Literatura

Milejdi (opowiadanie)

joanna michalczuk

 

 

 

 

 Milejdi była dziewczyną, którą każda z nas chciałaby być z pewnością. Kochała świat razem ze wszystkimi jego konsekwencjami, z nieznacznym tylko wyłączeniem zapachu octu i podróży pociągiem dłuższych niż siedem godzin. Miała w sobie energię i pasję. Głowę pełną pomysłów. Sposoby na ładny makijaż i bezkonkurencyjny charakter pisma.

Pewnego dnia Milejdi wybrała się na poszukiwania. Chciała znaleźć materiały do pracy dyplomowej i idealnego kandydata na męża. Dzień się do niej uśmiechał i ona uśmiechała się do dnia, trzymając jeszcze w kąciku świadomości wrażenie po śnie z poprzedniej nocy. Otóż śniło jej się, że wygrała wyścigi pociągowe i jako najlepsza maszynistka w ciągu godziny zdystansowała przeciwnika o 20 kilometrów. Lubiła wygrywać. Sen zostawił więc na niej słodką, delikatnie unoszącą się mgiełkę.

Chodziła od jakiegoś czasu w butach na obcasie w myśl zasady poznaj swojego wroga. Na wyłomach chodnika potykała się i udręczone stopy wykręcały jej się jak esesmani w Norymberdze. Najważniejsze było jednak to, że wciąż posuwała się do przodu, w zamierzonym wcześniej kierunku przystanku autobusowego.

Pierwszy raz zobaczyła wymiociny takich gabarytów. Tuż pod rozkładem jazdy. Mogła ze szczegółami opisać zwrócone menu. Zastanawiała się, jak można było zwymiotować po tak smakowitym posiłku. Kawałki mięsa i warzyw skrzyły się kusząco w listopadowym słońcu. Świat pełen jest cudów - powiedziała do siebie Milejdi, wcierając malinową wazelinę w skórę wysuszonych dłoni.

W autobusie nie mogła przestać się rozglądać. Odkąd była tu po raz ostatni wiele się zmieniło. Miasto zakwitło dziwacznymi ludźmi. Najwięcej zaś było dziwacznych starców w dziwacznych ubranaich i z dziwacznymi minami. Dziwaczne nakrycia głowy i sieci żyłek na przedramionach żałośnie zwisających z rur dziadków nie zbijały jej z tropu, ale inspirowały swoją prostotą i geniuszem. Wszystko składało się w sensowną, choć odrobinę groteskową, całość i milejdi czuła niekłamaną satysfakcję. Nie miała potrzeby rozumienia, wystarczył jej dziewiczy zachwyt.

 

Wszystko zdawało się być na jak najlepszej drodze. Dane statystyczne były przedstawione w sposób przejrzysty i miały być wystarczająco przekonującym dowodem na słuszność postawionej przez nią tezy, a bibliotekarz miał kruczoczarne, falujące włosy i błysk w oku, który sprawiał, że nawet najlepsze zestawienia traciły jakiekolwiek znaczenie w tym małym tutaj i tym małym teraz. Na drewnianym stole opierała łokcie, przechylając głowę dokładnie tak, by przystojniak widział ją z jej prawego profilu, czyli w najlepszej z możliwych wersji. Założyła nogę na nogę, by uda wyglądały szczuplej i ponętniej, odsłaniając zarazem górną część jej angielskich kozaków. Lekko rozchyliła usta w niby to rozmarzonym zamyśleniu, zafascynowaniu liczbami rozłożonymi przed nią, obnażonymi wstydliwie.

Bibliotekarz zaś metodycznie ją ignorował. Można się nawet posunąć dalej i stwierdzić, że nie zwrócił na nią wcale uwagi. Ani przez chwilkę nie spojrzał w jej kierunku. I to się Milejdi nie podobało.

Złożyła trzy opasłe tomy w stosik i ruszyła z nimi w kierunku ewentualnego przyszłego męża.

- Przepraszam, jak ma pan na nazwisko?

Mężczyzna spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Słucham?

- Pytałam, jak ma pan na nazwisko - powtórzyła niewzruszona Milejdi.

- Kruczkowski, w czym mogę pani pomóc?

- Miło mi, Milejdi Makowska.

Niedowierzanie w jego oczach przyjęło rozmiary niemożliwe do opisania.

- O co chodzi?

- Chciałabym skopiować dane z tych roczników.

- Czy ja wyglądam jak kserokopiarka? - odparł szorstko Kruczkowski.

Wyprostowała się i spojrzała mu prosto w węgielki oczu.

- Jak wyjątkowo przystojna kserokopiarka, proszę pana.

- Ksero jest na parterze. Na lewo od schodów.

- Dziękuję.

Odwróciła się i bujając biodrami najbardziej, jak to możliwe, tuż przy granicy przesady, ruszyła w kierunku drzwi. Schodząc po schodach była już niemal przekonana, że powiedziała dokładnie to, co trzeba było powiedzieć w takiej sytuacji. Wystarczająco neutralne, by można to było uznać za fakt bez znaczenia. Wystarczajaco łechczące, by mężczyzna nie mógł przestać o niej myśleć. Nim zeszła z ostatniego stopnia, drzwi czytelni otworzyły się i wyłonił się zza nich właśnie on.

- Proszę pani!
- Tak? - odwróciła się przez prawe ramię, pokazując się znów z lepszego profilu.

- Proszę chwilę zaczekać, mam tu pracowniczą zniżkę.

- Dziękuję... To bardzo miłe z pana strony. - uśmiechnęłą się triumfalnie Milejdi i zaczekała, aż przystojny bibliotekarz do niej dołączy.

 

 

Kilka kolejnych dni minęło Milejdi na kultywowaniu błogiej bezproduktywności. Wielbiła instytucję święta odzyskania niepodległości. Nic jednak nie było absolutnie czarne ani absolutnie białe. Wolne dni nabierały gorzkiego posmaku, kiedy okazywało się, że nie ma gdzie kupić Coca-Coli Light ani papierosów. Wiedziała, że pracownicy sklepów też mają prawo do cieszenia się wolnym dniem. Mimo to widziała w tym pewną nikczemność. Wolała palić papierosa zawsze, gdy przyszła jej na to ochota, zapijając go komercyjnym soft-drinkiem. Wyzbywając się całej hipokryzji, jaka w niej drzemała, Milejdi przyznała przed samą sobą, że głęboko gdzieś ma kwestie wypoczynku ludzi składających się na jej codzienny mikro-komfort. Tak czy inaczej - radziła sobie. Nie robiąc absolutnie nic pożytecznego.

Gdybym żyła w czasach wojny i miała to szczęście nie być Żydówką ani elementem bliźniaczego tandemu, chciałabym poznać Josefa Mengele - przyszło jej do głowy bez związku z czymkolwiek, co działo się wokół niej. - Chciałabym słuchać, jak opowiada o ciekawostkach, które kryje ludzkie ciało. O efektach, jakie wywierają na nie rozmaite stymulacje. O spojrzeniach ludzi wypadających w przerażeniu na rampę... - Jej kawa parowała a zapach skojarzył jej się w pewnej chwili z wymiocinami na przystanku autobusowym, lśniącymi w słońcu kilka dni temu. Zagryzała ją ciasteczkiem imbirowym. Kot rozwalony oscentacyjnie na fotelu obok niej nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Miał swój własny, perfidny, upstrzony puchatą filuterią i beztroską świat, w którym kocie kabarety parodiują reklamy Whiskasa w stylu Monty Pythona, zgarniając za to przywileje i miliony darmowych minut drapania po brzuchu. Telewizor burczał o czymś raczej zbyt patetycznym by mogło być prawdziwe, a telefon nieszczęśliwie podtopiony w whisky poprzedniego wieczoru suszył się rozparcelowany na zielonym grzejniku. - Poza tym chciałabym przenieść się w czasie do epoki rewolucji bolszewickiej. Zobaczyć cały ten wspaniały, porywający burdel, poczuć jego klimat, podniecenie, zapach czegoś nowego i potężnego, czegoś naprawdę... - nie mogła znaleźć słowa. Nieistotne - brzmiała jej następna myśl. Niech żyje bal. Niech żyje baaal - zaśpiewała pod nosem za Marylą Rodowicz. Na kartce służącej jej do bazgrania, jednej z wielu, które zawsze miała pod ręką, pisała zamaszyście Kruczkowska w wielu różniących się nieznacznie od siebie egzemplarzach. Przyzwyczajała się do swojego ewentualnego przyszłego nazwiska. Nie było wprawdzie na tyle twarde, a zarazem melodyjnie brzmiące, o jakim myślała od zawsze, ale zawierało w sobie "r" i w odniesieniu do niej kończyłoby się uwielbianym "a". Spełniało więcej kryteriów, niż Rockefeller. Wiedziała, że to już coś więcej niż żarty.

 

Przegryzając sałatkę brokułową, Milejdi rozmyślała o pewnym przystojnym lekarzu bez granic, którego czarno białe zdjęcie przeorane było na pół złączeniem kartek Wysokich Obcasów. Starała się wybaczyć niewidzialnym winowajcom to bezeceństwo - rozumiała, że to też tylko ludzie, na dodatek ludzie wierzący w sztywność praw rządzących wszechświatem i nieuchronność technicznych ograniczeń. Milejdi miała wyobraźnię, dlatego postanowiła nie mieć o to już do nikogo pretensji.

Z rozmyślań o konstrukcji psychicznej i światopoglądowej redaktorów wyrwało ją ciche pukanie do drzwi. Wyszła do przedpokoju i spojrzała przez wizjer. Po drugiej stronie szkła stała niska kobieta około trzydziestki, ale ze zniszczoną twarzą i rzadkimi, przetłuszczonymi włosami. Nawet gdybym była facetem, nie przespałabym się z nią - pomyślała Milejdi.

- Słucham? - spytała przez zamknięte drzwi.

- Pani, ja mam dziecko chore na białaczkę, czy mogłaby mi pani pomóc?

- To, co słabe, musi zginąć. - odpowiedziała spokojnie Milejdi i wróciła do biurka z zimną herbatą, sałatką brokułową i podzielonym zdjęciem pięknego Australijczyka.

 

Rozdarta byla dylematem odwiecznym. Sprzecznością zagrażającą jej integralności. Otóż Milejdi nienawidziła biegać. Nienawidziła uczucia, kiedy mózg odbija się od ścian czaszki, pęcherzyków płucnych eksplodujących niemal pod niewyobrażalnym ciśnieniem, koślawo wyciąganych kończyn i potu spływającego po twarzy w kolorze buraka. Z drugiej jednak strony, odkąd skończyła 16 lat marzyła o tym, by uprawiać jogging jak z amerykańskich seriali. O wstawaniu pół godziny wcześniej, porannym biegu dla zdrowia i urody, śpiewaniu pod prysznicem i tryskaniu naturalną energią przez cały długi dzień, jak dziadowskie miałyby nie być okoliczności.

Biegania i dobrej kondycji fizycznej w ogóle wymagał od niej dzisiejszy świat. Milejdi czuła się osobą silną, trzymającą życie w swoich rękach, kształtującą świat w sposób, który wydawał jej się najbardziej słuszny. Dlatego zdawała sobie sprawę z nieuchronnej konieczności utrzymywania siły fizycznej na odpowiednim poziomie. Stąd też bieg był dla niej po prostu obowiązkiem. Zdrowym nawykiem. Czymś w rodzaju mycia muszli klozetowej i wiedziała, że, przynajmniej na razie, nikt tego nie mógł zrobić za nią.

Tym razem przeszło jej przez myśl, że porzyga się z żalu, kiedy budzik piskliwym tonem wdarł się w jej sen o przelocie nad poligonem atomowym. W przeciwieństwie do euforycznych marzeń sennych, rzeczywistość po drugiej stronie miała brudny, granatowy kolor. Na szybie, nad łóżkiem Milejdi, krople deszczu sieczącego bez litości układały się w kryształowe wzory. Kołdra stanowiła granicę termiczną - poza nią szalał chłód. Zanim dzień miał się rozkręcić na dobre, miało minąć jeszcze półtorej godziny. Do tego czasu Milejdi miała w planach przebieżkę, prysznic oraz przygotowanie i zjedzenie śniadania.

Teraz jednak lunatycznie naciągała na tyłek granatowe dresy. Po omacku odnalazła szkła kontaktowe i gumkę do włosów. Ustawiła składankę Smokie w szarej empetrójce, założyła adidasy na grube skarpety - i już - ogłosiła, zamykając drzwi do mieszkania - życie czas zacząć! Los wlókł za sobą mięczaków. Ona szła z nim pod rękę, jak równy z równym.

Lubiła miasto, w którym żyła. Dzielnicę poczciwych żuczków, wdów po marynarzach i handlarzy narkotyków. Uprzejmość ekspedientek w sklepach monopolowych i zapach jesiennego wiatru. Wszystko było tu swojskie i prawdziwe, i przywodziło jej na myśl czasy dzieciństwa. Od samego początku czuła się tutaj jak w domu.

Wybiegając przed blok odrobinę bałwochwalczo podziękowała sobie za wszystkie wybory, które doprowadziły ją do tego właśnie miejsca i przeklęła siarczyście warunki atmosferyczne. Przeklęła też siebie za romantyczne przywiązanie do postanowień i strącając z siebie ostatecznie wszelkie ślady snu, pobiegła w górę w kierunku łąk i stawów. Jeszcze pół godziny i skończy się to gówno - powtarzała sobie. Przed oczami stawał jej obraz siebie samej - czystej, umalowanej, najedzonej i uśmiechniętej. Gotowej zmierzyć się z absolutnie wszystkim. Zaciskała więc zęby i nie przestawała biec nawet wtedy, gdy brakowało jej tchu. Gdy przychodził kryzys i była przekonana, że za chwilę wyzionie ducha, zwalaniała do marszu i wymachiwała ramionami - najważniejsze, żeby nie przestać się ruszać... Najważniejsze, żeby gonić, a nie żeby uciekać.

 

- Witam rudą sowietolożkę!

Milejdi nie miała ochoty na rozmowę. Nie wiedziała też, czy przypadkiem z niej nie szydził. Dlatego też chwilę ociągała się z odpowiedzią.

- Ubojnia trzody chlewnej, w czym mogę służyć?

- Chciałbym dobić targu. Negocjacje oko w oko. Bez brania jeńców.

- Jestem w Gdyni.

- W Gdyni? - głos po drugiej stronie słuchawki był bardziej niż zawiedziony. - Co ty robisz w Gdyni?

- Mieszkam, studiuję, pracuję... aktualnie piję kawę.

- Nie wiedziałem, że jesteś z Gdyni...?

- Nie jestem... Czy jest coś, o czym chciałbyś konkretnie podyskutować? Mam doskonale ułożony harmonogram i wolałabym nie zachwiać jego równowagi rozmową na tematy urbanistyczne.

- Nie wracasz do Białegostoku?

- Ehhh.... wrócę, wrócę. To znaczy przyjadę w odwiedziny. Liczę, że zaprosisz mnie wtedy na kino i drinka?

- Tak... Tak.

- Mariusz.

- Tak.

- Bardzo mi się podobasz. Bardzo dobrze było mi z Tobą. Jesteś naprawdę świetnym facetem. Gdynia to nic osobistego.

- A ja uważam, że jesteś paskudna i głupia, a wtedy udawałem wszystkie cztery razy.

- Do usłyszenia.

- Do zobaczenia madmoiselle.

Kawa była ogromna i dobra. Tak jak żółta energia Milejdi. Kruczkowski do niej zadzwonił. Widziała, że nie ma to przyszłości i godziła się z tym, a mimo to fakt, że zadzwonił, dodał jej kolejną parę skrzydeł. Podobało mu się. Jej także. Bo było to proste i miłe, romantyczne, ale bezpretensjonalne, zwyczajne w swojej wyjątkowości. Chciała móc do niego wracać za każdym razem, kiedy była z wizytą w domu rodzinnym. Bała się tylko jednego - zaangażowania.

 

Jak już wspominałam, Milejdi akceptowała wszystkie implikacje struktury wszechświata. Akceptowała i fakt, że bycie całkiem atrakcyjną dziewczyną może otworzyć więcej drzwi niż kompetencje i umiejętności. Akceptowała więc i drugą stronę medalu - kiedy musiała ustępować czołowego miejsca komuś innemu, ładniejszemu i bardziej czarującemu. Wiedziała, że świat zobaczy w niej przede wszystkim to, co ona zdecyduje się mu pokazać. Dlatego też na rozmowę w sprawie pracy w uczelnianej księgarni poszła w nienagannej koszuli odsłaniającej odrobinę więcej, niż przyjęto za klasyczny dekolt i w szpilkach, które tak czy inaczej musiały się podporządkować jej woli. Trenowała chodzenie w butach na obcasie z myślą o takich właśnie sytuacjach. Uśmiechnęła się do siebie - to był kolejny przemyślany ruch, Milejdi, jestem z Ciebie naprawdę dumna - mruknęła pod nosem.

Nie była perfekcjonistką. Zdawała sobie sprawę z zagrożenia, jakie niosłoby to ze sobą. Umiała jednak przewidywać przyszłość w myśl strategii Walta Disney'a - najpierw oglądając ostateczne starcie swoimi oczami, następnie oczami strony przeciwnej, w końcu zaś - z pozycji niezależnego obserwatora. Pomagało jej to zwrócić uwagę na kwestie, które zostałyby po prostu pominięte. Tak więc włosy spięła klasycznie zostawiając z przodu dwa dłuższe pasma, dla zamaskowania kształtu kości jej szczęki. Z tych samych pobudek poświęciła chwilę dłużej na zrobienie makijażu. Nie mogła dopuścić do tego, by jej błyskotliwa osobowość pozostała nieodkryta z powodu tak prozaicznego jak kształt dolnej części twarzy czy zbyt wąsko osadzone oczy.

W spodniach na kant czuła się bardziej jak na akademii z okazji uchwalenia konstytucji 3 maja. Zdawała sobie jednak sprawę z nieuchronności takiego uniformu. Dokładnie poprzycinane skórki wokół paznokci, bursztyn na szyi i nowa teczka dawały jej przyjemną pewność siebie. Wygodnie jej było żyć. Ligh Blue Dolce&Gabanna był stalowym elementem każdego, nawet najmniej znaczącego wyjścia z domu. Milejdi nigdy nie znalazła żadnego innego zapachu, który tak doskonale podkreślałby to, za kogo się miała. Były to perfumy stworzone jakby specjalnie dla niej. Gotowa była nawet walczyć o prawa mniejszości seksualnych. Wstrzymując się od przesadnego zaangażowania, oczywiście.

 

Pociągi w Polsce z każdym rokiem jeżdżą coraz wolniej - zauważyła Milejdi, tuląc się do swojego płaszcza zawieszonego przy oknie. Miała ochotę na coś ciepłego do picia, ale zdawała sobie sprawę z ograniczeń od niej niezależnych. Dlatego też pewnie i spokojnie wpatrywała się w krajobrazy. Przesuwały się za oknem jak kadry niemego filmu, a powieki umęczone poprzednią nocą coraz bardziej jej ciążyły. Ponad połowa drogi wciąż jeszcze była przed nią. Przez chwilę wahała się między możliwością płytkiej drzemki, półmajaku naznaczonego romantycznymi wizjami, a książką o stadzie owiec poszukujących odpowiedzi na pytania kto i dlaczego wbił szpadel w ich pasterza Georga. Życie w swym nieskończonym przepychu znalazło alternatywne rozwiązanie, i miękka wibracja telefonu komórkowego sprowadziła mózg Milejdi do pracy na częstotliwości beta. Wyświetlacz oznajmiał, że Kruczkowski stracił nerwy i łazi po ścianach nie mogąc się jej doczekać. Coś ją przyjemnie połechtało. W chwilę później naszła ją myśl bardziej racjonalna. Biedny frajer - wyartykułowała bezgłośnie. Kliknięcie przycisku wyślij pewnie nie odwróciło biegu historii o 180 stopni, było jednak pewną deklaracją. By łatwiej nam to było zrozumieć, postanowiłam ową niewypowiedzianą deklarację przetłumaczyć na "co jak co, ale histeryczny facet to ostatnia rzecz, jaką chciałabym znosić w życiu, nawet jeśli wygląda jak mister universe, przeczytał tysiąc książek i doprowadza mnie do szału w łóżku, ogarnij się więc albo przyzwyczajaj do myśli, że spadam".

 

- Skończysz kiedyś jako zgorzkniała, pomarszczona, stara panna odpalajaca jednego peta od drugiego i pisząca jadowite recenzje do szmatławych, podrzędnych czasopism.

- To znaczy, że będę bardzo podobna do ciebie, z tą tylko różnicą, że ty nie jesteś w stanie napisać jakiejkolwiek recenzji.

- Hamuj się moja droga! Jestem twoją matką i nie pozwolę ci tak się do mnie zwracać.

- Oczywiście, że pozwolisz, bo nie masz jak nad tym zapanować. Poza tym to ty zaczęłaś, nie wiem, skąd przychodzą ci do głowy takie pomysły.

Kobieta wyciągnęła torebkę herbaty na spodeczek i łyknęła zielonkawego naparu.

- Milejdi, pamiętej, że samotni są w życiu nieszczęśliwi.

- A ty sobie zapamiętaj, że moim celem jest cudowne życie we wspaniałym związku, kariera naukowa i podróże po Europie, w moim żółtym Fordzie Puma. I racz skończyć swoje czarnowieszczenie, bo wkurwia mnie ono bardziej niż pierdolenie Kruczkowskiego i zapach octu z twoich przetworów razem wzięte!

Obie zamilkły, popijając herbatę małymi łykami. Mama Milejdi przerzucała kanały szukając czegoś, na czym możnaby skupić uwagę, dostosowując wybór do sobie tylko zrozumiałych kryteriów.

- Mamusiu...

...Milejdi miała czerwone, szkliste oczy. Po chwili łzy lały się jej po policzkach, tęczówki świeciły coraz mocniej, a ona wstrząsana szlochami coraz bardziej kurczowo wpijała się w kobietę, która całkowicie przypadkowo powołała ją do życia. Do życia, które Milejdi tak bóstwiła. I zanosiła się płaczem. Największym, najprawdziwszym, żałosnym i zawodzącym. Płakała jak cholera.

 

 


dobry 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
ataraksja
ataraksja 17 grudnia 2008, 09:54
Ciekawe co na tę reakcję powiedziałby dr Mengele.
Poszukujesz, mieszasz - milejdi to wamp. femme fatale. Lara Croft i Manuela Gretkowska w jednym.
Na koniec - przestraszona sobą dziewczynka. Zastanawiam tylko czy ten strach jest autentyczny, skoro ma taką mamuśkę... To dopiero doświadczenie! - czy w każdej z nas faktycznie tkwi autentyczna wrażliwa czułość, mimo, że wzrastamy w świecie żelaznych kobiet? No, przypominam sobie Lady Makbet i zaraz mi te dylematy pierzchają :)

Całość robi wrażenie nieco `nierównej`, chyba pisałaś to w odstępach czasu i przejście od jednego wątku do następnego jest chwilami jak źle zmontowany film. Kadry nie za bardzo przylegają do siebie.

Masz dwa miejsca do poprawienia - w jednym wyrazy zlały się w jeden, w drugim - jest literówka.

Czekamy na drugą opinię opiekuna. Ja jestem za tym, żeby udostępnić czytelnikom. Na pewno sporo jeszcze ciekawych uwag usłyszysz.
.
. 17 grudnia 2008, 19:47
no to dajemy na pierwszą
innym na pożarcie ;)
Aldona Widłak
Aldona Widłak 22 grudnia 2008, 23:58
Cudowne. Jakbym miała na kliszy fotograficznej portret wzorcowej przedstawicielki tego młodego, ambitnego tałatajstwa, które masowo zalewa wszystkie duże miasta z poczuciem, że świat do nich należy, a co zawadza, to się łamie lub ignoruje. Ta pewność siebie, nowoczesny "intelektualizm" i to "na kino i drinka". Duży plus ode mnie, zwłaszcza, że rzadko komu chce się teraz pisać prozę.
Aldona Widłak
Aldona Widłak 23 grudnia 2008
Zapraszam na drugą stronę rzeczywistości: literatura.wywrota.pl/22097_aldona_widlak_trzynast… . Wydaje mi się, że czytane po sobie może dać ciekawy efekt.
przysłano: 17 grudnia 2008 (historia)

Inne teksty autora

know-how
joanna michalczuk
praestolatio
joanna michalczuk
myślę o maju, czerwcu, lipcu
joanna michalczuk
Rozwiązanie
joanna michalczuk
profanum
joanna michalczuk
synkretycznie
joanna michalczuk
cukierek albo psikus
joanna michalczuk
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca