Ziemia nadziei 2 (opowiadanie)

Kulka Kurdayati

          Pierwszą noc po opuszczeniu Richmond, Ray Nally spędził pod gołym niebem. I choć był już początek ciepłego lata, to noce wciąż jeszcze bywały chłodne, o czym Ray wkrótce przekonał się na własnej skórze. Chłód zbudził go na dobre, kiedy właśnie zaczynało świtać. Żółto-pomarańczowa, jaskrawa tarcza słońca wypełzała leniwie zza horyzontu, kładąc swoją lekko czerwoną poświatę na wszystkim, co znalazło się w zasięgu jej promieni.         Wczesnoporanne słońce, roztaczające swój niepowtarzalny blask, sprawiło, że wszystko wokoło nabrało niesamowitych odcieni i barw, jakich Ray jeszcze nigdy w swoim życiu nie widział. Zapomniał o chłodzie, stał i patrzył jak urzeczony na to cudowne zjawisko, a widok ten zachwycił go tak bardzo, że na twarzy Ray’a pojawił się delikatny uśmiech. Uśmiech, który nie gościł tam nigdy wcześniej. Pomyślał wtedy, że ten olśniewający widok będzie od tej pory jego prywatną własnością, najbardziej osobistą, że będzie należał tylko i wyłącznie do niego i nigdy z nikim się nim nie podzieli. Ale myśląc w ten sposób, Ray nie mógł jeszcze wtedy wiedzieć, że się myli. Życie sprawiło, że pewnego dnia pokazał ten widok innej osobie, co więcej, zrobił to chętnie i z przyjemnością.

 

          Tymczasem dzień wstał na dobre i Ray wyruszył w dalszą drogę. Zanim nadeszło południe dał o sobie znać głód, ale Ray nie zaprzątał sobie tym głowy. Nie raz w swoim krótkim życiu miał okazję zaznać głodu i nie było to dla niego niczym nowym. Wędrował więc dalej, ale po pewnym czasie przyszło mu do głowy, że skoro nie jest już w Richmond, nie musi więcej głodować. Postanowił wobec tego zdobyć coś do jedzenia.

          Postanowić było łatwo. Znacznie trudniejsze natomiast okazało się wprowadzenie tego postanowienia w czyn i Ray musiał w końcu dojść do wniosku, że zupełnie nie wie, jak się do tego zabrać. Wędrując dalej, bezradnie rozglądał się dokoła i próbował wpaść na jakiś pomysł, ale wkrótce przekonał się, że tego dnia nie dane mu będzie zaspokoić głodu. Dlatego cały następny dzień poświęcił rozmyślaniom nad tym w jaki sposób zdoła się wyżywić. Jedno wiedział z całą pewnością: że pod żadnym pozorem nie pójdzie do ludzi, nie zbliży się do nich, nawet gdyby przyszło mu umrzeć z głodu. Tak głęboko nie ufał innym ludziom, że był przekonany, iż jakikolwiek kontakt z nimi może oznaczać tylko jedno: znów ktoś go skrzywdzi. Tego wieczora znowu zasnął głodny i nie jadł nic przez cały następny dzień.

          Zmierzchało, kiedy trzeciego dnia swej wędrówki zobaczył niewyraźny zarys jakichś zabudowań i majaczące w oddali żółtawe światełka. Było już zupełnie ciemno, kiedy dotarł do niewielkiej wioski. I choć wszystkie miejscowe kundle, wyczuwszy jego zapach, rozszczekały się jak oszalałe, wcale go to nie zraziło. W zaroślach przeczekał pierwszy, największy atak ujadania, a potem cicho jak duch zaczął przekradać się pomiędzy zagrodami. W końcu natrafił na podwórze, gdzie nie szczekał żaden pies, wypatrzył drewniane zabudowania chlewiku i kurnika, poczekał cierpliwie, aż słabe, chybotliwe światełka w oknach domostwa pogasną i wtedy dopiero podkradł się do szopy. Cicho i zwinnie jak kuna, wykradł kilka jajek, delikatnie wyjmując je spod ciepłych brzuchów gdakających niespokojnie kur, a potem trzymając je ostrożnie, jak drogocenny skarb, przemknął szybko przez podwórze i czym prędzej oddalił na skraj wioski. Tam szczęście dopisało mu po raz kolejny i Ray znalazł opuszczoną stodołę. Postanowił spędzić w niej noc.

          W ścianach stodoły brakowało wielu desek i właściwie nie wiadomo było jakim cudem ta ogromna szopa jeszcze stoi. Ray wśliznął się do środka i z zadowoleniem spostrzegł resztki starej słomy, która obiecywała nader wygodne legowisko, po tym jak zmuszony był sypiać wprost na gołej ziemi. Kiedy już wymościł sobie jeden z kątów i usadowił się wygodnie, postanowił zakosztować swojej zdobyczy. Delikatnie nadtłukł skorupkę jednego z jajek i spróbował wypić jego zawartość. Skrzywił się jednak, bo surowe jajko było niesmaczne, miało lekko gorzkawy posmak. Przez chwilę wahał się, nie bardzo wiedząc, co dalej zrobić, ale niezawodny instynkt i tym razem podpowiedział mu, że powinien pożywić się tym, co ma, w przeciwnym razie umrze albo stanie się z nim jakaś inna nieprzyjemna rzecz. Z obrzydzeniem, zmuszając się, Ray wypił zawartość dwóch skorupek.

          Następnego dnia rano obudził się później niż zwykle, bo zagrzebany w słomę spał wygodnie i dobrze, nie czując chłodu. Zanim opuścił starą stodołę, rozejrzał się po wnętrzu. Teraz, za dnia, zauważył, że stodoła musiała zostać opuszczona chyba bardzo dawno temu. Nie znalazł tu niczego ciekawego, poza kupą starego, pordzewiałego żelastwa i starą, porwaną uprzężą końską. Nie sądził, aby coś z tych rzeczy mogło mu się przydać w dalszej drodze, dlatego opuścił to miejsce, nie zabierając niczego.

          Od tamtego dnia, w taki właśnie sposób - kradnąc to co się da - zdołał jakoś przeżyć. Postępował według ustalonego z góry schematu: za dnia wędrował przed siebie, zawsze z daleka i starannie omijając wszelkie siedziby ludzkie, a wieczorami podchodził do napotkanych na swym szlaku wiosek i tam podkradał to, co nadawało się do zjedzenia, a nie było akurat przez nikogo pilnowane. Nocował albo pod gołym niebem, albo w szopach i stodołach, w dodatku nie zawsze już tylko tych opuszczonych. Nauczył się bowiem wkradać do budynków gospodarczych, które ciągle jeszcze stanowiły czyjąś własność. Bardzo wczesnym rankiem wymykał się z nich przez nikogo nie zauważony, cichy i bezszelestny jak duch. Nauczył się jednak nie tylko tego. Dzień po dniu zdobywał wiedzę i doświadczenie, które okazały się dla niego bardzo przydatne, a wręcz niezbędne do przeżycia. Po kilku dniach wędrówki potrafił więc bez większego trudu sklecić mały szałasik z gałęzi, służący za schronienie, gdy nie nadarzyła się okazja nocowania pod dachem. Nauczył się też rozpalać ognisko, a któregoś dnia, ukryty w zaroślach nad rzeką, miał sposobność podpatrzeć, jak pewien człowiek łowi ryby. Przyglądał się długo i uważnie, dopingowany przez smakowity zapach pieczonej ryby, dobiegający od ogniska. Postanowił przyjrzeć się wszystkiemu bardzo dokładnie, żeby później spróbować samodzielnie złowić rybę. Jednak musiało upłynąć wiele czasu, a Ray musiał uzbroić się w cierpliwość i podjąć szereg nieudanych prób, nim wreszcie udało mu się złowić swoją pierwszą w życiu, małą rybkę. Co prawda zdobycz była zbyt mała, by nadawała się do zjedzenia, dlatego Ray wrzucił ją do wody, ale tak czy inaczej był z siebie wtedy nieopisanie dumny. Z biegiem czasu udoskonalił swoją wędkę i wyćwiczył się w sztuce łowienia ryb na tyle, że stały się one jego głównym pożywieniem. Jadłospis Ray’a nie był zbytnio urozmaicony i chłopiec musiał zadowalać się tym, co w swej hojności darowała mu natura.

 

          Był początek lipca, kiedy Ray Nally znalazł się w tarapatach. Mijał czwarty dzień od kiedy nie mógł znaleźć niczego do jedzenia. Nie napotykał na swej drodze ani żadnej wioski, ani rzeki, w której mógłby złowić choćby jedną, nędzną rybkę. Dokoła były tylko bezkresne pola, obsiane dojrzewającym w słońcu zbożem. Wlókł się więc ostatkami sił, zrezygnowany i zły, nie tracąc jednak nadziei, że może następnego dnia pojawi się na horyzoncie jakaś wioska lub rzeczka. Ale wokół ciągle widział tylko ciągnące się w nieskończoność pola uprawne, więc i resztki nadziei zaczęły go powoli opuszczać, tak że kiedy piątego dnia wieczorem zobaczył w oddali światełka zabudowań, nie miał siły nawet na to, żeby poczuć radość. Dowlókł się do wioski późną nocą i stwierdził, że jest zdecydowanie zbyt bardzo zmęczony, żeby trudzić się zdobywaniem jedzenia. Postanowił więc, że prześpi się przynajmniej przez chwilę, a przed świtem rozejrzy się za jakimś pożywieniem. Nie miał też sił i chęci na szukanie miejsca na drzemkę, dlatego legł tam, gdzie stał, w wysokiej trawie, pod ogrodzeniem jakiegoś zabudowania. Noce były już na tyle ciepłe, że nie musiał obawiać się chłodu. Zasnął niemal natychmiast, twardym, kamiennym snem.

          Zasypiając tego dnia w wysokich zaroślach po płotem, Ray Nally nie mógł mieć pojęcia, że wioska do której trafił nazywała się Green Valley i że to miejsce zaważy na całym jego dalszym życiu.

 

 

***

 

          Tego ciepłego, lipcowego poranka, dwunastoletni Kevin, jeden z dzieciaków z sierocińca pastora Ashley, natknął się na śpiącego Ray’a, gdy prowadził na pastwisko stadko kóz, stanowiące część inwentarza. Natychmiast pobiegł zawiadomić o swoim odkryciu pastora i pozostałych chłopców. Stojąc przed pastorem Ashley, w nieskładny i chaotyczny sposób, starał się zdać relację z tego, co zobaczył w zaroślach. Z opowieści Kevina pastor zrozumiał tyle tylko, że ktoś leży w trawie pod płotem. Natychmiast udał się na miejsce wskazane przez Kevina, a wszyscy chłopcy podążyli za nim, gnani ciekawością i dreszczykiem emocji - taka gratka nieczęsto zdarzała się w cichej i spokojnej wiosce, gdzie żyli. Kiedy tam dotarli, okazało się, że Ray ciągle jeszcze śpi. Pastor Ashley pochylił się nad nim i z uczuciem ulgi stwierdził, że chłopiec żyje. Wziął go więc na ręce i zaniósł do domu, do izby Aleca, najstarszego z chłopców, który jednocześnie pełnił zaszczytną funkcję pomocnika i prawej ręki pastora. Ułożono Ray’a w łóżku i wszyscy przez chwilę przyglądali mu się uważnie i z zainteresowaniem.

- Brian, skocz no do kuchni, podgrzej mleka i przynieś mi tutaj - polecił pastor. - Weź też łyżkę.

- Nie jest miejscowy - stwierdził Alec.

- Nie jest - przytaknął pastor. - Powiedziałbym nawet, że wygląda tak, jakby przywędrował z daleka. Pewnie od dawna nic nie jadł i dlatego jest taki wyczerpany.

- Zdaje mi się - powiedział znów Alec - że chyba rodzina nam się powiększy.

- Ano, tak to właśnie wygląda - potwierdził pastor.

          Kiedy Brian przyniósł kubek ciepłego mleka, pastor pochylił się nad Ray’em i ostrożnie wlał mu odrobinę płynu do ust. Dopiero wtedy Ray ocknął się. Kiedy zobaczył pochylającą się nad nim twarz pastora, szarpnął się do tyłu, jak spłoszone zwierzę. W następnej chwili zorientował się, że leży w łóżku, w jakiejś izbie, a dokoła niego stoi chmara dzieciaków w różnym wieku. Przyglądali mu się z zaciekawieniem na twarzach, niektórzy uśmiechali się do niego przyjaźnie. Pomiędzy nimi, tuż obok łóżka, stał starszy człowiek o dobrodusznym, zmęczonym trochę spojrzeniu. Ray Nally poczuł się niepewnie. Przełknął ślinę i leżał bez ruchu, a każdy mięsień jego ciała był naprężony, niczym u dzikiego zwierzęcia, złapanego w potrzask.

- Jak się czujesz chłopcze? - spytał ten człowiek, który wcześniej pochylał się nad nim.

          Ray milczał. Nie poruszył się nawet, ale w każdej chwili gotów był odeprzeć atak albo samemu zaatakować, gdyby zaszła taka potrzeba.

- Jak ci na imię? - zapytał jasnowłosy chłopiec, wyglądający na starszego od pozostałych.

- Jestem pastorem - wyjaśnił wielebny Ashley, bo Ray ciągle milczał. - To są chłopcy, którzy mieszkają tutaj, bo nie mają innego domu. Prowadzimy skromne, ale chyba szczęśliwe życie. Mam nadzieję, że będzie ci z nami dobrze. A to Alec - pastor wskazał jasnowłosego chłopca. - Jest najstarszy i pomaga mi we wszystkim. Dlatego możesz zwracać się do niego z każdym kłopotem. A teraz, chłopcy, chodźmy już. Niech wasz nowy kolega odpocznie trochę i dojdzie do siebie. Zostawiam ci kubek mleka. Wypij powoli, a potem pomyślimy o jakimś przyzwoitym posiłku - powiedział pastor i razem z chłopcami wyszedł z izby.

          Ray Nally został sam, ale nie poruszył się jeszcze przez kilka minut, wpatrzony czujnie w zamknięte drzwi. Czekał co będzie dalej, myśląc tylko o tym, czy oni wszyscy jeszcze tu wrócą, żeby go skrzywdzić, czy może zostawili go wreszcie w spokoju. Minął kwadrans, nim Ray powoli podniósł się ze swojego miejsca, jeszcze raz uważnie rozejrzał się na boki i podszedł do drzwi, mając zamiar jak najszybciej opuścić to miejsce. Jednak zatrzymał się z ręką na klamce. Miał jakieś niejasne przeczucie, że ta decyzja nie jest tak oczywista, jak ta, którą kilka tygodni wcześniej podjął w Richmond. Zawahał się i cofnął rękę. Przypomniał sobie kubek z mlekiem, stojący na szafce przy łóżku i głód ze wzmożoną siłą dał o sobie znać. Ray podszedł do szafki, wziął kubek i zdecydowanym ruchem uniósł go do ust. Pił szybko, łapczywie, do samego dna, aż poczuł, że zrobiło mu się niedobrze. Nim zdążył odłożyć pusty kubek, w jego głowie zrodził się kolejny plan działania. Póki co postanowił zostać i sprawdzić, czy to miejsce nie okaże się lepsze niż jego dotychczasowy, tułaczy tryb życia. Do dalszej wędrówki zniechęcała go ponadto perspektywa przymierania głodem, gdyby miało okazać się, że znów trafi na kilka dni pomiędzy bezkresne pola, wśród których nie sposób było znaleźć niczego do jedzenia. Usiadł na łóżku, żeby pomyśleć przez chwilę i w końcu musiał dojść do wniosku, że na razie nie ma powodu, żeby odchodzić z tego miejsca. Gdyby zaś miało okazać się, że nie będzie mu tu dobrze, że ktokolwiek będzie próbował skrzywdzić go, wtedy odejdzie, tak jak zrobił to w Richmond. To go nieco uspokoiło i uznał, że podjął słuszną decyzję. A potem ukradkiem wymknął się z izby, żeby rozejrzeć się trochę po okolicy. Ponadto pusty brzuch domagał się jedzenia i Ray postanowił zdobyć coś w wiosce na własną rękę, bez korzystania z hojności pastora.

 

          Szybko zorientował się, że wioska nie była duża, ale ku jego ogromnemu zadowoleniu, w pobliżu odkrył niewielki, lecz bardzo malowniczy strumień, zakolami przecinający liczne w tej okolicy zagajniki. Miał nadzieję, że w strumieniu są ryby i że są one na tyle duże, by nadawały się do jedzenia. I wtedy uświadomił sobie, że zgubił swoją wędkę.

„Zrobię nową - pomyślał, nie zrażony. - Lepszą.”

          Postanowił, że wędkę zrobi sobie już następnego dnia i oczyma wyobraźni zobaczył już swoje przyszłe, obfite połowy. Od kiedy nauczył się posługiwać wędką na tyle skutecznie, że zapewniało mu to wyżywienie, łowienie ryb stało się też jego ulubioną rozrywką, dostarczającą mu wiele radości i niezapomnianych wrażeń. Gdy już z grubsza obejrzał okolicę, wrócił do domu pastora i wszedł do swojej izby. Jakież jednak było jego zdziwienie, kiedy otworzywszy drzwi, zobaczył, że na jego łóżku, jak gdyby nigdy nic, siedzi jasnowłosy chłopiec, o imieniu Alec. Ray Nally zatrzymał się w pół kroku. Stał w otwartych drzwiach, przyglądając się intruzowi złowrogo i z niezadowoleniem.

- Wejdź - odezwał się Alec przyjaźnie. - Nie bój się.

          Ray postąpił krok naprzód i pchnął do tyłu drzwi, które zamknęły się za nim z głuchym trzaśnięciem.

- Nikogo się nie boję - odezwał się, a jego głos brzmiał cicho, ale bardzo stanowczo. - Zapamiętaj, nikogo się nie boję - powtórzył.

- Nie myślałem cię obrazić - odparł Alec. - Jak ci na imię? - spytał, ale Ray milczał, więc Alec odezwał się znów: - Nie wiem, jak się do ciebie zwracać - wyjaśnił.

- Nally - odparł, nie spuszczając oczu z Aleca. - Moje nazwisko jest Ray Nally.

- A więc: Ray. Dobrze, chodź i usiądź, Ray. Porozmawiamy.

- Nie będę z tobą rozmawiał - odparł i w tej samej chwili zauważył swoją wędkę, którą uważał za zaginioną. Stała oparta o ścianę. - Ukradłeś moją wędkę - powiedział, ruchem głowy wskazując przedmiot

- Nie ukradłem - uśmiechnął się Alec. - Chłopcy znaleźli koło ciebie i przynieśli tutaj, ale nikt nie miał zamiaru jej ukraść. Źle, że tak pomyślałeś.

- Idź sobie z mojej izby - powiedział Ray.

- Widzisz, Ray - zaczął Alec z zakłopotaniem - rzecz w tym, że ta izba należy do mnie. Twoje łóżko stoi o tam, obok. Tam, gdzie sypia reszta chłopaków. Niewiele tu u nas miejsca, a ja mieszkam w osobnej izbie, bo muszę dużo się uczyć, rozumiesz?

- Nic mnie to nie obchodzi. Nie będę spał tam, gdzie wszyscy.

- Obawiam się, że będziesz musiał. Tutaj panują pewne zasady i każdy, kto tu mieszka musi ich przestrzegać. Wszyscy mamy obowiązki, a jedzenie nie spada nam z nieba, sami musimy na nie zapracować.

- Nie obchodzą mnie wasze zasady i obowiązki. I wasze jedzenie też mnie nie obchodzi. A ty zostaw mnie w spokoju.

          Wziął swoją wędkę, a potem wyszedł bez słowa z izby, zostawiając tam zdumionego Aleca. Od razu poszedł nad strumień w nadziei, że nałapie sobie ryb, które będzie mógł upiec nad ogniskiem. Nie rozczarował się, bo w rzeczce istotnie były ryby i nawet udało mu się złowić dwie sztuki, które co prawda były nieduże, ale Ray stwierdził, że na początek lepsze to, niż nic. Popołudnie spędził nad strumieniem, gdzie rozpalił ognisko i upiekł swoje rybki. Jedząc je, rozmyślał o tym, co powiedział mu Alec. Rzecz jasna, ani przez chwilę nie zamierzał podporządkowywać się jakimkolwiek zasadom i obowiązkom, ani przez sekundę nie przebiegła mu przez głowę myśl, że mógłby ulec Alecowi, pastorowi lub komukolwiek innemu. Raz zdobytej, z trudem uzyskanej i drogo okupionej wolności postanowił strzec jak oka w głowie, bronić jej jak lew i nigdy nie dopuścić do tego, aby mu ją w jakikolwiek sposób odebrano.

          Siedząc nad strumieniem i jedząc własnoręcznie złowione ryby, Ray nie zastanawiał się jeszcze, gdzie będzie spał, było mu to obojętne. Przywykł do niewygody, dlatego też nawet nocowanie pod gołym niebem nie było dla niego zbyt straszną perspektywą.

 

          Zaraz po rozmowie z Ray’em, Alec Wells udał się do pastora. Zapukał grzecznie do jego drzwi, a potem uchylił je i spytał:

- Czy mogę?

- A, tak! Wejdź, Alec, oczywiście. Stało się coś?

- Z tym nowym będą kłopoty, pastorze - oświadczył Alec.

- Dlaczego tak sądzisz? - głos pastora Ashley był spokojny i rzeczowy.

- Rozmawiałem z nim. Był bardzo niegrzeczny i opryskliwy.

          Wielebny Ashley westchnął i zamyślił się na chwilę.

- No cóż - rzekł. - Zostawmy go na razie w spokoju. I spróbujmy zrozumieć tego chłopca. On chyba nie czuje się tutaj zbyt pewnie. Może nawet się boi? Kto wie? Nic nam o nim nie wiadomo, nie mamy pojęcia ani skąd przybywa, ani kim jest. Całkiem możliwe, że ktoś wyrządził mu jakąś krzywdę.

- Więc co mam robić, pastorze?

- Na razie nic. Pozwólmy mu przyzwyczaić się do nowej sytuacji.

          Alec Wells milczał przez chwilę. Nie był zachwycony tym, co powiedział pastor, ale szacunek i dobre wychowanie nie pozwoliły mu podejmować jakichkolwiek dyskusji i kwestionować zdanie opiekuna.

- Nazywa się Ray Nally - odezwał się wreszcie chłopiec. - Przynajmniej tyle wiemy. Aha! Powiedział, że nie będzie spał tam, gdzie wszyscy. I jeszcze, że nie będzie pracował na swoje utrzymanie. Więc nie wiem, co w takiej sytuacji powinniśmy zrobić.

- Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak tylko uszanować jego wybór.

- Chce pan powiedzieć, pastorze, że mam oddać mu swoją izbę? - tym razem w głosie Aleca dało się wyczuć niepokój.

- Och, nie! Co też ci przychodzi do głowy? Słuchaj, Alec, myślę, że mam pewien pomysł. Obok stodoły jest przecież mały składzik na drewno, a my od dawna nic tam nie trzymamy. Trzeba tylko trochę sprzątnąć, wynieść rupiecie, sam wiesz. Więc jeśli... Ray, tak? Więc jeśli Ray chce, niech uprzątnie sobie ten składzik i wstawi tam swoje łóżko.

 

 


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Kulka Kurdayati
Kulka Kurdayati 12 września 2014, 10:44
A tu calvados nie było? Ojej, co za rozczarowanie, dowiedziałabym się, że ten tekst jej "nie zatrzymuje". Cóż, domyślę się tego zatem.
542 wyświetlenia
przysłano: 29 sierpnia 2014 (historia)
Kulka Kurdayati

Kulka Kurdayati

47 Qandil
5 tekstów 18 prac 31 komentarzy

Inne teksty autora

Czas czarnego słońca

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Ziemia nadziei 1

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Ziemia nadziei (Prolog)

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Długi weekend.

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło