mój mały! – powiedział i wziął dziecko na ręce, a następnie pocałował tkliwie w policzek. – A kochasz tatusia? Powiedź! – zapytał z uśmiechem na twarzy.

- Tiak – odpowiedział chłopiec i objął tatę za szyję. W rzeczywistości nigdy nie miał dzieci. Był bezdzietny.

- Naprawdę powinniśmy kupić jakiś nowy dom! – upierała się przy swoim stanowisku żona. – Kochanie porozmawiamy o tym później, jestem bardzo zmęczony – odpowiedział stanowczym głosem. – Ale ja Cię tak proszę!!! – jeszcze raz zaatakowała, nie dając za wygraną. Właśnie dlatego tak ją kochał, za jej zadziorność,

inteligencję i anielską urodę. - Będziemy mieli nowy dom, ale najpierw będę miał Ciebie! – krzyknął i chwycił ją w biodrach, a następnie lekko położył na ich szerokim łożu. Zamknął jej uśmiechnięte usta subtelnym pocałunkiem i powoli zaczęli swój taniec dzikich ciał. Po raz kolejny odpłynęli w krainę rozkoszy.

- Kochanie wróciłem! Mario! – zawołał radośnie i wbiegł do domu. Snuł się po wszystkich pokojach w poszukiwaniu żony. Czuł nieznośny zapach twardych, gumowych butów. Ktoś tu był i wyczuwał to instynktownie. Nagle zobaczył krew na jasnej posadzce. Powoli wędrował po śladach ciemnej mazi. W końcu wszedł do pokoju, gdzie leżała ona. To już nie była ona.

Godzina 00.46. Śpi okryty zimnym płaszczem wspomnień. Cisza. Śpi. Ptak porusza się niespokojnie, przytupując z jednej nogi na drugą. Oczy utkwione są w drogę. Piaszczystym szlakiem jedzie mroczna karawana. Pięć ciężarówek skrytych ciemnością jedzie jedna za drugą. Towarzyszy im jęk buntujących się w środku ludzi. Wyją niczym zwierzęta – instynktownie, świadomi zagrożenia, upiornie.

Ciężarówki zatrzymują się przy ruinach. Trzeba chwilę odpocząć.

Budzi się gwałtownie, zasłaniając rękami twarz. Wyciera z niej zimny pot. Słyszał lament i to nie swój, kiedy wpatrywał się w zwłoki swojej żony. Nie to na pewno nie on. Słyszy.

- Zwanzig minuten! – krzyknął kapitan próbując przerwać lub choć przygasić

koszmarne zawodzenia więźniów. Nie udało mu się. Udał się pod drzewo, gdzie zaczął załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne.

Wędrowiec wychylił lekko głowę ponad mur. Spostrzegł tylko wystający zza więziennej kraty furgonetki las uschłych, bladych rąk. Wzdrygnął się i natychmiast skulił się znów za murem. Strach znów zajrzał mu w oczy. Postanowił przeczekać postój. – Zdrowaś Maryjo, łaski pełna...

Kapitan uniósł nieznacznie rękę. Żołnierze otworzyli furgonetkę. Natychmiast wysypał się z niej rój spragnionych twardej gleby ludzi. W ruch poszły żołnierskie pałki. Słychać było obrzydliwy dźwięk łamania kości. Nastała cisza przerywana tylko skowytem zranionych więźniów. Zwłaszcza jeden krzyczał rozpaczliwie, trzymając rękami nogi. Podkulony mężczyzna miał około 30 lat. Miał krótką bródkę i długie zawijane wąsy. Z jego postury można było wywnioskować, że musiał być silnym człowiekiem. Teraz jednak jego oczy wypełniły łzy. Był innym człowiekiem.

Żołnierz podszedł do przerażonego więźnia i spojrzał w stojącego przy drzewku kapitana. Ten skinął znacząco głową. Strzał. Śmierć. Cisza.

W obozowisku zapanował spokój. Przerażeni więźniowie wpatrywali się w ziemię, a żołnierze siedzieli spokojnie przy ciężarówkach, wymieniając się uwagami na temat przejazdu. Wędrowiec leżał ciągle skulony kontynuując modlitwę. – Aniele boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój...

Nagły strzał kapitana podniósł na nogi cały obóz. – Halt! – krzyknął kapitan do uciekającej w gęstwinę małej dziewczynki, która jakimś cudem uwolniła się od ciężaru kajdan. Dwóch żołnierzy skoczyło za nią.

Wędrowiec widząc zbliżających się w jego kierunku żołnierzy, przeturlał się do najbliższych krzaków, a następnie wstał i co sił w nogach zatopił się w zielony gąszcz.

Dziewczynce brakowało już tchu. Zaczęła się nerwowo odwracać za siebie. Nagle potknęła się o wystający korzeń i upadła na kolana podpierając się zakrwawionymi rękami. Strzał. Okropny ból dziewczynki rozprzestrzeniający się w nodze wywołał straszny krzyk. Słyszała już odgłos ciężkich żołnierskich butów. Nagle jej usta zatkała ręka, która wyłoniła się zza muru krzaków. Druga pochwyciła wątłe ciało dziewczynki i zabrała w chaszcze. Leżeli dotykając twarzami wilgotnej gleby. Czuli się jak zwierzyna, uciekająca przed sforą wygłodniałych psów. Żołnierze przebiegli koło zbiegów. Nagle przystanęli i zaczęli rozglądać się uważnie. Spojrzeli na siebie i nie zauważywszy niczego pobiegli dalej słuchając szmerów lasu.

Wędrowiec usiadł trzymając dziewczynkę na rękach. Przyjrzał się dokładnie jej twarzy, która wydawała mu się znajoma. W jego oczach pojawiły się łzy. Przypatrywał się dziewczynce jak zwykł patrzeć na święte obrazy, z tkliwością, miłością i zastanowieniem. – Pomórz mi, proszę... – szepnęła pokazując swoim malutkim paluszkiem na nogę. Była cała we krwi. Wędrowiec nerwowo zaczął opatrywać dziecko. Robił wszystko, co potrafił najlepiej by uśmierzyć jej ból. – Dziękuję – powiedziała uśmiechając się z uczuciem ulgi. – Nic nie mów – odrzekł, kładąc rękę na jej policzku. Za chwile po jego palcach spływały gorące krople.

Wydawało im się, że nie istnieje nic oprócz ich i lasu. Zatopieni w wilgotną ziemię, czuli wonny zapach leśnych ziół. Nie myśleli o niczym oprócz lasu i swojej obecności.

Szybki bieg zdenerwowanych żołnierzy obudził w nich ponowny strach. Szelest łamanych konarów przypominał łamane wcześniej kości więźniów. Żołnierze przystanęli na chwilę przypatrując się dokładnie drodze, po której biegła dziewczynka. Chwila napięcia ukrytych trwała niemal wieczność. W końcu usłyszeli czyjeś niewyraźne wołania i pobiegli w miejsce, gdzie roznosiło się ich echo.

Zbiedzy odetchnęli, oddychając głęboko i starając się przezwyciężyć chwilowy niepokój. Postanowili jednak trochę poczekać, zanim zmienią miejsce ukrycia. Liczyli po cichu, że żołnierzy zaprzestaną męczących poszukiwań.

Wędrowiec poczuł nagle na skroni przeraźliwe zimno. Powoli odwrócił głowę

i spostrzegł wycelowany w jego kierunku pistolet. Spojrzał na twarz człowieka. Nie wydawała mu się ona jednak ludzka. Twarde prostokątne rysy, sępi duży nos i zimne spojrzenie dużych piwnych oczu – to wszystko składało się na przerażający widok demona. Był to kapitan.

Wędrowiec powoli wstał trzymając na rękach omdlałą dziewczynkę. Nie odrywając wzroku od kapitana, lekko ścisnął jej delikatną rączkę. Nie wiadomo, dlaczego kapitan nie strzelił, lecz również z ciekawością obserwował nędznego człowieka, który wyglądał niczym leśny chochlik, nie człowiek. Nagle pojawili się żołnierze. Kapitan zmrużył oczy i pokazał na obozowisko. Żołnierze złapali mocno włóczykija

i poprowadzili go do ruin.

- Czemu jej pomogłeś? –zapytał żołnierz z koślawym, twardym akcentem.

Nie odpowiedział. Rozmówca zaczął mówić coś do kapitana. Następnie znów zwrócił się do wybawiciela dziewczynki: - Czy też jesteś Żydem? Odpowiedz! Nasz kapitan ceni twój uczynek i podziwiał wielokrotnie walczących Polaków. Jeśli powiesz, że jesteś Polakiem będziesz mógł odejść.

Wędrowiec popatrzył na dziewczynkę. Była bezbronną małą istotą. Gdyby nie brud

i łachmany, pomyślałby, że jest ona aniołem. Gdy ją zostawi, żołnierze zastrzelą ją, bo stanowiłaby tylko zbędny balast na dalszą drogę. W tej samej chwili ręce dziewczynki zacisnęły się mocniej na jego szyi. Popatrzył na innych więźniów. Był Polakiem.

Wpatrując się w zwłoki jednego z więźniów postanowił pójść dalej z dziewczynką.

Poczuł, że gdyby ich opuścił, byłoby to niesprawiedliwe. Oni też byli ludźmi.

- Odpowiedź! Ratuj się głupcze! Ja też jestem Polakiem, ale żyję, bo kocham to cholerne życie. Gadaj! –powiedział zdenerwowany żołnierz uderzając go w twarz.

- Nie, ty nie jesteś Polakiem – odpowiedział spokojnie wędrowiec. Wyrok zapadał.

Odpoczywali jeszcze kwadrans. Uciekinierów nie skuto kajdankami. Usiedli na pieńku. Wędrowiec gładził ciemne włosy dziewczynki, całując jej małą główkę. Przypomniał sobie kołysankę z przeszłości, którą śpiewała mu jego mama.

-, Co z nami będzie! –zapytała nieśmiało dziewczynka. – Pamiętaj! Kto z Bogiem, tam Bóg z nim – odpowiedział. – Ale my jedziemy do obozu koncentracyjnego, co to takiego? –zapytała jeszcze raz wbijając martwe niemal oczy w osobę swojego wybawiciela. – To taki dom gdzie mieszka twoja rodzina, to taki stalowy ogród, gdzie zakwitają ostre jak brzytwa kwiaty, to takie miejsce gdzie się idzie spać i nie wiadomo gdzie i kiedy się wstanie. A teraz już śpij.

Godzina 2.03. Mroczna karawana rusza w dalszą drogę. Wędrowiec wchodzi ze śpiącą na jego ramionach dziewczynka do ciężarówki. Odwrócił się na chwilę

i spojrzał na księżyc. Jeszcze go zobaczy, gdziekolwiek pójdzie. Może tam będzie lepiej. Księżyc zawsze będzie jednak dla niego świecił, choćby spadały gwiazdy.

Mroczna karawana jedzie dalej. Tam gdzie jest cel jej przeznaczenia. Pod osłoną nocy, w świetle księżyca. Znika za horyzontem. Biały ptak siedzący na gałęzi zrywa się do lotu i z głośnym trzepotem skrzydeł odlatuje.

-...i doprowadź mnie do żywota wiecznego. Amen.


niczego sobie+ 5 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
przysłano: 25 listopada 2000

Inne teksty autora

Ballada o złodzieju snów
Bartosz Jeglejewski
Spadanie
Bartosz Jeglejewski
Więźniowie
Bartosz Jeglejewski
Fotografie
Bartosz Jeglejewski
Erotyk
Bartosz Jeglejewski
Wielokropki
Bartosz Jeglejewski
Człowiek z gazety
Bartosz Jeglejewski
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca