Imperatyw lustrzany (opowiadanie)

Kamil Tomaszewski

 

Uwielbiam sufity, regularnie rozmawiam ze swoim, robię to również w tej chwili. Cholera, napisałem kiedyś piękną odę poświęconą swojemu własnemu sufitowi. Myślę, że jesteś mi od kilku dobrych miesięcy lustrem.


Mam wrażenie nawet, iż wiem dlaczego – w istocie stałem się tobą, sufitem. Przepełnia mnie przeróżna gama emocji, jednakże pozostaję niewzruszony, twardziel. Tak właśnie byś powiedział widząc mnie z piwem w ręku w swoim ulubionym barze. Jasny gwint, gdybyś tylko wiedział... Co ja mówię - gdybyś słyszał ten głośny krzyk...

 

Cierpię tylko i wyłącznie z powodu własnego charakteru i usposobienia. Straszliwie niełatwo jest być niewrażliwym wrażliwcem, uwierz mi. Przeżywam najmniejszą głupotę niczym największą tragedię. Kurwa, co się ze mną więc stanie, kiedy doświadczę rzeczywistej i personalnej tragedii? Chyba się po prostu powieszę albo łyknę kilka tabletek na sen ,zapijając je wódką czy piwem. Ale to wiesz ty, reszta widzi zimnego egoistę nieczułego na ludzkie uczucia. Ale ty wiesz, że to nieprawda, suficie. Ty jeden wiesz.

 

Tak więc leżę tu, totalnie nawalony, w samych gaciach przed tobą, popiardując od czasu do czasu, żeby sytuacja nie nabrała niepotrzebnego patosu. Jebać to gówno, mam szczęście, leżę przecież we własnym łóżku i mogę, do kurwy nędzy, puszczać bąki. Czy z życia można wycisnąć jeszcze więcej?

 

Pamiętam, że kiedyś chyba była taka możliwość. Może nie tyle we mnie, co w oczach innych ludzi. Przypominasz sobie te wszystkie kobiety, które przewijały się przez to łoże? Kiedyś ta sama pościel, która teraz jest w miarę czysta i świeża, była niezwykle brudnym elementem mojej egzystencji. Jakże cudownie było zasypiać czując przepiękny zapach soków kobiety.

 

Jak myślisz, ile z nich płakało przeze mnie? Tyle zranionych serc, nie pamiętam nawet imion. I nagle „puff” i wszystko się skończyło, przekroczyłem pewną linię, której nie powinienem był przekraczać – nie mogłem spojrzeć na siebie w lustrze, czułem do siebie obrzydzenie. To chyba wtedy zacząłem nałogowo pić, prawda? Nie mogłem znieść faktu, iż kupiłem sobie bilet w jedną stronę do piekła...

 

Wtedy zaczęła się pokuta, która była początkiem prawdziwej gehenny. Nie rżnąłem dobrej cipki od ilu? Trzech? Czterech? Pięciu miesięcy? Nie chcę nawet o tym myśleć. Uśpiłem swojego kutasa, tylko, że zapomniałem ustawić tabliczki „nie budzić pytona”. Cholera, jestem dziś niezwykle zabawny.

 

Ale pamiętasz ją? Ewę? Kiedy pierwszy raz pojawiła się w tym pokoju, ubrana całkowicie normalnie jak przystało na kobietę. Brak dekoltu, zwykłe fatałaszki. Znasz mnie. Jestem wielkim fanem wyobraźni: erekcja gwarantowana – mogłem tylko wyobrażać sobie jej idealne ciało pod tymi ciuchami. A jakiś czas później marzenia się ziściły, a ja wyrzuciłem wyobraźnię do kosza. Co za idiota stwierdził, iż marzenia się nie spełniają?

 

Mogło jednak do mnie trafić to, że fakt posiadania przez nią mężczyzny, którego kochała i kocha, jest ewidentnym zabójcą twardziaka. Nie trafiło. Powiem ci w tajemnicy, iż ja chciałem obdarzyć tę kobietę miłością.

 

Nie wiem dlaczego wierzyłem w pomyślność tego planu. Oczekiwałem nagrody za swoją pieprzoną ascezę? Szczęścia? Jedyne co powinienem wyprodukować dla siebie to solidny kop w moje blade dupsko.

 

Jak na ateistę stałem się straszliwie wierzącym człowiekiem. Wierzyłem w to, iż Ewa jest moim rozgrzeszeniem. Nie mam podstaw twierdzić, że jest moją karą. Kurwa mać, nie mogę żałować tego, że się zakochałem. Tak cudownie jest latać niczym Ikar – nawet jeśli czeka nas bolesny upadek. Pytasz mnie więc kim jest Ewa? Jest karmą. Teraz więc cierpię.

 

Cierpię, bo najprościej ujmując, dopuściłem się złych uczynków. Tamten Adam nie przeżywałby tego w taki sposób, prawdopodobnie by się uwalił z jakąś panną i właśnie zapewniał jej najlepszy orgazm życia. Ja jestem słaby. Jestem małą, wrażliwą i emocjonalną cipką. Pluję sobie za to w twarz, ale pociesza mnie fakt, iż w tym igrzysku absolutu wszyscy jesteśmy do złamania. Wszyscy prędzej czy później doświadczymy tej marności własnej bezsilności. Jak wielu z nas płaczę w poduszkę kiedy nikt nie patrzy?

 

Ja płaczę czasami, kiedy akurat nie jestem zajęty piciem piwa. Wierzę w priorytety. Ile to już razy szczyciłem cię swoim pijackim bełkotem tak jak dziś? Moje myśli przeżarte są wódką, wypełnione procentami. One nie są pijane, one są totalnie uwalone. Mój głuchy krzyk musi się dziś skończyć. Jestem zmęczony. Życie to długa podróż, niełatwa. Droga jest kręta i wyboista. Noce są najcięższe. Dzień zawsze da się jakoś przetrwać. Poszedłem więc spać.

 

*

 

Źle spałem. Obudziłem się o jedenastej, zrywając się z łóżka w ucieczce przed koszmarem. Nie było wcale lepiej. Było chujowo. W istocie nie ma lepszej miary nieszczęścia, kiedy jest Ci źle, wszystko inne brzmi nazbyt poetycko. Jakby Szekspir szeptał Ci do ucha. Fatalnie brzmi banalnie, okropnie niewystarczająco, tragicznie nazbyt przesadnie, a źle po prostu nie ma odpowiedniej mocy. Chujowo to po prostu idealne określenie, a mi tak właśnie było.

 

Poszedłem więc się porządnie wysrać – mam taką swoją zasadę, potrzeby fizjologiczne są zdecydowanie ważniejsze od weltschmerzu. Ot smutek i żal. Czasami musisz to po prostu wyrzucić z siebie. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak wypróżnianie może być poetyckie, jak cudownie jest czytać Nienackiego i rozmyślać o tym, o czym on rozmyślał, stawiając jednocześnie klocka.

 

Umyłem ręce, a następnie twarz, po czym spojrzałem w lustro. Postać, którą ujrzałem, zdecydowanie nie była postacią, której się spodziewałem.
– Miło cię widzieć, stary druhu – rzekłem do swojego odbicia w lustrze. Odzianego w czarną koszulę, uśmiechniętego odbicia – Nic się nie zmieniłeś.
– Chciałbym to samo powiedzieć o tobie, ale nie mogę – odpowiedział i poprawił grzywkę opadającą mu na czoło i dodał – Wyglądasz idiotycznie, kiedy zaczesujesz się do tyłu. Masz wysokie czoło. A ta broda? Wyglądasz jak piczka gwiazdy porno z lat siedemdziesiątych – zaśmiał się.
– Dzięki.
– Wygląda na to, że już mnie nie potrzebujesz. Emanujesz czystą perfekcją – rzekł, nie ukrywając ironii. Pieprzony mistrz sarkazmu, kutas nad kutasami, tym też właśnie byłem.
– Wiesz, najwyraźniej też tak myślałem – podrapałem się po głowie – a teraz jesteś tutaj.

 

Mierzyliśmy się wzrokiem przez dłuższą chwilę, dysonans między nami ulegał znacznej redukcji. Chciałem być nim znowu, mieć kuloodporne serce, być niezniszczalnym.
– Ty kretynie, wiem o czym myślisz – przerwało ciszę odbicie. Spojrzał na mnie przeszywająco, tak jakby zajrzał do wnętrza mojej duszy. Istny roentgen.
– I co mi powiesz? Oświeć mnie.
– Nie możesz mnie wykopać ze swojego środka, jesteś zniszczonym skurwielem. Zawsze byłeś i zawsze będziesz. Jesteś wrakiem, którego nie da się naprawić.
– Nie wątpię w to co mówisz. Wiedziałem, że prędzej czy później wrócisz – odrzekłem uśmiechając się do niego. Wybuchł śmiechem.
– Z takim podejściem chciałeś rozpocząć swój wymarzony związek? Nie dziw się, że poniosłeś porażkę. Zawsze będziesz ją ponosił, bo jesteś martwy.
– A więc twierdzisz, że nie podołałbym Ewie? – zapytałem. Znałem odpowiedź, pytanie było więc po prostu głupie.
– Ty nie podołałbyś żadnej porządnej kobiecie. Pamiętasz tę koszulę? – złapał za kołnierz czarnej szaty. Poczułem ukłucie w sercu.
– Oczywiście. Jak mógłbym zapomnieć?
– Dlaczego więc jej nie nosisz?
– Nie wiem.
– To dlatego, że chciałeś ze mnie zrezygnować. Chciałeś się ode mnie odciąć. Nie chciałeś być człowiekiem, który żeruje na kobiecych emocjach, który je wykorzystuje. A ty i ja stanowimy jedność.

 

Nastąpiła cisza. Wiedziałem, że ma rację i czułem jego potęgę, jego siłę. Chciałem na powrót być tym mężczyzną, którego widziałem w lustrze.
– Posłuchaj mnie, Adamie. Miałeś już swoją miłość, dzięki niej powstałem ja. Prawdziwy ty. Helena była jedyną kobietą, która cię pokochała, żadna inna nie obdarzy cię uczuciem. Próbując rozkochać w sobie Ewę, starasz się wrócić do przeszłości, ale ścigasz cienie. Tylko jedna kobieta odczuwała do ciebie miłość.
– I ta kobieta nie potrafiła kochać... – powiedziałem bardziej do siebie, niźli do niego.
– I ty również nie potrafisz.

 

*

 

Wyszedłem chwilę później z łazienki, ubrany w starą, czarną koszulę. Spojrzałem w lustro w przedpokoju – spoglądał na mnie niewyspany Adam w samych bokserkach. Na jego twarzy malował się ból. Poprawiłem koszulę, puściłem mu oczko, po czym chwyciłem klamkę i opuściłem mieszkanie. Czas skurwić każdy centymetr własnego ciała. Czas zniszczyć w sobie człowieka i uwolnić bestię. Czas przelizać kilka cipek. Jestem przecież zajebisty.

 

*

 

Jako władca nocy, musiałem jedynie przeczekać do wieczora. Reszta pójdzie zgodnie z planem i jeszcze dziś pozbawię jakąś kobietę ubrań i wstydu. Tymczasem przechadzałem się po starówce i cieszyłem oczy przeróżnymi dziewczętami. Do wyboru, do koloru. Blondynki, brunetki, rude. Szczupłe, chudziutkie o figurze „I” czy te bardziej przy masie z pokaźnymi piersiami. Grzeczne dziewczynki i diablice z kolczykami w nosie. Wszystkie tu były, uśmiechnięty wstąpiłem więc do kawiarenki i zamówiłem kawę. Świętowałem możliwość posiadania możliwości.


Kiedy zaczęło się ściemniać, wsiadłem w pierwszy lepszy tramwaj, który zaprowadził mnie na Wrzeszcz do pubu. Usiadłem przy barze, zamówiłem piwo i odpaliłem papierosa. Wspaniały dzień na polowanie.

 

Dostrzegłem kobietę, niewiele starszą ode mnie, po przeciwległej stronie baru. Brunetka, wyglądała mi na studentkę, ale mogłem się mylić. Nie każdy musi przecież studiować. Zawołałem barmana.
– Kto to jest? - wskazałem na dziewczynę.
– Przesiaduje tu godzinami, stały bywalec. Postawisz jej kilka kolejek i jest dzisiaj twoja.

 

Łebski koleś z tego barmana. Na takich jak on jest deficyt. Wstałem, chwyciłem piwo i paczkę szlugów, po czym powędrowałem do brunetki i usiadłem obok niej. Była już całkiem nieźle wstawiona. Miała na sobie stare dżinsy i fioletową koszulę w kratę, spiętą paskiem.
– Wyglądasz mi na hipiskę – rzekłem.
– A to dlaczego?
– To przez te fatałaszki, które nosisz. Stara szkoła. Plus jesteś nieźle uwalona, a wyglądasz mi na stałego gościa tego jakże zacnego baru.
– A co to ma do rzeczy? - zapytała i opróżniła szklaneczkę whiskey z wodą – Co tu ma do rzeczy alkohol?
– Jeszcze raz to samo dla mnie i dla pani...
– Andżeliki.
– Miło mi – ucałowałem dłoń, którą mi podała – Adam. Otóż, moja droga Andżeliko, alkohol i dzieci kwiaty mają wiele wspólnego.

 

Kelner podał szklaneczki. Opróżniliśmy je jednym haustem. Zamówiłem jeszcze jedną rundkę i sytuacja się powtórzyła.
– Więc Adamie. Może mi o tym opowiesz.
– Chętnie.
– Chodźmy, mieszkam niedaleko – rzuciła mi zalotne spojrzenie. Bingo.

 

*


Tarzaliśmy się w jej łóżku, całując się bardzo namiętnie. Byliśmy oboje pijani, wypiliśmy po drodze butelkę wina, którą kupiliśmy w monopolowym. Zdjąłem jej bluzkę i stanik. Miała ładne ciało jak na kobietę, która tyle pije. Chwilę później zdjęła mi koszulę. Miałem niewielki brzuch, jak na faceta, który raczy się tak dużą ilością piwa jak ja. Zaczęła rozpinać mi rozporek. Nagle uderzyło mnie znajome ukłucie w sercu. Wiedziałem co muszę zrobić.
Wyjść.

 

*

 

Wróciłem do domu, wziąłem kluczyki od samochodu i spojrzałem w lustro. Ten sam Adam w bokserkach uśmiechał się teraz do mnie. Opuściłem mieszkanie i wsiadłem do auta. Siedziałem przez chwilę, trzymając ręce na kierownicy. Nie była to dla mnie nowość, potrzebowałem chwilki na odzyskanie trzeźwości umysłu. Chwila minęła, a ja pojechałem na Oliwę, cholerną Oliwę.


Zatrzymałem się na pustym parkingu, niedaleko jej stancji. Nie wiedziałem jeszcze dlaczego. Jedyne, co było mi wiadome, to to, że musiałem tu przyjechać. Wysiadłem. Odpaliłem papierosa i otworzyłem bagażnik. Leżała tam stara, czarno-biała koszula w kratę. Zrzuciłem z siebie tą, którą miałem na sobie z całą agresją jaką miałem i cisnąłem ją na ziemię tuż obok kałuży i wtedy w niej go zobaczyłem.


Patrzył na mnie z ze złością w oczach.
– Nie potrzebuję cię, kurwa! - krzyknąłem. Musiałem wyglądać dziwnie na środku parkingu w środku zimy bez koszuli.
– Kłamiesz!
– Nie! Jesteś wszystkim czym gardzę! - chwyciłem szatę z bagażnika i podszedłem do kałuży z której mnie obserwował – Jestem silniejszy niż ci się wydaję.
– Tak myślisz?
– Ja to wiem – i kopnąłem prosto w wodę w której się znajdował.
Założyłem na siebie koszulę w kratę, spojrzałem na zmąconą wodę i wsiadłem do auta.
Otworzyłem okno i wyrzuciłem fajkę prosto do kałuży.
– Udław się tym. Ja mam coś do załatwienia – odpaliłem silnik i odjechałem.

 

*

 

Zatrzymałem się na chodniku niedaleko jej domu. „Wyjdź na pierwsze skrzyżowanie. Czekam.” napisałem. I rzeczywiście czekałem, mocno zdenerwowany. Otworzyłem schowek i wyjąłem ładnie zapakowany prezent. W środku były perfumy.


Trwało to chwilę, zacząłem nawet myśleć, że nie zechce mnie zobaczyć. W końcu jednak dostrzegłem ją w lusterku. Wysiadłem i podszedłem do niej.
– Chciałem ci to dać. Wiem, wiem, że mówiłem, iż oddam go bezdomnej albo wyrzucę, ale kto to robi? – powiedziałem. Zapadła wymowna cisza. Po chwili ją przerwałem – Ewo, namęczyłem się pakując ten prezent, nie chodzi nawet o to co jest w środku. Mam kiepskie zdolności manualne, ostatnio nawet zniszczyłem prezent dla ojca przy pakowaniu – gubiłem się już w tym co mówię – Weź go, proszę.

 

Wyciągnąłem rękę z prezentem, który ona chwyciła, po czym zbliżyła się do mnie i pocałowała. Brakowało mi tych ust jak cholera i nie zamieniłbym ich na żadne inne. Po chwili oderwaliśmy się od siebie.
– A co z tymi cipkami? - zapytała.
– Chyba pomyliłem priorytety.
– A jakie są priorytety?
– Ty.
– Przecież mówiłeś, że jestem toksyczna.
– Myślę, że jesteś. Podobnie jak ja.
– Mówiłeś, że Cię wykorzystałam.
– Wiele rzeczy mówię w złości.
– Czy to znaczy przepraszam? - Zapytała. Złapałem się za czoło i uśmiechnąłem.
– Nie jestem dobry w przepraszaniu. Ale szczerze żałuję swoich słów.

 

Patrzyliśmy na siebie. Chciałem, żeby uwierzyła w to co mówię, bo szczerze tego żałowałem. Byłem po prostu głupi. Ale tacy właśnie jesteśmy, my mężczyźni.
– Wiesz, że jestem teraz bez makijażu?
– Wow – odrzekłem – Chyba mamy erekcję...
– Musiałeś zniszczyć patos sytuacji, prawda? – zaśmiała się szczerze.
– Erekcja to szczera reakcja – uśmiechnąłem się do niej – Ale co ważniejsze, nie uciekłem.
– Nie, nie uciekłeś... – zbliżyła się i pocałowała mnie.


dobry 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
olivia 1 marca 2011, 14:04
Jesteś pewny, że chcesz zaimkować wielką literą? To nie list. :)
Marcin Sierszyński
Marcin Sierszyński 1 marca 2011, 15:03
"Najprościej rzecz ujmując" - błąd językowy, powinno być "Najprościej ujmując" (przedostatni akapit pierwszego paragrafu).

Bohater jest tak "męski", że aż nieraz sztuczny - w myśli, słowach i uczynkach. Widać ponadto wyraźną makdonaldyzację przestrzeni, zachowań, idei. Obrazki znane nam z literatury amerykańskiej - kawiarnie, w których kotłują się wyłącznie piękne kobiety, chętne i gotowe, koniecznie jazda samochodem, brudne mieszkania po imigrantach z Europy Wschodniej. Alkohol, papierosy, kobiety, wulgaryzacja języka.

To jednak nie zarzut, a przynajmniej nie jest w stanie zniszczyć mi tego całkiem dobrego obrazu, jakiś nakreślił. Jest akcja, ciekawa fabuła... wszystko, co powinno się spodobać czytelnikowi popularnemu. Nie sposób nie docenić, ale zdecydowanie nie jest to literatura dla mnie.
kt 1 marca 2011, 17:09
Zajmę się dziś poprawkami, które zauważyliście.

Nie mogę zaprzeczyć i nie mogę się zgodzić w kwestii kreacji bohatera czy też przestrzeni. Jeżeli chodzi o to komu ma się spodobać, to zdecydowanie stoję za tym by tekst był egalitarny niźli elitarny.
olivia 1 marca 2011, 18:22
W takim razie czekamy. :)
olivia 1 marca 2011, 21:58
Widzę już pewne zmiany, ale zauważyłam jeszcze kilka literówek i ''zjedzonych przecinków''. Raczej to wina przypadku, a nie niewiedzy, więc może sama poprawię, żeby nie robić sobie i Autorowi kłopotu z wyszczególnianiem tego wszystkiego.

Nadal obstaję przy zmianie zaimków!
kt 1 marca 2011, 22:14
Ja właściwie już sam nie wyłapuję błędów, gdzie dałem radę znaleźć - pozmieniałem. :)
Dziękować. ^^
olivia 1 marca 2011, 22:19
Bo w swoich tekstach najtrudniej je dostrzec. Nawet jeśli są oczywiste. :)
912 wyświetleń
przysłano: 1 marca 2011 (historia)

kt

28 Gdańsk
5 tekstów 2 prace 15 komentarzy
w kilku słowach piję dużo piwa, skręcam papierosy i nie mam pieniędzy, ale wyśmienicie się tak żyje.

Inne teksty autora

Śledztwo w pewnej sprawie

Kamil Tomaszewski, opowiadanie

Szczęściarz

Kamil Tomaszewski, opowiadanie

Zmiany

Kamil Tomaszewski, wiersz

Słodkich spraw kilka

Kamil Tomaszewski, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło