Literatura

Stradivarius (opowiadanie)

Bogusz Jan Szulc

 

Opowiadanie to dedykuję Annie.

 

            Londyn tego dnia pokrył się gęstą, jak mleko, późno październikową mgłą. Nowy dzień niechętnie wychylał się zza tej miękkiej pierzyny, która spowiła całe miasto, nie dziwiąc tym zupełnie nikogo z jego mieszkańców. W jednym z hoteli, kochanek światowej sławy skrzypaczki niechętnie nacisnął przycisk budzika.

Ona podniosła głowę i zapytała:

            - Która godzina?

- Siódma pięć. Śpij!

Wczorajsza noc, byłaby dla nich pewnie, ze względu na moc przeżytych wrażeń niezapomniana, jednak alkohol, który towarzyszył im przez te długie godziny, zatarł wiele z minionych godzin. Ona przyjechała do Londynu, by odebrać stąd najdoskonalsze skrzypce, jakie kiedykolwiek powstały – wiekowego Stradivariusa. Miała zagrać na nich jeden z mistrzowskich koncertów Liszta w Nowojorskiej sali koncertowej. Sam depozyt - obiekt westchnień wielu skrzypków z całego świata - czekał na nią w tutejszej filharmonii. Ich muzyczny romans miał trwać zaledwie kilkadziesiąt godzin, ale wyjątkowość i delikatność drewnianego kochanka sprawiała, że nie mogła doczekać się chwili, kiedy pierwszy raz weźmie go w swoje ramiona. Teraz jednak spała mocno, choć na niecałe pół godziny pancerna kasa, w której przetrzymywany był instrument miała zostać otwarta.

            Podniosła głowę, spojrzała na zegarek i poderwała się z łóżka. Głowa rozbolała ją strasznie od nagłego ruchu, który wykonała.

            - O nie! Znowu?! - Wrzasnęła i wyciągnęła z torebki telefon. - Taksówkę pod hotel Sheraton, szybko!

Na twarzy miała rozmazany wczorajszy makijaż, spała w drogiej sukience, która teraz pogniotła się niesamowicie – ogólnie wyglądała raczej jak panienka z klubu Go-Go po nocnej zmianie, niż ktoś, kto za kilkanaście godzin, ma podbić serca nowojorskich melomanów swoją grą na skrzypcach. W pośpiechu założyła buty i narzuciła na siebie futro, po czym wybiegła z pokoju. Gdy wpadła na parter, taksówka już czekała. Taksówkarz ruszył z piskiem opon jadąc pod wskazany adres. Była spóźniona już ponad pół godziny. Na szczęście, akademia muzyczna nie była daleko. Poprawiła szybko rozmazany makijaż i modliła się w duchu, by nie było od niej zbytnio czuć alkoholu. Kiedy dotarła na miejsce, kustosz czekał na nią przed drzwiami budynku kręcąc na palcu kluczem do sejfu.

- Myślałem, że się pani rozmyśliła – powiedział z szerokim uśmiechem.

- Przepraszam za spóźnienie! Korki

- No tak, przecież dziś niedziela – uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Frajer - pomyślała. Dziwka - pomyślał. Odwzajemniła jednak uśmiech i weszli razem do budynku. Prowadził ją długimi korytarzami, a stukot jej własnych obcasów potęgowany przez wiekowe ściany, rozsadzał od wewnątrz jej głowę. Weszli do biura.

Kustosz wyciągnął futerał ze skrzypcami i postawił go na biurku. Z zewnątrz nie wyróżniał się on zupełnie niczym, jednak jego zawartość nie była w żadnej mierze zwyczajna. Skrzypaczka ostrożnie odbezpieczyła zamki zamykające niepozorny pokrowiec. Były tam. Piękne, szatańsko doskonałe. Tkwił w nich płacz i śmiech, powietrze i ziemia, dobro i zło – objawiające się przez pożądanie wielu ludzi by je posiąść. Ona dotknęła teraz ślimaka i pogładziła struny przesuwając opuszkiem palca w kierunku efów. Tak, były idealne.

- W sumie spełnia się dziś nasze przeznaczenie, już dawno powinniśmy być razem.

- Co ma pani na myśli?

- Ojciec chciał podarować mi te skrzypce na urodziny. Jednak jakiś palant stąd zablokował w ostatniej chwili transakcję.

- Tak pamiętam – powiedział – to byłem ja.

- Ach...

            - To zbyt cenny przedmiot by mógł być w posiadaniu jednej osoby. Widzi pani, ludzie już dawno przestali widzieć tu instrument, zamiast tego widzą jedynkę z kilkunastoma zerami na końcu. To smutne, że taki los spotkał dzieło, którego w żaden sposób wyceniać się nie powinno. Powinno się za to cenić go za jego unikalne brzmienie, nie do podrobienia w każdym interwale. Ciągle liczę, że znajdzie się na tym świcie ktoś, kto doceni ten przedmiot jako, po prostu, wspaniałe skrzypce. Ale czy jest jeszcze ktokolwiek, kto nie jest tak zepsuty?

Ona jednak nie słuchała go w ogóle i patrzyła nieprzytomnie w okno.

- Mogę już iść?

- Słucham?

- Czy mogę już zabrać skrzypce i wyjść stąd?

            - Nie! - Cofnął się i spojrzał na nią z miną człowieka, który będąc całe życie nudnym urzędnikiem, choć w tej chwili miał szansę zaistnieć, wykorzystać swoją rolę do maksimum. - Wiem, że mało to panią obchodzi, bo wie pani absolutnie wszystko, ale muszę - Jestem zmuszony panią pouczyć, co do obchodzenia się z tym przedmiotem. To mój obowiązek.

Westchnęła głęboko z dezaprobatą i powiedziała:

- Proszę, byle szybko.

            - Więc, kiedy ma pani przy sobie instrument, musi pani poruszać się po mieście tylko i wyłącznie taksówką. Zabronione jest jeżdżenie metrem i autobusami. W samolocie skrzypce muszą lecieć obok pani, na specjalnie wykupionym miejscu, ale to chyba pani już wie, Carnegie Hall, zrobił już odpowiednią rezerwację. Pod żadnym pozorem nie wolno pani zostawiać skrzypiec tego instrumentu bez opieki. Chyba jest pani tego świadoma?

- Czy to już wszystko? Teraz mogę iść?

- Proszę tylko to podpisać.

Podsunął jej dokument potwierdzający przyjęcie depozytu. Postawiła na nim niewyraźną parafkę i wyszła bez słowa zabierając futerał.

            Wybiegła z budynku. Ból głowy nie dawał jej spokoju. Wsadziła rękę do torebki i zdała sobie sprawę, że w pośpiechu zapomniała zabrać portfel. Na dnie znalazła tyko kilka monet i zmięty banknot pięciofuntowy. Na taksówkę nie starczy. Trudno pojedzie metrem pomyślała, jakby zupełnie wymazała z pamięci wszystkie usłyszane przed chwilą przestrogi nudnego depozytariusza. Udała się w stronę zejścia do podziemnej kolejki. To tylko trzy stacje – myślała - nic się nie może stać. Jadąc w dół ruchomymi schodami zdążyła jeszcze wymienić spojrzenie z kolejnym rastafariańskim prorokiem, jadącym ma górę, wprost na ulice Londynu, by głosić tam swoje kolejne objawienia.  Kupiła bilet w automacie. Reszta spokojnie starczy jeszcze na kawę. O tak, kawa to coś, co jej pomoże! Widziała jedną z tych drogich sieciowych kawiarni w pobliżu hotelu, wstąpi do niej w drodze powrotnej.

            Pociąg zajechał wzbudzając śpiące w tunelu echo. Scarlett nie zwracając niczyjej uwagi wsiadła do wagonu. Usiadła i zacisnęła palce na pasku futerału. Nie miała nawet okazji usłyszeć ich brzmienia. Ten dziad, działał jej zbyt mocno na nerwy by mogła zagrać przy nim choć jedną nutę.  Grała już na innych Stradivariusach, ale każda para, która wyszła z warsztatu mistrza miała swój niepowtarzalny charakter. Nie szkodzi, pomyślała wysiadając, będę miała dość czasu na wypróbowanie, byle tylko dotrzeć do tego cholernego hotelu. Wspięła się, wciąż dzierżąc futerał w, na stopnie prowadzące na powietrze. Bryła hotelu zamajaczyła w oddali. Szła teraz pewnym krokiem, w jego kierunku, lecz nagle przypomniała sobie o ponad czterech funtach w kieszeni płaszcza i pysznej kawie, którą mogła za nie mieć. Skierowała się do obleganego o tej porze lokalu. Podeszła do stolika. W środku było ciepło, więc zdjęła futro i powiesiła je na oparciu, obok zostawiła futerał i torebkę Jackie Brown. Stanęła w długiej kolejce do kas. Jakaś wycieczka szkolna, długo nie mogła się zdecydować, co wybrać. Ktoś odliczał należność z drobnych monet, ktoś inny uprzejmie zagajał do uroczej kasjerki pytając o samopoczucie i wywołując u niej tym samym uśmiech i rumieniec wstydu. Skrzypaczka stała zamyślona. W swojej głowie była już w Nowym Jorku gdzie publiczność po zakończonym występie nagradza ją głośnymi brawami. W końcu przyszła jej kolej by złożyć zamówienie.

- Dużą Latte z syropem czekoladowym proszę!

- Na miejscu, czy na wynos?

- Na wynos, śpieszę się!

- Proszę uprzejmie – powiedziała urocza kasjerka, ciągle zerkając kątem oka w kierunku przystojnego bruneta, który zagadywał ja przed chwilą.

Scarlett odebrała napój i podeszła do stolika. Leniwie założyła na siebie drogie futro, prezent od jednego z jej kochanków. Bodajże z Paryża. Uroczy chłopak, chciał się jej oświadczyć. Klęknął w tłumie na wzgórzu Montmartre. Miał taką śmieszną minę, kiedy powiedziała mu, że ma się odczepić i nawet nie próbować do niej... GDZIE SĄ SKRZYPCE!!!

- Moje skrzypce!!!- wrzasnęła tak głośno, że przechodząca obok kelnerka z tacą, rozlała całą niesioną kawę. Wszyscy spojrzeli w jej kierunku, a ona osunęła się nieprzytomna na podłogę.

            Tym czasem kilkaset metrów dalej, wcale nie biegł niosąc zwyczajny futerał. Dzień, jak co dzień. Zazwyczaj wyciągał portfele i telefony z kieszeni nieuważnych przechodniów. Dziwny futerał ukradł pierwszy raz. Nie wiedział nawet jeszcze, co się w nim znajduje. Po prostu potrzebował jakichkolwiek pieniędzy. Długi u dealerów rosły z każdym dniem. Odcięli już palec jego bratu, teraz grozili, ze zrobią to samo jego siostrze. Gdyby tak się stało, nikt nie dałby za nią należnego posagu, a rodzina umarła by w nędzy. Musiał, zatem kraść aby ratować jej honor i spłacać swoje karciaro-narkotykowe długi. Wsiadł do autobusu i opuścił centrum. Po pół godziny był już na brudnych przedmieściach. Wysiadając potrącił jakiegoś Polaczka, który sprzątał przystanek. Nienawidził tego bydła z Polski. Było ich tu mnóstwo, pili, kradli, awanturowali się, a co najgorsze nie mieli Allaha w sercu. Aż spojrzał w kierunku Mekki, czekając, aż minie w nim złość. Chwilę później był już przed drzwiami swojego mieszkania. Pchnął je. Nie były zamknięte. Jego brat leżał w podkoszulku i slipach przed czterdziestocalową plazmą.

- Ty idioto! Zamykaj drzwi! Nie wiesz, że oni mogą tu przyjść w każdej chwili.

- Nie za dnia. Do zmierzchu kręcą się tu psy, nie będą ryzykować. Co tam masz? - wskazał na futerał.

- Sam nie wiem. Zwinąłem to jednej dziwce, kiedy kupowała kawę, chciałem zabrać jej portfel, ale torebka była pusta, więc zabrałem sobie to.

- Jeśli to była dziwka, to coś może być nieczyste! Allah pokarze Cię, jeśli tego dotkniesz.

- A ja myślę, że wielki Allah, specjalnie pokierował moje kroki do tamtego miejsca, dzięki temu zmniejszymy swój dług.

- Możemy sprzedać przecież siostrę. Może starczyłoby jeszcze na blueray do tej plazmy, przydałoby się, w telewizji nie ma nic ciekawego.

- Naprawdę chcesz, żeby wróciła do Syrii? A to (?) ją czeka, jeśli teraz ją wydamy za mąż.

- A nie możemy jej opchnąć jakiemuś z tutejszych, Brytyjczykowi?

-Nie, bo to nie są cywilizowani ludzie, oni nie przestrzegają świętego słowa naszego proroka i nie uznają takich transakcji.

- Jeszcze zrobimy tu porządek! Allah Akbar!

- Allah Akbar!

- No dobra, pokaż, co masz w tym pokrowcu.

Abdul rozsunął zamki.

- Mówiłem ci, że to jakiś nieczysty przedmiot!

- Ty idioto, to zwykłe skrzypce. Wiem, bo widziałem kiedyś takie u żebraka w metrze.

Szarpnął struny, instrument zadźwięczał przez chwilę, po czym ucichł nie wywierając żadnego wrażenia na słuchających.

- Abdul ile to może być warte?

- Nie wiem. Z pięćdziesiąt funtów?

- Coś ty, żebrak nie grałby na tak drogim instrumencie.

- Też racja. Więc nie wiem, z dwadzieścia.

- Coś koło tego. Ile masz długu u Mohameda?

- Dwadzieścia pięć przegrałem w karty, kolejne dziesięć za alkohol, piętnaście za jedną z tych jego małolat, no i amfa za ponad stówę.

- Sto pięćdziesiąt funtów. Tym gównem go nie zaspokoisz.

- Masz lepszy pomysł.

- Nie.

- Więc zamknij dziób głąbie. Pójdę jeszcze raz na miasto, znajdę kasę, może trafi się jakiś gruby portfel. Do wieczora powinno się uzbierać ze sto funtów.

            Tego wieczoru wszedł do starego magazynu z podniesioną głową i garścią banknotów. Cisnął pieniądze przed oblicze Mohameda, który popijał właśnie szkocką z kieliszka z wygrawerowanymi wersetami z Koranu. Wziął do ręki pieniądze i przeliczył je. Potem wyciągnął papierosa zapalił rozsiadł się w swoim fotelu i patrząc na Abdula wycedził.

- Wiesz co prorok kazał robić ze złodziejami? Obcinać im ręce i kamienować. Jesteś złodziejem Abdul. Okradasz mnie!

- Ale jak to? Tu jest sto pięćdziesiąt. Dokładnie tyle ile jestem Ci winien.

Mohamed roześmiał się głośno i śmiał się długo a wraz z nim śmiał się cały jego „dwór”. Nagle przestał się śmiać.

- Jesteś mi winien dwieście! Jeśli nie masz, utnę ci dłoń i zgwałcę twoją siostrę! W imię Allaha, każdy złodziej musi ponieść karę, a jego ród zostać na wieki zniesławiony!

- Mam jeszcze to – powiedział przerażony Abdul kładąc na stole futerał – to jest warte ponad pięćdziesiąt funtów, weź to! Będziemy kwita! Nie pożałujesz.

Mohamed otworzył futerał i roześmiał się jeszcze głośniej niż przedtem.

- Chcesz, żebym dał ci pięćdziesiąt funtów za jakąś śmieszną zabawkę cywilizacji zgnilizny? Jesteś żałosny.

W tym momencie porwał instrument z futerału i trzymając za gryf, uniósł wysoko ku górze by roztrzaskać go o kant blatu, przy którym siedział. Lecz jedna z prostytutek stojąca za nim, dokładnie ta sama, którą Abdul pobił kiedyś, podczas jednej z wielu odbywających się tu orgii, schyliła się i szepnęła coś na ucho Mohamedowi. Ten zamachnął się i pewnie zatrzymał instrument kilka centymetrów nad blatem. Po czym podał go dziewczynie. Ta sięgnęła jeszcze po smyczek i bez strojenia zagrała jakąś nieznana zgromadzonym melodię.

- Ciężko się gra, to jakaś tania podróbka – orzekła – ale myślę, że możesz mu darować za ten instrument te pięćdziesiąt funtów.

Mohamed skinął głową i Abdul odszedł tyłem bijąc mu, co kilka kroków pokłony. Kiedy znalazł się za drzwiami, czmychnął ile miał tylko sił w nogach i lekkości w sercu.

            Tymczasem Amanda schowała instrument do futerału i przysiadła na kolanie Mohameda.

- Gdzie ty się nauczyła grać na tym diabelstwie?

- Kiedyś w Teheranie była szkoła muzyczna, także dla kobiet. Chodziła do niej moja mama. Potem, kiedy przyszło wyzwolenie i szkołę zamknięto, mama nauczyła mnie kilku melodii.

- To haniebne – stwierdził – ale doceniam to, że mimo iż jesteś tylko kobietą, potrafisz zrozumieć dziedzinę, która jest niepojęta dla wielu najświatlejszych nawet mężczyzn.

- Dziękuję panie!

Skrzypce trafiły do magazynu rzeczy, zastawionych za długi. Leżały tam przez kilka tygodni, wystawione na działanie mrozów nocy i wilgoci dnia. Pewnie rozpadłyby się z zapomnienia gdyby nie głosy, które wyrwały je ze snu pewnej nocy.

- Jak to cały kontener?

- Czego ty tu kurwa nie rozumiesz? Cały kontener szmuglu do Polski. Możemy tam wsadzić co chcemy.

- To legalne?

- Tak oczywiście, mam pozwolenie od królowej i druk z podpisem Tuska.

- To dobrze.

- To była ironia głąbie. Dobra ty wyważ te drzwi, ja zajmę się myśleniem.

- Czyj to w ogóle magazyn?

- Tego brudasa, co prowadzi burdel w starym magazynie. To rzeczy, które zajebał swoim dłużnikom. Przecież okraść złodzieja to nie grzech!

- Och, to dobrze! Mamusia byłaby z nas dumna, że nareszcie zarabiamy legalnie!

- Widocznie jej piesza pielgrzymka do Częstochowy przyniosła jakiś skutek... Misiek rozjebiesz w końcu te drzwi?

- A co będzie jak Muzlimy się kapną, że ich w chuja zrobiliśmy?

- Gówno, będziemy już wtedy w drodze do Polski!

Zbutwiałe deski łatwo ustąpiły pod naporem potężnego ramienia Miśka. Dwóch Polaków weszło do pomieszczenia oświetlając sobie drogę latarkami.

- O ja... Ile tu jest dobra! Misiek! Nie stój tak, tylko ładuj do wana.

Misiek posłusznie wykonał rozkaz, nigdy nie negował poleceń młodszego brata, który od zawsze mówił mu, co ten ma robić. A, że Misiek był człowiekiem barczystym, telewizory i komputery szybko znalazły się w samochodzie. Na koniec wyniósł zakurzony i brudny futerał.

- To też?

- Tak, jak wszystko to wszystko!

- A co to?

- A jak myślisz?

- Nie wiem.

- To jest ten... No... Kontrabas debilu. Nasz wielki rodak...

- Papież...?

- Nie! Fryderyk Schopenhauer, on na takim grał.

- Na takim małym?

- Bo to wersja składana. Wsiadaj do samochodu, bo zaraz jeszcze brudasy się zlecą. I proszę, nie zadawaj już tych swoich idiotycznych pytań!

            Chwilę później gnali już bulwarem w kierunku autostrady wylotowej z miasta. Nim wstał świt, byli już w porcie morskim. Na nabrzeżu czekał na nich człowiek w czerwonej kurtce. Kiedy wysiedli powitał ich otwarcie.

- Kurwa! Ile można na was czekać? Statek wypływa za pół godziny!

- No sorry, szwagier. Wiesz, że z tym głupkiem nie jest lekko.

- Dobra. Nie pierdol, tylko ładuj się tym gratem do kontenera. Nie ma czasu!

Dźwig załadował ostatni kontener na pokład i chwilę później statek odpłynął zostawiając za sobą smugę spienionej morskiej wody.

            Kiedy dopłynęli do Gdyni śnieg zdążył pokryć całe nabrzeże. Święta Bożego Narodzenia zbliżały się już wielkimi krokami i całe miasto jak i kraj ogarnęła już gorączka przedświątecznych zakupów. Rozpoczął się rozładunek statku. Marynarz dopilnował osobiście, by kontener z lewym ładunkiem bezpiecznie znalazł się na lądzie.

- Dobra – powiedział, kiedy kontener został otwarty – spierdalajcie stąd byle szybko! Postawiłem celnikowi pół litra, żeby was wypuścił. Jazda!

Wsiedli do samochodu i odjechali. Trójmiasto szybko zostało w tyle. Rodzinny Białystok zbliżał się  z każdym kilometrem. Ominęli kilka patroli policji jadąc z przepisową prędkością, tylko po to by chwilę później gnać sto dwadzieścia, zaśnieżoną wąską drogą. Przed wieczorem byli na miejscu. Tęsknota za domem pchała ich niesamowicie, ale najpierw musieli dokończyć interesy. Włodek czekał już przed swoim domem.

- Zbyszek! Michał! - powitał ich – kopę lat!

Po wymianie przyjacielskich uścisków przeszli do rzeczy.

- Co macie dla mnie?

- Towar pierwsza klasa! Komputery, srebra, telewizory, czego dusza zapragnie.

Włodek rzucił pobieżnie okiem na zawartość wana.

- Coś czuję, że ubijemy ten interes. Ile chcecie za wszystko? Ufam wam. Wiem, że mnie nie okantujecie! W razie czego, wiem gdzie mieszkacie! - powiedział śmiejąc się bezzębnie.

- Powiedzmy sto i wszystko jest twoje.

- Sto złotych?

- Nieee, tysięcy!

- Przecież wiem, jaja sobie z was robię chłopaki – powiedział klepiąc ich przyjacielsko – wiecie co? Dam wam sto dziesięć! Święta idą, a ja was lubię. Potraktujcie to, jako prezent ode mnie. Stoi?

- Stoi – podali sobie ręce.

- No! W ryj i nożem! - rzucił wręczając im pieniądze. Pomachał im jeszcze na pożegnanie patrząc jak odchodzą w kierunku swojego domu.

- Idioci – dodał pod nosem.

Ładunek został przeniesiony do garażu. Zaraz po świętach zaczął rozpływać się po całym kraju. Najpierw zniknęły srebra, potem telewizory i komputery, po kilku dniach został już tylko bezpański futerał ze skrzypcami, z którym zaradny Włodzimierz nie za bardzo wiedział co począć. Któregoś dnia przyszedł do skupu złomu znajomy pijaczek, Filip. Przyniósł dwa worki z puszkami oczekując zapłaty.

- Nie dam ci kasy, nie mam – upierał się właściciel.

- No weź się zlituj. Sylwester idzie! I co ja mam o suchym pysku nowy rok witać? To nie po bożemu tak traktować bliźniego!

- Słuchaj! Kasy ci nie dam. Ale wiesz co? - udał się do garażu – Dam ci za te puszki to! - powiedział niosąc futerał ze Stradivariusem.

- Co to?

- Skrzypce?

- Powiedz mi, na chuj mi skrzypce?

- Przecież masz swoje stoisko na pchlim targu! Jak się dobrze potargujesz to dostaniesz więcej niż ode mnie za te puszki i nie będziesz musiał spędzać sylwestra o suchym pysku. Kto wie, może nawet na petardy ci starczy!

- Petardy nie – powiedział z uśmiechem, – ale bombę będę miał na pewno!

To mówiąc Filip zabrał instrument i oddalił się w kierunku miasta.

            W tym samym czasie kierowca rosyjskiego tira chodził po mieście szukając prezentów dla swoich ukochanych dzieci. Miał ich szóstkę, najstarsza córka kończyła w tym roku osiem lat. Zbliżało się prawosławne Boże Narodzenie, a on chciał wynagrodzić swoim pociechom swoje długie nieobecności. Nie miał jednak wyboru, był jedynym żywicielem rodziny, ale przecież dzieci są jeszcze zbyt małe, aby to zrozumieć. Kupił już całą masę słodyczy, dla chłopców samochody na pilota, dla najmłodszej niespełna rocznej córeczki ciepłe śpiochy i książeczkę o zwierzątkach. Jednak w głowie brzmiała mu wciąż prośba najstarszej córki, którą po cichu kochał z całej swojej dziatwy najbardziej. Kiedy przed wyjazdem zapytał ją, jaki podarek chciałaby dostać na gwiazdkę odpowiedziała: „Skrzypki Tatusiu, Skrzypki!” Prośba ta nie była bezzasadna, dziewczynka od ponad roku pobierała nauki gry na tym właśnie instrumencie i sprawiało jej to dużą satysfakcję. Jednak fakt, że nie mogła zabierać instrumentu do domu, bardzo utrudniał jej praktykę. Troskliwy ojciec chodził po sklepach muzycznych wszystkich miast, które odwiedzał, jednak ceny instrumentów grubo przekraczały możliwości jego skromnego budżetu. Dziś był ostatni dzień jego pobytu w zachodniej Europie i smutek, że nie udało mu się spełnić prośby swojego dziecka, przepełniał jego serce. Miał już wracać na parking, by wsiąść do samochodu i ruszyć w stronę granicy, kiedy jakieś przeczucie pchnęło go, by wejść między stragany uginające się od różności. Oglądał właśnie komplet garnków ze stali nierdzewnej, kiedy jego uwagę przykuł znajomo wyglądający przedmiot. Na brudnym wózku, gdzieś między pogniecionymi czasopismami pornograficznymi z lat dziewięćdziesiątych i zepsutym radiem na baterie spoczywał w swoim futerale zaginiony Stradivarius. Zaciekawiony kierowca podszedł bliżej.

- Czy to skrzypce?

- Tak jest – odpowiedział sprzedawca – życzy pan?

- A dobre chociaż?

- A panie ja nie wiem, wyglądają na nietknięte. Nie wiem, nie znam się.

- A ile?

- Jak dla pana dwie stówki.

- Nieee to za dużo, nie dam dwustu złotych za, być może, popsute skrzypce.

Kierowca udał, że chce się oddalić.

- Dobra! Panie, sto pięćdziesiąt!

- Sto!

- Sto dwadzieścia pięć!

- Sto!

- Ależ pan jesteś... dobra sto!

Kierowca podał banknot handlarzowi. Ten bezceremonialnie oddał mu instrument. Kierowca odszedł nie wierząc własnemu szczęściu. Chwilę później opuszczał już miasto kierując się w stronę granicy Polsko – Białoruskiej.

            Nocne oczekiwanie na odprawę, tylko spotęgowało jego tęsknotę za domem. Do Czelabińska miał planowo dotrzeć w Wigilię, a więc został jeszcze tydzień!

Przed północą doczekał się odprawy. Celnik sennie, wykonywał swoje obowiązki zaglądając do w różne zakamarki ciężarówki. Nagle spostrzegł leżące w szoferce na siedzeniu pasażera skrzypce.

- Co to? - Zapytał.

- Skrzypce.

- Gra pan?

- Nie, to prezent dla córki.

- Proszę pokazać! Nie wie pan, że nie wolno takich rzeczy przewozić przez granicę bez wcześniejszego zgłaszania!?

- Nie wiedziałem, pierwszy raz wiozę coś takiego.

- Może pan przemycać coś w środku, gdybym był złośliwy roztrzaskał bym je panu na zderzaku, na szczęście istnieje inny sposób aby to sprawdzić.

Celnik chwycił delikatnie instrument w swoje palce i wprawnym ruchem nastroił struny do odpowiednich naprężeń, po czym bezbłędnie zagrał melodię z musicalu „Skrzypek na dachu”.

Kiedy skończył, ukradkiem otarł łzę z policzka i powiedział:

            - To bardzo dobry instrument. Ma niesamowite brzmienie. - Obejrzał je dokładnie szukając sygnatury. - W dodatku to idealna kopia Stradivariusa. Pana córka będzie na pewno zachwycona!

- Dziękuję! - Powiedział kierowca oddychając z ulgą.

Na kolejnej granicy, przepuścili go bez większej kontroli. Kiedy po kilku dniach za kierownicą, na horyzoncie zamajaczył Ural, niesłychany spokój ogarnął jego duszę. W centrali stawił się kilka godzin przed czasem, ale formalności ciągnęły się w nieskończoność i dopiero, kiedy zapadł zmrok, objuczony torbami podróżnymi ruszył w kierunku swojego domu. Na progu skromnej chatynki na przedmieściach, powitali go wszyscy domownicy. Radości nie było końca. Zdążył idealnie na rozpoczęcie skromnej wieczerzy. Kiedy po przełamaniu się prosforą i zjedzeniu postnego posiłku przyszedł czas rozluźnienia, dzieci podbiegły do ojca oczekując obiecanych podarków. Mężczyzna usiadł w fotelu i wywoływał swoje dzieci.

- Wania, Kuba!

Bliźniacy zbliżyli się nieśmiało a chwilę później „rozbijali” już po podłodze swoje nowe, zdalnie sterowane samochody. Nie mniej cieszył się z kolejki elektrycznej rok młodszy Piotruś. Dwuletnia Natasha, przytuliła się do wielkiego pluszowego misia, a najmłodsza Kalina chyba bardziej, niż z ubranek cieszyła się, z roześmianej twarzy ojca, która znów była na wyciągnięcie ręki.  Na koniec ojciec, podszedł do najstarszej Leny i objął ją mocno i wręczył dużą czekoladę z bakaliami.

Dziewczynka uśmiechnęła się blado i powiedziała:

- Kocham cię tatusiu!

- Ja też cię kocham córeczko. Wydajesz się być smutna – powiedział gładząc ją palcem po nosku - też chciałabyś dostać jakąś zabawkę.

- Nie tatusiu, cieszę się, że jesteś z nami!

- Wiesz, ja też się cieszę. Myślę, że jesteś już za duża na zabawki, dlatego mam dla ciebie coś o wiele lepszego!

Czarne oczy dziewczynki, zapłonęły dziką radością.

- Leć, zobacz, co stoi w przedpokoju! – Zachęcał ojciec.

Dziewczynka wyszła za drzwi i chwilę później, dało się słyszeć ogromny pisk radości.

- Tatku! - Powiedziała niosąc nieco zbyt wielki dla niej futerał.

Dziewczynka otwarła go i zaczęła oglądać swój podarek. Skrzypce były oczywiście za duże dla małej dziewczynki, ale ona umiała sobie radzić z tym doskonale, grając na wyższych akordach, gdyż w ognisku muzycznym, także nie dysponowano skrzypcami przeznaczonymi dla małych rączek dzieci.

- Tato, one są cudowne!

Ojciec pogłaskał swoją pociechę po główce i powiedział:

- To może zagrasz coś dla mnie kochanie?

Dziewczynka wyjęła z futerału smyczek, i zagryzając z tremy wargi, zagrała na rozstrojonych strunach najpiękniej jak umiała...

BY-ŁY SO-BIE KUR-KI TRZY!!!

 

 

 

Opowiadanie zostało zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Jednak, jako autor, nie ręczę za to, że właśnie taki los spotkał Stradivariusa ukradzionego w jednej z Londyńskich kawiarni, gdyż zwyczajnie mam trochę zbyt bujną wyobraźnię...

 

                   

(2013)


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
+plus mechanik tomek zimakowski
Idę o zakład , że skrzypce odjechały jakimś ambulansem pocztowym .
A dokąd ?
A w siną dal , czyli tam , gdzie ich miejsce .
przysłano: 2 marca 2013 (historia)

Inne teksty autora

Początek
Bogusz Jan Szulc
Koty gorszego Boga
Bogusz Jan Szulc
bezdech
Bogusz Jan Szulc
Palce
Bogusz Jan Szulc
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca