Ziemia nadziei 1 (opowiadanie)

Kulka Kurdayati

 

„Nienawiść jest konsekwencją strachu:

boimy się czegoś zanim zaczniemy to nienawidzić.”

Ciril Cannolly

 

„Ludzie odważni, z charakterem, zawsze wydają się

innym ludziom groźni, niesamowici.”

Herman Hesse

 

„Nie krocz tam, gdzie może zaprowadzić ścieżka.

Zamiast tego idź, gdzie nie ma ścieżki i zostaw ślad.”

                                                                                                                                  Anonim

 

 

 

 

                          Ray Nally był niewątpliwie człowiekiem ze wszech miar oryginalnym i nieprzeciętnym. Odznaczał się też wyjątkową urodą. Miał szczupłą twarz, z trochę wklęsłymi, gładkimi policzkami, o cerze koloru dojrzałej brzoskwini i delikatnie zarysowanym konturze ust, ponadto szafirowe oczy, długie rzęsy i czarne, połyskujące włosy, które układały się gładko do tyłu, odsłaniając czoło ozdobione dwoma niesfornie opadającymi kosmykami, dodającymi mu niewątpliwego uroku. Spojrzenie jego ciemnych, szafirowych oczu było czujne, przenikliwe, pełne chłodu i rezerwy, która sprawiała, że każdy, kto się z nim zetknął wolał trzymać się z daleka od Ray’a, zachowując bezpieczny, niezobowiązujący dystans. Uśmiechał się niezwykle rzadko, a i to z wielką powściągliwością. Zwykle miał poważny, skupiony wyraz twarzy, z którego nie można było niczego odczytać. Ray był z natury swej raczej małomówny, a kiedy już zabierał głos wiadomo było, że ma dokładnie i jasno sprecyzowane zdanie. Nigdy nie snuł domysłów, nie zastanawiał się głośno i nie zdradzał swoich wątpliwości. Nie zwykł był też okazywać jakichkolwiek uczuć, czy miałaby to być radość, złość, czy smutek. Legendarne wręcz stało się niezwykłe opanowanie Ray’a i stoicki wręcz spokój, z jakim zazwyczaj podchodził do wszystkiego. Nikt, kto go znał, nie zdołałby chyba przypomnieć sobie sytuacji, kiedy ktokolwiek lub cokolwiek wyprowadziło Ray’a z równowagi. Nikt nie pamiętał też, aby kiedykolwiek Ray Nally cofnął się przed czymś, stchórzył, czy też poniżył się do ucieczki. Wydawało się, że nie istnieją dla niego rzeczy niemożliwe lub niewykonalne. Dla swego otoczenia stanowił zagadkę, niezgłębioną tajemnicę, kuszącą, intrygującą, ale najbardziej chyba groźną. Nikt bowiem nie miał odwagi wchodzić mu w drogę, bo i nikt nie potrafił znaleźć sposobu na to, żeby go pokonać, wygrać z nim w jakikolwiek sposób. Nie znalazł się nikt, komu udałoby się zdobyć nad nim choć nikłą przewagę.

          Wszystko to sprawiło, że Ray bez najmniejszego trudu podporządkowywał sobie każdego, kogo spotkał na swej drodze. Zawsze był niepisanym przywódcą, z którego opinią się liczono, którego zdanie było bezwzględnie respektowane, polecenia wykonywane bez sprzeciwu, a to co robił i mówił Ray Nally uznawane było za słuszne i niepodważalne. Była jakaś tajemnicza moc, jakaś niezbadana siła i zdecydowanie, które tkwiły w osobowości tego człowieka tak mocno i pewnie, że choć niewidoczne, stały się w jakiś niepojęty sposób widzialne dla otoczenia.

          Bywali też tacy, którzy próbowali naśladować Ray’a, być takimi, jakim on był, myśleć tak jak on, odczuwać w ten sam sposób i postępować tak, jak postępował ten człowiek. Ale wszelkie tego rodzaju próby kończyły się zawsze niepowodzeniem. Wszystkim naśladowcom brakowało tego najważniejszego, wewnętrznego elementu, który posiadał Ray, tej niewyjaśnionej natury, która sprawiała, że zawsze był ponad wszystkimi. Próbującym go naśladować brakowało czegoś, co Ray posiadał ciągle i na stałe. A klęska innych była zawsze jego zwycięstwem, czymś co umacniało jego pozycję i było swoistego rodzaju ostrzeżeniem dla otoczenia. Czymś, co dawało mu jeszcze większą siłę.

 

          Ray Nally pochodził z Richmond, małego miasteczka w Kentucky, z ubogiej dzielnicy, zamieszkałej głównie przez robotników fabrycznych. Dzielnica była brzydka, zabudowana prawie w całości przez ponure kamienice czynszowe, z brudnej, zakurzonej cegły, z małymi oknami, za którymi smętnie zwisały poszarzałe firanki. Ulice były wąskie i tak samo brudne, jak budynki, a niektóre z nich nie były nawet brukowane. Znaczną część dzielnicy zajmowały zabudowania fabryki, otoczone wysokim na osiem stóp murem, zakończonym potrójnym drutem kolczastym. Za ogrodzeniem fabryki, ponad innymi zabudowaniami, górowały wysokie, wąskie kominy, zakurzone i brudne jeszcze bardziej niż kamienice i nieustannie ziejące szaro - czarnym dymem, zasnuwającym znaczną część nieba.

          Także ludzie tutaj wydawali się tak podobni do wszystkiego wokoło, tak pasujący do brzydkiej, brudnej dzielnicy, iż wydawało się, że są jej nierozerwalną częścią, że urodzili się tutaj po to, żeby tu właśnie umrzeć. Kobiety były szare i zmęczone, mężczyźni byli szarzy i zmęczeni, a dzieciaki były szare i smutne. Kobiety nosiły sprane, wypłowiałe sukienki nawet w niedzielę, a mężczyźni drelichowe kombinezony i zniszczone buty, oblepione pozasychanymi resztkami błota, których nie czyścili nawet wtedy, gdy w sobotnie wieczory, po skończonej pracy, siadywali w szynkach, przy butelkach taniej whisky, stanowiących ich jedyną rozrywkę.

          Fanny Nally, matka Ray’a, miała lekko śniadą cerę, długie ciemne włosy i niebieskie oczy. Była dziewczyną o niewątpliwej urodzie, która przyciągała spojrzenia mężczyzn, w niejednym z nich wzbudzając zapewne rozgrzewające krew pożądanie. Mieszkała w jednej z kamienic czynszowych, w małej izbie na poddaszu, wraz ze swoim ojcem, który już wówczas był człowiekiem mocno schorowanym i zniszczonym przez ciężkie warunki, w jakich przyszło mu żyć i pracować, mimo iż liczył niewiele ponad czterdzieści lat. Wychowywał swą córkę samotnie, bowiem matka Fanny zginęła podczas pożaru hali fabrycznej, gdy dziewczynka miała zaledwie osiem lat. Od tamtej pory ojciec Fanny musiał pracować jeszcze ciężej, aby zapewnić im obojgu jakie takie warunki życia. Był więc zbyt zajęty i zmęczony, aby otoczyć należytą opieką zaczynającą dorastać dziewczynę. Pozostawiona sama sobie, Fanny najwięcej czasu spędzała w towarzystwie młodych robotników, a szczególnie upodobała sobie jednego z nich, który z otoczenia nie wyróżniał się niczym szczególnym, poza muskularną budową ciała, niechęcią do pracy i skłonnością do nadużywania najtańszego i najpodlejszego gatunku whisky. Młody robotnik również zainteresowany był znajomością z Fanny i nawet przez pewien czas obiecywał jej małżeństwo, ale skoro tylko okazało się, że dziewczyna jest z nim w ciąży, wszystkie obietnice poszły w zapomnienie, mężczyzna ogłosił wszem i wobec, że nie ma nic wspólnego z mającym przyjść na świat dzieckiem, a nawet nazwał Fanny „proletariacką kurwą”.

          Fanny miała niewiele ponad szesnaście lat, kiedy na świat przyszedł niechciany, ciemnowłosy, szafirowooki chłopczyk. Chyba tylko cudowi i może po części swemu dziadkowi Ray zawdzięczał to, że przeżył kilka pierwszych tygodni swojego życia. Matka nie miała ochoty zajmować się nim, nie w głowie było jej siedzenie w domu z niemowlęciem, wolała prowadzić taki tryb życia, do jakiego nawykła ostatnimi czasy. Ojciec Ray’a również się nim nie interesował. Przypomniał sobie o istnieniu syna, kiedy chłopiec miał mniej więcej trzy lata. Przestał się go wypierać, a nawet domagał się prawa do dziecka i jego matki. Więc kiedy kilka miesięcy później, po ciężkiej chorobie zmarł dziadek Ray’a, ojciec chłopca wprowadził się do ich izby na poddaszu. I wtedy dopiero zaczęło się dla Ray’a prawdziwe piekło na ziemi. Nigdy nie kochany przez matkę, teraz został przez nią wręcz znienawidzony. Jego to bowiem uczyniła winnym całej sytuacji. Obarczyła go winą nie tylko za to, że się urodził, ale i za to, że był synem tego człowieka, który traktował ją z brutalną bezwzględnością, który był nawet zdolny posunąć się do tego, żeby matkę swojego dziecka posłać na ulicę, gdzie miała zarabiać pieniądze, których znaczną część przepijał potem z kolegami. Ale nie tylko od niej mały Ray zaznał wtedy tak wiele krzywd i okrucieństwa. Mając zaledwie pięć lat zdążył już poznać dokładnie twardą, brązową skórę rzemiennego paska, który jego ojciec zwykł był nosić przy spodniach. Poznał okrutny błysk metalowej klamry, ze świstem przecinającej powietrze, aby zaraz potem boleśnie przeorać jego ciało. Ojciec Ray’a w ten właśnie sposób demonstrował swoje prawo do wychowywania chłopca. I w ten sposób wyładowywał na nim swoją złość.

          Niezliczoną ilość razy, posiniaczony i głodny, z bijącym mocno sercem i zaschniętym gardłem, Ray uciekał z izby na poddaszu, żeby schronić się na mrocznym, zakurzonym strychu obok. I dopiero tam, kiedy zaszywał się w jakimś kącie, przerażony i zmęczony, tam, gdzie nikt go nie mógł zobaczyć, pozwalał, aby cudem powstrzymywane łzy wreszcie popłynęły. Płakał wtedy długo i bezgłośnie, jakby wewnętrznie, tak, że jedynym znakiem na zewnątrz były małe słone kropelki powoli spływające po jego rozognionych policzkach. Ten strych, który był azylem, prowizoryczną kryjówką, schronieniem i oazą spokoju, stał się dla chłopca czymś w rodzaju symbolu. Tym dziwniejszego, że był to symbol domu, tego prawdziwego domu, jakiego Ray nigdy nie zaznał. Gdy więc myślał „dom” - wyobraźnia podsuwała mu nie obraz nędznych, odrapanych ścian izby na poddaszu, gdzie w atmosferze nienawiści żyli ze sobą, a może raczej obok siebie, ci ludzie, którzy byli jego rodzicami. Nie, wyobraźnia podsuwała mu wtedy zupełnie inny widok. Myśląc: „dom”, Ray widział brudny ciemny strych kamienicy czynszowej, zakurzone wnętrze, gdzie uciekał przed brutalnością ojca, przed bólem zadawanym jego ręką. To było wszystko, co mógł wyobrazić sobie w związku z pojęciem „dom”.

          Jednak myliłby się każdy, kto pomyślałby, że Ray czuł się na owym strychu całkiem bezpiecznie. Jeżeli był tam w ogóle bezpieczny, to jedynie przed gniewem ojca, spoglądającego nienawistnie, przed jego silną ręką, zaopatrzoną w skórzany pasek z metalową klamrą i uniesioną w górę, aby wymierzyć cios. Mógł tam być bezpieczny przed zimnym spojrzeniem matki, w którym nigdy nie było nawet śladu jakichkolwiek przyjaznych uczuć. Przed tym wszystkim jego strych dawał mu schronienie. Ale tylko przed tym. Tam nie mogła go już dosięgnąć brutalna ręka ojca i kopniak matki, bo skoro tylko udało mu się wyśliznąć za próg izby, nikt już się nim nie interesował, nikt go nie szukał ani na strychu, ani w jakimkolwiek innym miejscu. Strych był więc sprzymierzeńcem, ale był też przerażający, zwłaszcza dla kilkuletniego chłopca i zwykle ogarniał Ray’a paniczny lęk, kiedy przyszło mu szukać tu schronienia. Wślizgiwał się do tego wnętrza bezszelestnie jak kot, natychmiast dopadał jakiegoś kąta i z bijącym mocno sercem przytulał się do zimnej ściany. Rozszerzonymi strachem źrenicami wpatrywał się w ciemne, ciche wnętrze, zawalone starymi, niepotrzebnymi już nikomu rzeczami, na których zalegała gruba warstwa kurzu. A kiedy tak patrzył na te popsute starocie, wydawało mu się, że staje się jedną z tych rzeczy, nieużyteczną już i bezpańską, pozostawioną na zawsze w wiecznym zapomnieniu. Wydawało mu się, że coś czai się w ciemności, że zewsząd otacza go coś groźnego, nieodgadnionego i niematerialnego i wtedy bał się najbardziej. Myślał, że lada chwila te wszystkie stare przedmioty zaczną żyć swym okaleczonym życiem, otrząsną się z kurzu i ruszą ku niemu ze złowieszczym pomrukiwaniem, aby zdusić go albo przepędzić na zawsze ze swej świątyni, bo był tu intruzem, był obcy i inny. Zdawał sobie sprawę ze swej inności, czuł ją całym ciałem i umysłem. Wiedział, że jest tak bardzo różny od tych porzuconych tu przedmiotów, bo potrafi odczuwać strach, ból i zimno. Bo jest prawdziwie żywy. Zawsze czuł, że tam, w ciemności jest coś, czego podświadomie się obawiał, choć z pewnością nie potrafiłby tego czegoś opisać. Wydawało mu się, że coś lub może ktoś obserwuje go, słyszał czasami jakieś szmery, jakby oddechy albo westchnienia i chciał zamknąć oczy, ale nie miał odwagi. Czuł, że wtedy byłby jeszcze bardziej bezbronny i zagrożony. Ale zdarzało się, że nieraz zasypiał ze zmęczenia, a kiedy budził się w środku nocy, po omacku, w panice uciekał ze swej kryjówki.

          Ray Nally był ponadto wrażliwy i spragniony ciepła, miłości i czułości, których nie dane mu było nigdy zaznać. Bo i gdzież ten chłopiec miał szukać tych wszystkich uczuć? Gdzież miał ich szukać i jak miał je znaleźć, skoro oczy matki już dawno wypaliła nienawiść, a ojciec kojarzył mu się jedynie z przemocą, okrucieństwem i zapachem whisky. Starał się więc unikać tych ludzi, kiedy tylko mógł. Ale nie tylko ich. Unikał też wszystkich innych, nawet dzieciaków, tak jakby wstydził się sińców i zadrapań. Ray był spokojny i był inteligentny. Rozumiał wiele rzeczy, których - mając tyle lat, ile miał - nie powinien był jeszcze rozumieć. Może dlatego właśnie któregoś dnia postanowił opuścić ten dom na zawsze. Miał wtedy dziesięć lat.

          Kiedy wyszedł z półmroku brudnej klatki schodowej na równie brudną ulicę, ostry blask czerwcowego słońca oślepił go na moment. Przysłonił oczy ręką i rozejrzał się dokoła, a potem ruszył przed siebie. I choć nie wiedział dokąd ma pójść, udał się dokładnie w tym kierunku, który powinien był wybrać, aby najkrótszą drogą opuścić miasto. To było jak zwierzęcy instynkt, który zawsze bezbłędnie podpowiada, co robić. Instynkt, który dokładnie wie, jak zachować się w każdej sytuacji. Nie myśląc nawet o tym, Ray zdał się na ten instynkt, a on wiódł go przez niezbyt ruchliwe, senne przedmieście do rogatek miasta, gdzie już tylko nieliczne domki, stały przycupnięte w swych nie uprawianych nigdy ogródkach, porosłych zielskiem i wybujałą trawą. W końcu i te zabudowania skończyły się i Ray znalazł się na otwartej przestrzeni.

          Oddalał się od miasta szybko i zdecydowanie, ale nie uciekał. To nie była ucieczka i nie w ten sposób myślał o tym Ray. Dla niego była to po prostu decyzja o szybkim, jak najszybszym opuszczeniu tego znienawidzonego miejsca. Decyzja, którą podjął nie zastanawiając się prawie wcale, o której wiedział tylko tyle, że była głęboko słuszna i podjęta chyba trochę zbyt późno. W tamtej chwili nie zastanawiał się też dokąd się udaje i co będzie robił następnego dnia. Jedyna rzecz, jaka wtedy przychodziła mu do głowy, to była ta cudowna świadomość, że nareszcie jest wolny. Czuł tę wolność każdym nerwem swojego ciała. Rozpierała go radość, że wreszcie uwolnił się od koszmaru, od tego wszystkiego, co zamieniło jego życie w piekło, a co teraz pozostało daleko za nim, gdzieś tam w dzielnicy robotniczej w Richmond.

          Tego dnia postanowił sobie, że już nigdy nie pozwoli, aby ktokolwiek wyrządził mu jakąś krzywdę. Ale nie tylko to. Poczynił sobie wtedy szereg postanowień, których potem trzymał się konsekwentnie, które stały się kodeksem jego życia, do których następnie, z biegiem lat, dodawał coraz to nowe elementy, aż wybudował potężny, niezniszczalny system, na którym bazowała cała jego egzystencja, w który wierzył i dzięki któremu, o czym był przekonany, jest w stanie przetrwać.

 


niczego sobie 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Kulka Kurdayati
Kulka Kurdayati 27 sierpnia 2014, 23:50
Zasugerowano mi publikować w odcinkach - nie do końca jestem przekonana czy to zda egzamin w przypadku czegoś tak obszernego, ale zaryzykujmy.
gaj
gaj 28 sierpnia 2014, 17:12
"...Tego dnia postanowił sobie, że już nigdy nie pozwoli aby ktokolwiek wyrządził mu jakąś krzywdę. Ale nie tylko to. Poczynił sobie wtedy szereg postanowień, których potem trzymał się konsekwentnie. (Które) Stały się kodeksem jego życia. (Do których następnie) Z biegiem lat dodawał (coraz to) nowe elementy, aż wybudował potężny, niezniszczalny system na którym bazowała cała jego egzystencja. W który wierzył i dzięki któremu, o czym był przekonany, jest w stanie przetrwać."

Trochę za dużo przecinków. I warto trochę popracować nad formą. Wyrzucić niepotrzebne słowa.
Ciekawie piszesz. :)
Kulka Kurdayati
Kulka Kurdayati 28 sierpnia 2014, 17:27
W zasadzie zgadzam się z wersją alternatywną, aczkolwiek w tym wypadku "uparłabym się" przy swojej wersji, jako że tworzy mi taką melodykę, jakiej tu akurat potrzebowałam. Ta akurat historia jest w takim klimacie, że zdania wielokrotnie złożone bardziej mi "brzmiały". Oczywiście może to być tylko moje złudzenie. Dziękuję za zainteresowanie i za sugestie. Przydadzą się, oczywiście. I za pozytywne nastawienie :)
calvados
calvados 10 września 2014, 14:25
''gdy więc''- składnia
przydługie zdania
treść- trudno przebrnąć
liczne powtórzenia
''Bywali też tacy, którzy próbowali naśladować Ray’a, być takimi, jakim on był, myśleć tak jak on, odczuwać w ten sam sposób i postępować tak, jak postępował ten człowiek''- to ci twór składniowy, przydałby się skrót myślowy.
Kulka Kurdayati
Kulka Kurdayati 11 września 2014, 10:36
Ale co: "składnia"? Bo jeśli ja zwracam komuś uwagę, że jest coś nie tak, to piszę jak powinno być. Tak zdania przydługie (podejrzewam, że nie jesteś w stanie przebrnąć z tego powodu przez wielu autorów, jak Faulkner, Proust itd) - nie będę na siłę skracać zdań i zmieniać stylu, tylko dlatego, że są tacy, którym taki akurat styl "nie leży. Liczne - jak twierdzisz powtórzenia - są celowe i gdyby ich nie było nie uzyskałabym tego efektu, który chciałam. Cóż, ewidentnie nie jest to tekst dla Ciebie. A skróty myślowe stosuję w sms-ach. Pozdrawiam.
calvados
calvados 11 września 2014, 13:49
wyraz ''który'' jest zaiste Twoim ulubionym wyrazem
Zadnia wymagają przycięcia, tworzysz zawiłości, zupełnie niepotrzebne, a do wspomnianych autorów Ci daleko. Proust był zwyczajnym próżniakiem, żerującym na majątku matki, cóż jedyne czym się w życiu zajmował to pisanie, jemu to wychodziło, Tobie nie, miłego dzionka.
Kulka Kurdayati
Kulka Kurdayati 12 września 2014, 10:33
Nie dość, że mściwe, to jeszcze bez polotu i mnie kopiuje. A moim ulubionym wyrazem jest "heval", tak że nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz bladego pojęcia.
Marcin Sierszyński
Marcin Sierszyński 19 września 2014, 10:41
I tu już widzę pewną całość, widzę tego sens. :)
Nie jest to moja estetyka, ale doceniam konstrukcję i myśl przewodnią.
493 wyświetlenia
przysłano: 27 sierpnia 2014 (historia)
Kulka Kurdayati

Kulka Kurdayati

48 Qandil
5 tekstów 18 prac 31 komentarzy

Inne teksty autora

Czas czarnego słońca

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Ziemia nadziei 2

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Ziemia nadziei (Prolog)

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Długi weekend.

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło