Dziękuję, zapraszamy ponownie (opowiadanie)

IoNa

Obudziła ją cisza, przecięta przez niewyraźny odgłos przejeżdżającego daleko pociągu. Ucieszyła się z tego odgłosu, bo milczące otoczenie zaczynało ją irytować. Uszy przyzwyczajone do hałasu o każdej porze dnia i nocy, kazały jej tęsknić za tym, przed czym właśnie uciekała. Pomyślała, że tutaj o karetkach przejeżdżających na sygnale po 23:00 można tylko pomarzyć, i zaraz zdała sobie sprawę z niestosowności tej myśli. Ćwierkające od czasu do czasu ptaki i ta wszechobecna cisza ogarniały ją dziwnym niepokojem. Strachem przed tym, że nic się nie wydarzy i nic nie będzie się dziać, choćby leżała tu do usranej śmierci.

 

* * *

Zawsze jak tu przyjeżdża przypomina sobie jak nieważne jest to, czym ma zwyczaj zajmować się na co dzień. Tu nigdy nic się nie zmienia, nic się nie wydarza. Podniosła się niechętnie i zaczęła rozglądać za kapciami, których nie było pod łóżkiem, tam gdzie je wczoraj zdjęła. Na bosaka zeszła do kuchni. Genek zasnął oparty o stół, pięknie. Po cichu zrobiła kawę i wróciła do pokoju. Wypiła łyk, i położyła się z powrotem, aby zabić czas oczekiwania na pobudkę gospodarza. Leżała tak jakiś czas. Czas mijał jakoś niechętnie, ale nieubłaganie, zegar gdyby tu wisiał na pewno denerwowałby ją swoim tykaniem. Tik – tak, tik – tak: odmierzała w głowie sekundy, które uciekały w tym miejscu dziwnie powoli. Chwila, która trwa może być najlepszą z Twoich chwil. Tik –tak, tik- tak. W życiu Teresy najlepszych chwil było niewiele, a w zasadzie nie było ich wcale. Próbowała sobie przypomnieć choć jedną, drobną, typu: smak lodów waniliowych w lipcu na wycieczce w siódmej klasie. Albo - pierwsza gwiazdka w wigilię, wyczekiwana z okna. Albo - pierwszy pocałunek z chłopakiem. Nie, nie chodzi o to, że ją to ominęło. Sęk w tym, że każdy miły moment w jej życiu był zatruty goryczą: lody niby-waniliowe z jakiegoś powodu w ustach stawały się nagle obrzydliwie brokułowe, pierwsza gwiazdka zapowiadała pijanego ojca przy barszczu, a nie całą masę prezentów. Pierwszy chłopak to wstydliwe wspomnienie, z rodzaju tych, którym się później nie chwali przed koleżankami. Drugi też nie zalicza się do jej osobistych sukcesów, i od mniej – więcej roku, musi o nim myśleć w kategoriach: było, nie ma, żyje się dalej. Teraz, kiedy to wszystko ma już za sobą i zaczyna od nowa, czasem dalej czuje ciężar, o którym istnieniu i wadze wie tylko ona. Albo tak jej się przynajmniej wydaje. W każdym razie wyjechała tu, bo jest długi weekend, a kuzynka zawsze doradza jej pobyt w tym Miejscu – Nigdzie, gdzie mieszka Genek, przyjaciel rodziny. Genek, gdyby nie to, że mieszka na totalnym zadupiu, jest tak przeciętny, że nic nie da się o nim powiedzieć, oprócz tego, że ma koło czterdziestki, jest po rozwodzie i z tego też powodu trzy lata temu uciekł przed światem do tej oazy, co to za każdym razem Teresie się obiecuje i wydaje, że tu „napełni akumulatory”, odżyje, zapomni i w ogóle wróci jak nowo narodzona. To jej drugi pobyt tutaj, drugie podejście. Z Genkiem rozmowa zazwyczaj była płytka i nawet żal jej było tego faceta, widać, istnieją i tacy, którym chociaż kiedyś zależało. Schodząc starała się zrobić trochę szumu wokół siebie, a ponieważ dalej nic nie miała na stopach to zakaszlała w nadziei, że to go obudzi. Nic, leży jak zabity. – Panie Eugeniuszu? Panie Eugeniuszu już prawie pierwsza. Słyszy mnie Pan? Dobrze się Pan czuje…? – głos jej zadrżał, podeszłą do stołu i potrząsnęła jego ramieniem. – Panie Genku?

Nic.

-Jezus Maria!

* * *

 

-Można?

-Tak, ale to przedział dla palących.

-Jakoś wytrzymam.

Niezły chwyt, pomyślała. Tłum ludzi w korytarzu, a oni tu w trójkę rozwaleni razem ze swoimi torbami i każdemu sprzedają tekścik „ale tutaj palimy”, biedni podróżujący tracą rezon i w efekcie dalej siedzą na walizkach w przejściu. Ja nie palę, ale przynajmniej nie dałam się spławić. W sumie, też z tego korzystam, nogi mogę wyprostować. Ech Genek, Genek, ciekawe co z nim.

W każdym razie żyje. Zemdlał tylko. Chociaż myślałam, że się przekręcił. Mogłoby być gorzej. To sobie odpoczęłam, nie ma co.

-Przepraszam? – kobieta w średnim wieku, siedząca przy oknie zwróciła się wprost do Teresy.

-Tak?- zaskoczona, podniosła lekko brwi.

-Czy wie Pani kiedy spadnie deszcz?

Deszcz? Skąd mam wiedzieć kiedy spadnie deszcz? Która godzina, czy może Pani poprawić swoją torbę, albo łaskawie troszkę się przesunąć, ale deszcz?

-Deszcz..? – Dziwiąc samą siebie odpowiedziała: - Chyba w niedzielę.

O czternastej pięćdziesiąt trzy, cisnęło jej się na usta, ale w myślach tylko uśmiechnęła się do siebie i powstrzymała od kąśliwego komentarza.

-W niedzielę, mówi pani. Bo my tak sobie tu spekulujemy – jej wzrok padł na współpasażerkę - w telewizji podali, że jutro, a pani, że niedzielę. Tu koleżanka słyszała z kolei, że ma się już rozpogadzać… A Pani gdzie to słyszała?

Mój wewnętrzny głos mi to mówi. – W radiu, podawali na cały tydzień, podobno w całej Polsce ma padać.

-A to widzi pani! Sami nie wiedzą co mówią! Tu, że ładnie, raz że będzie padać, w końcu ludzie głupieją! – kobieta spod okna rozzłościła się i po chwili wbiła wzrok w szybę, jakby sama chciała wywróżyć z nieba jaka to też pogoda zapowiada się na następny tydzień.

Teresa wykorzystała moment, i szybko wstała, zabierając z sobą tylko torebkę.

Pięknie. Trzy godziny jazdy, z nawiedzoną, gadatliwą babą. Pociąg powoli toczył się po torach, a ona powoli stawała się co raz bardziej senna. Stała chwilę na korytarzu, po czym wróciła do przedziału i szybko oparła się o zagłówek zamykając oczy, zanim kobieta spod szyby zdążyła zadać kolejne dziwne pytanie.

* * *

Odwiedziny u ojca zawsze wiele ją kosztują. Zawsze czuje, że on tak z troski, ale głęboko pod skórą to tak jakby ciął nożem. Powinnaś mieć dzieci, dziadek chce poznać wnuki, jak tam… jak mu było na imię? Teraz to kochany dziadek. Nie chcę już nic wypominać, szkoda mi na to życia. Ale, żeby być dobrym dziadziusiem, najpierw trzeba być dobrym tatusiem – warczy jej w głowie myśl, która ciśnie się do gardła, ale jednak ją przełyka jak niesmaczną przekąskę, którą ktoś częstuje z gościnności i nie wypada jej nie zjeść, chociaż pali przełyk.

- Jestem już stary córciu, stary. Tymczasem dzieci wyrastają w tempie ekspresowym... Ktoś kiedyś wyraził myśl, że im człowiek starszy, tym życie płynie szybciej. To prawda, prawda… Nie bardzo już wiadomo, kiedy Ty zamieniłaś szkolne tornistry na eleganckie torebki. Chcę być dziadkiem, i to takim, jak trzeba. Do dziadka do dziadziusia łypie oczkami. Tak mi się nie raz śni, córciu. Maleństwo, co ma takie malutkie paluszki i ciekawą świata minkę.

I uśmiecha się do mnie mój wnuczek.

Jestem już stary, córciu.

Najpiękniejsze co może mnie jeszcze spotkać to to jedyne w swoim rodzaju oczekiwanie i ta wielka Niespodzianka.

Chcę zatem wyjść z własnego domu, zostawić na chwilę swoje zajęcia, zapomnieć o własnych sprawach i odwiedzić wołającego wnuka.

Chcę uczyć wnuka gry w piłkę, albo wnuczce opowiadać bajki.

O krasnoludkach, księżniczkach, dalekich krainach.

A Ty wciąż biegasz z tymi torebkami z miejsca na miejsce. Tymczasem my już jesteśmy babcią i dziadkiem, tylko brakuje nam wnuka… Ale i tak już modlimy się o jego zdrowie.

 

* * *

Praca w markecie to ciężki kawałek chleba. Klient Twój Pan. Czytnik karty Twój kat. Każdą przerwę odlicza co do minuty. Kawa z automatu, tańsza o połowę, ale czas spędzony na hali, kradnie całe dni.

-Te lampy mamy tylko i wyłącznie w tym jednym rodzaju.


-A takie same, tylko w trochę innym odcieniu?

A od klientek, przekonanych, że należy im się specjalne traktowanie, gorsi są tylko klienci,którzy są przekonani, że wiedzą najlepiej.
Czy mają Państwo takie światło bez czujnika, które samo się zapala gdy ktoś idzie?
Albo kobieta, która przez pół godziny kłóciła się z kolegą z działu, że ona chce czajnik bezprzewodowy, ale taki bez kabla. Bo jej koleżanka ma taki. Biedny sprzedawca nie wytrzymał i w końcu odpowiedział: - Już po taki lecę, tylko zawołam mój latający dywan. Dyscyplinarnie wyleciał za to z pracy.

* * *

Bezsenność to nie choroba, to stan umysłu wynikający z lenistwa i użalania się nad sobą. Nie możesz spać, poczytaj książkę, której nie lubisz zamiast brać tabletki na sen. W telewizji w talk show kobieta opowiada, że od 11 lat nie śpi. Psycholog ostrzega, że bardzo szybko przekracza się granicę między krótkotrwałym brakiem snu a notorycznymi kłopotami powracającymi co noc. Jak to jest nie spać przez jedenaście lat? W telewizji powtórka wiadomości z dziewiętnastej, jest za dwadzieścia druga i myślę, że to nie możliwe. W końcu, nawet gdy nie mogę zasnąć do szóstej rano to w końcu padam na pysk i spóźniam się na drugą zmianę.

 

***

-Halo?
-Halo, dzień dobry Teresko.
-A… Witam Panie Genku! Jak zdrowie?
-Co raz lepiej, co raz lepiej.
-No to całe szczęście, martwiłam się, że to coś poważnego.
-Jeszcze nie ma ostatecznych wyników, nic konkretnego dalej nie powiedzieli, ale czuję się lepiej. Dzwonię bo… chciałem Cię przeprosić. Mogłaś się przestraszyć zamiast odsapnąć trochę…
-Ależ Panie Genku! Proszę mnie nie przepraszać, przecież to nie Pana wina!
-Tak, tak, ale i tak czuję się winny.
-No niech Pan nie żartuje! To ja powinnam dzwonić do Pana, teraz mi głupio…
***
Dziwny facet. Przeprasza, że miał atak i mogłam się wystraszyć. Co za żenująca sytuacja. Zajmuje mi to teraz umysł, zamiast spać myślę o tym dziwaku. Ciekawe co on myśli o mnie. Pewnie ja jestem dziwakiem dla kogoś takiego jak on. W ogóle dla wielu osób muszę wydawać się dziwna. Zaczęłam docinki na temat mojej inności, odchyleń od normy traktować jak komplement. Przynajmniej nie jestem pusta, jestem dziwna, a to znaczy, że intrygująca. Trudno mnie zrozumieć. Tak sobie mówię, żeby nie zwariować, w końcu przejmowanie się tym co myślą inni często spędza mi sen z powiek.
Seks z nim to było coś wspaniałego. To dość śmieszne, że dalej mówię mu na Pan. A on też zachowuje się jakby nigdy nic. Zabawne. Może to, że robił to z inną kobietą niż jego była żona, tak się nad nim odbiło. W końcu człowiek jest niezbadany. Banał, ale jak każdy banał, prawdziwy. Nie znam zbyt wielu tak wrażliwych facetów. Muszę przyznać, że nie jest tak jak chciałam myśleć, że nic się na tej wsi nie dzieje. W końcu po coś tam jednak jeżdżę.
***
-Czy jest Pani w ciąży? Nie, przecież bym powiedziała wcześniej- spojrzała spod okularów
lekarka – a stara się Pani o to?
-Czy się staram?- zaskoczona Teresa poprawiła się w krześle – Nie, raczej się tego obawiałam.
-Yhm – skwitowała wyznanie pani doktor w białym kitlu wypisując receptę.
Idiotka. Rzadko się zdarzają tacy lekarze. Zazwyczaj nie obyłoby się bez komentarza. Zdarzało się nie raz i to nie koniecznie u ginekologa. To samo w pracy. Czasami obcy faceci pozwalają sobie na takie teksty, że nic tylko dać w pysk. Ale nie. Kamery, ochrona, klienci, wizerunek sklepu i :
-Dziękuję, zapraszamy ponownie.
***
Zastanawiam się czemu się tak się męczę jakby gra była warta świeczki, właściwie nie ma to żadnego znaczenia. I tak zawsze jest tak, że jak dam z siebie wszystko to inni dostają za darmo to na co ciężko pracowałam, a potem ja obrywam bo nie przyłożyłam się do czego innego. Wkurwić się można. Czasem przychodzi aż ochota komuś wrzasnąć prosto w oczy. Nawet nie wiadomo co. „Też źle oceniasz sytuację i nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo się mylisz”. Jakoś trudno byłoby takie gładkie zdanie wykrzyczeć. Będzie jak zwykle: Dzień dobry, dziękuję, do widzenia. A potem monolog wewnętrzny godny Adasia z Dnia Świra. Jak można nazwać się Genek? Kto daje tak dziecku na imię? Nasze dzieci miałyby na imię normalnie, współcześnie, po co komuś komplikować życie skoro można nazwać go Paweł, Michał albo Piotr. A nie Gerwazy. Bruno. Alex – koniecznie przez iks na końcu. Co za wiocha. Acha, moje dzieci, nie nasze.
***
Wiesz, nie znam nikogo kto kocha tak bardzo jak Ty. Wiem. Słyszę to już któryś raz, nie tylko od Ciebie. Dziwne, nie? Nie znają nikogo kto by się tak starał. Kochasz, to wybaczasz, proste, starasz się. A ja przez to, że tak mówią, czuję się jak ostatnia na świecie istota, która kogoś kocha naprawdę. Tak jakby miłość między innymi ludźmi była niemożliwa, bo przecież całą miłość świata umieszczono wewnątrz mojego serca. Walę głową o ścianę i patrzę jak krew się rozbryzguje i walę mocniej, bo mi się wydaje że tapeta teraz ma piękny wzór w róże. Wycisnęłam szczęście jak cytrynkę, jak z wierszyka w pamiętniku, tylko o wielkim gównie z tego duszenia nikt tam jakoś nic nie napisał.

Pierdolę się z Genkiem, którego sobie wymyśliłaś, spotkałaś go kiedyś w parku, w tym czasie gdy był bezdomny, po tym jak się rozwiódł. Nie kochasz go, ale on zawsze gdzieś tam jest, albo pcha wózek, albo siedzi na ławce, albo spada pijany z murka, albo ma atak epilepsji na jakimś zadupiu za miastem. On nie kocha Ciebie, ale jest Ci wdzięczny za istnienie, bo przecież gdyby nie Ty, nie byłoby go wcale.

I tak się zastanawiam, że chyba cała miłość świata zamknięta w Twoim ciele, nie jest na tyle duża, żeby kolejny raz wybaczyć to, że znów musisz z nim spędzać czas. No bo ile razy można powtarzać: - Dziękuję, zapraszamy ponownie?

 


wyśmienity 2 głosy
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
659 wyświetleń
przysłano: 4 czerwca 2013 (historia)

IoNa

33 Wrocław
5 tekstów 11 komentarzy

Inne teksty autora

Przemek, jak gdyby nigdy nic

IoNa, opowiadanie

Butelka

IoNa, opowiadanie

Adaptacja

IoNa, dramat

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło