Czas czarnego słońca (opowiadanie)

Kulka Kurdayati

Silniki samolotu pracowały niemal bezgłośnie. Próbowała wsłuchiwać się w ich łagodny, monotonny poszum w nadziei, że uda im się uśpić ją przynajmniej na chwilę.
„Przynajmniej na chwilę – pomyślała. – Chcę zapomnieć przynajmniej na krótko. Bo przecież cała reszta mojego życia będzie już tylko wspominaniem. Wayne’a, którego już nie ma i Erniego, który... No właśnie, który gdzieś tam jest i będzie, a ja... A ja najzwyczajniej w świecie stchórzyłam. Wolałam rozstać się w taki sposób, wiedząc że jeszcze nie stało się nic nieodwracalnego niż czekać, aż któregoś dnia policja zapuka do moich drzwi, żeby powiedzieć mi, że Ernie nie żyje...”. Na chwilę zamknęła oczy i jak na komendę pojawił się tamten widok. I tamte słowa, które tłukły się jej po głowie, ilekroć o tym pomyślała. „Krwawy strzęp człowieka”. Czy ktoś to wtedy powiedział na głos? Czy te straszne słowa mimowolnie wpadły jej w uszy, wypowiedziane przez kogoś tam, na tej ulicy? Czy może oszalała z bólu i przerażenia podświadomość sama wcisnęła jej to do mózgu? Ale nie to było istotne. Najważniejsze było dla Jenny tylko jedno: żeby już nigdy więcej nie doświadczyć tego, co wtedy. Co by poczuła, gdyby pewnego dnia otworzyła drzwi i zobaczyła dwu, tak, dwu policjantów, którzy z zakłopotaniem, a może zupełnie beznamiętnie oznajmili by jej, że z Erniego został strzęp, krwawy strzęp człowieka...
Zacisnęła zęby, w obawie, żeby nie zacząć wyć, tutaj, w samolocie. Wyć, tak jak wtedy...
„Jak wtedy, kiedy go zobaczyłam – pomyślała. – Więc ostatecznie to nie byłoby najgorsze. Nie to, że jacyś gliniarze zapukaliby do moich drzwi. Bo o ileż bardziej wolałabym wtedy dowiedzieć się tego od gliniarzy, zamiast przekonać się na własne oczy, że chłopak, którego kochałam do szaleństwa i z którym umówiłam się tamtego dnia, będzie już tylko krwawym strzępem człowieka, zanim jeszcze zdążę dojechać na to spotkanie.”
Przycisnęła dłonie do twarzy i pochyliła się na swoim fotelu.
- Proszę pani? – usłyszała z boku nieśmiały głos. – Czy wszystko w porządku? – spytała jej współpasażerka, kobieta w średnim wieku, zajmująca fotel po jej lewej ręce.
Jenny oderwała dłonie od twarzy i wyprostowała się.
- Tak, wszystko w porządku – powiedziała, nie patrząc nawet na tamtą kobietę.
Skłamała. Nic nie było w porządku.


Czy taka dziewczyna jak Jenny Abelard powinna była zakochać się w kimś takim jak Wayne Griere? Odpowiedź była tylko jedna. Tak, ponieważ Wayne uosabiał wszystko to, co robiło na niej nieodparte, mocne wrażenie i czego poszukiwała w facetach. Ale to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. To prawda, że Wayne od samego początku rzucił się jej w oczy. Nie był kimś, kto pozostaje w cieniu i na kogo nie zwraca się uwagi. Z całą pewnością nie. Spotykała się wtedy z Vincem. Lubiła jego towarzystwo, choć nigdy nie dopuściła do tego, by Vincent miał jakiekolwiek złudzenia co do charakteru ich związku. Właśnie dlatego, że tak bardzo go lubiła i uważała za swojego przyjaciela, postanowiła nie pozostawiać mu złudzeń. Podejrzewała, że Stark podkochuje się w niej, a nawet była o tym przekonana, ale robił to na własną odpowiedzialność i z pełną świadomością, że ich związek skończy się wtedy, kiedy Jenny uzna go za zakończony. Tak ustaliła z nim jeszcze na samym początku: żadnych zobowiązań, żadnego angażowania się. Początkowo przystał na to chętnie, bo jakiż chłopak w jego wieku chciałby zobowiązującego związku? Potem uczucia Vince’a zaczęły powoli wymykać się spod jego kontroli i choć nigdy z nią o tym nie rozmawiał, ona doskonale wiedziała.
Wayne często przesiadywał w knajpach przy ich stoliku. Stanowili dobrane towarzystwo i doskonale się razem bawili. Nie wiadomo dlaczego, dokładnie pamiętała ten dzień, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. To było w "Marmot’s Day", kiedy jeszcze ta knajpa istniała, zanim gliny zamknęły ją za sprzedawanie wódki bez akcyzy. Siedzieli wtedy przy stoliku we trójkę: ona, Vince i Art. Było późne popołudnie, gdzieś tak pod koniec kwietnia. Szafa grająca właśnie wypluwała z siebie piskliwe głosiki tych kretyńskich "Chipmunks", którzy doprowadzali ją do szału, a na domiar złego za oknem właśnie zaczął siąpić deszcz. 
Wszedł z jakimś facetem, który wyglądał na co najmniej dziesięć lat starszego od niego i Jenny skłonna byłaby uznać tych dwu za parę pedałów, gdyby nie to, że do lokali w porcie pedzie nigdy nie odważyliby się zapuścić. Siedzieli niezbyt daleko od drzwi i kiedy ten młodszy – cholernie przystojny, czarnowłosy chłopak o ciemnych, wyrazistych oczach – podniósł rękę w powitalnym geście skierowanym do Vince’a, ten natychmiast krzyknął w jego stronę:
- Hej, Wayne! Może się dosiądziecie?
I dosiedli się. Vincent dokonał krótkiej zdawkowej prezentacji. Chłopak nazywał się Wayne Griere, ten drugi Sean Marston. Niemal od razu można było zorientować się, że Wayne jest duszą towarzystwa. Jenny zauważyła, że tak Vince, jak i Art, który też go znał, patrzyli na tego chłopaka niemalże z uwielbieniem w oczach. Bez wątpienia imponował im, ale Jenny bardzo wątpiła, by chodziło tylko o jego błyskotliwy humor. Wayne był kimś, kogo podziwiali, choć tamtego dnia Jenny nie miała jeszcze pojęcia za co. 
Najpierw traktowali się jak zwyczajni znajomi, jak kolega i koleżanka. Najczęściej spotykali się w szerszym gronie, choć Sean Marston nie przyłączał się do nich zbyt często. Ale bywało również, że imprezowali tylko we troje, ona, Vince i Wayne. Po kilku tygodniach spotkała go, kiedy akurat była sama. Wpadła na chwilę do "Midnight Sun", żeby napić się piwa. W tamtych czasach piła jeszcze niewiele i głównie piwo, a czasami jakieś słodkie likiery. Od zwykłej wódki raczej stroniła, w obawie o swoje samopoczucie następnego dnia (doskonale wiedziała, jak to wygląda, bo zdarzyło się jej kilka razy przekroczyć rozsądną dawkę). 
To był początek maja. I początek tego, co rozegrało się potem bardzo szybko, a trwało stanowczo zbyt krótko. Już wtedy wiedziała, że Wayne siedzi po uszy w narkobiznesie. I jest kimś znaczącym. Kimś cholernie ważnym. Sean był jego wspólnikiem. I był jeszcze jakiś Włoch z Little Italy. Ale to Wayne był mózgiem i szefem całego przedsięwzięcia. To on trzymał wszystko w ręku. Obsługiwał całe zachodnie wybrzeże, a dobrze poinformowani mówili, że także znaczną część Ontario i Quebek w Kanadzie. Szmuglował narkotyki z Ameryki Południowej i z łatwością godną podziwu przerzucał je przez dwie granice. Był niekwestionowanym królem i śmiał się glinom prosto w nos. Chciała go dorwać nie tylko cała stanowa policja, ale i federalni. Ale Wayne był poza zasięgiem ich rąk. Najzwyczajniej w świecie nie byli w stanie niczego mu udowodnić.
Tamtego dnia to on się dosiadł. Zaczęli jakąś banalną rozmowę, a Jenny już po chwili zorientowała się, że Wayne bardzo jej się podoba. Za bardzo. Zaproponowała, żeby przeszli się portowym bulwarem. Była cudowna pogoda, a w takie dni Jenny nie lubiła zbyt długo przesiadywać w knajpie.
- Studiujesz – powiedział wtedy Wayne. Wiedział o tym od Vince’a, który nie wiedzieć czemu chwalił się tym faktem na prawo i lewo.
- To źle? – spytała. Nie przepadała za tą nutką podejrzliwości, jaka pojawiała się zwykle na wieść, że Jenny Abelard uczęszcza na uniwersytet.
- Nie wiem. To zależy czy jesteś tak samo popieprzona, jak inne...
- A ty jak widzę, jesteś w tym temacie wybitnym ekspertem – przerwała mu.
- Chodziłem kiedyś z taką jedną... studentką – dodał z naciskiem i wyraźną ironią. – Ona uznawała tylko rozrywki na wyższym poziomie. Ciągnęła mnie do teatrów i do opery – powiedział z dezaprobatą. – Mogę iść do teatru, czemu nie. Na dobrą sztukę, jak najbardziej. Lubię musicale. Ale cholernej opery nie znoszę i nic na to nie poradzę.
- Powinieneś doskonale wiedzieć, na jakim poziomie są m o j e rozrywki – odezwała się. 
Wayne przystanął i spojrzał na nią przenikliwie. Miał niesamowity wzrok.
- Portowe knajpy to też nie najlepsza rekomendacja, co? – odezwał się. – Kolejna skrajność.
- Tylko skrajności są wyraziste. Wszystko, co pośrodku jest nijakie – powiedziała niezbyt głośno.
- Mogę cię pocałować? – spytał niespodziewanie, a ona poczuła nagłe gorąco.
- Możesz.
Czy tamtego dnia zdradziła Vince’a? Nie, choć on sam mógł poczuć się zdradzony. Jeśli był w niej zakochany, to oczywiście mógł poczuć się zdradzony. Ale to był jego problem. Ona miała do zrobienia tylko to jedno: powiedzieć mu, że nadszedł czas, żeby ich spotkania zaczęły mieć charakter wyłącznie czysto koleżeński. Jak to przyjął? Chyba spokojnie. Odniosła wrażenie, że gdzieś tam podświadomie liczył się z takim obrotem sprawy. Musiał się z nim liczyć.
- Wayne? – spytał wtedy wprost. Skinęła głową. – Wiedziałem. Przeczuwałem to. Już od tamtego dnia, kiedy pierwszy raz zaprosiłem go do naszego stolika.
- To nie twoja wina, Vince.
- Wiem. Takie jest życie. Ale bardzo bym skłamał mówiąc, że żałuję tego wszystkiego, co było między nami i tego, że cię poznałem.
- Ja też nie żałuję – zapewniła. – Było naprawdę cudownie. Ale nie chciałabym, żebyśmy z takiego powodu zerwali ze sobą kontakt.
- Nie jestem dzieckiem, Jenny – odparł. – Zawsze będę twoim przyjacielem. I najlepszym kumplem – dodał i właśnie za to cholernie go lubiła.
Mniej więcej trzy dni po tej rozmowie po raz pierwszy poszła z Waynem do łóżka. Przyprowadziła go do domu, tak jak wcześniej przyprowadzała Vince’a. W holu natknęli się na jej ojca, ale Wayne bynajmniej nie poczuł się zakłopotany.
- Kolega ze studiów – rzuciła Jenny w stronę starego Abelarda. Tak mówiła zawsze, ilekroć przyprowadzała kogoś do domu. Ojciec mruknął tylko zdawkowe „dzień dobry” i wyszedł pośpiesznie, nie interesując się nimi wcale.
- Oszalałaś? – szepnął Wayne, nieco rozbawiony. – Nie mam zielonego pojęcia o antropologii kulturowej.
- To chodź – pociągnęła go za rękę w stronę swojego pokoju. – Udzielę ci fachowych korepetycji.
Tak upłynęło upalne lato i piękna tamtego roku jesień. Tak upłynęło krótkie sześć miesięcy i nadszedł tamten listopadowy dzień. Tamten dzień, który miał na zawsze zmienić jej życie. Poprzednią noc spędzili razem. Wayne wyszedł od niej późnym rankiem, żegnając ją, już w drzwiach, dobry kwadrans. Wtedy po raz ostatni widziała go żywego.
Później zadzwonił, żeby powiedzieć jej, że odkrył cudowną knajpkę na Canal Street, mniej więcej w połowie drogi między Little Italy i Soho. Spytał, czy ma ochotę wypić tam drinka. Umówili się na spotkanie. I to była ich ostatnia rozmowa.
Kiedy Jenny przybyła na miejsce, Wayne był już tylko krwawym strzępkiem człowieka, leżącym na chodniku w kałuży ciemnobrunatnej cieczy. Błyskały czerwono-granatowe światła wozów policyjnych. Wyła syrena karetki, która nie była już potrzebna. Nikt nie przykrył jego ciała i dlatego mogła dokładnie zobaczyć zmasakrowane zwłoki Wayne’a. Poznała go w zasadzie tylko po ubraniu. Po jego ulubionej bluzie z kapturem, do której przytulała policzek jeszcze kilka godzin wcześniej. Leżał obok swojego chevroleta. Drzwi od strony kierowcy były otwarte. Twarzy nie sposób było rozpoznać. Tej połowy, która jeszcze pozostała...
Wtedy zaczęła wyć. Przestały docierać do niej dźwięki z otoczenia. Nawet obrazy. Przestały docierać do niej jakiekolwiek bodźce zewnętrzne. Nie czuła, jak czyjeś ręce odciągają ją na bok. Nie słyszała, jak ktoś wrzasnął, żeby zabrać stąd tę dziewczynę. Żeby zabrać wszystkich tych ludzi, którzy już zaczynali gromadzić się, jak sępy wokół wyjątkowo atrakcyjnej padliny. I gdzie jest ten cholerny dupek z taśmą! Niech ktoś w końcu do cholery ogrodzi to miejsce i przykryje ciało!
Odzyskała świadomość w karetce. Prawdopodobnie tej, która jechała tu do Wayne’a, a której on już wtedy nie potrzebował. Jakiś lekarz coś do niej mówił. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma i widziała ruch jego warg. Słyszała słowa, rozmazane, zniekształcone, nic nie znaczące. Zastanawiała się czy zdąży na swój ulubiony serial. Jeśli nie, to nie szkodzi. Jutro obejrzy powtórkę. Ale będzie musiała nastawić sobie budzik, bo w przeciwnym razie z pewnością zapomni.
Podniosła się z miejsca. Zachwiała się na nogach i musiała złapać się czegoś, co było z boku. Spojrzała. Stelaż z jakimś monitorem i mnóstwem kabli i rurek. Zrobiła krok na przód i pociemniało jej w oczach. Ktoś na powrót usadowił ją na miejscu. Powoli zaczynała do niej docierać otaczająca ją rzeczywistość. Serce zaczęło walić jak oszalałe, było jej niedobrze i z trudem przełykała nadmiar śliny, napływający do ust. „Ale to przecież niemożliwe – myślała. – Nie, tak absurdalna rzecz nie mogła się stać. Przecież jeszcze musi dać się coś zrobić. To niemożliwe, żeby...”
Ale to było możliwe. Co więcej stało się już faktem i Jenny wiedziała o tym. Nie było już Wayne’a. Nie było Wayne’a, a cholerne życie toczyło się dalej, jak gdyby nigdy nic. Nowy Jork nie przestał istnieć. Stał sobie w najlepsze na swoim zwykły miejscu, a bezdennie głupi nowojorczycy, jak gdyby nigdy nic, przelewali się nieprzerwaną ludzką falą po chodnikach i pędzili w taksówkach albo własnych samochodach, nie mając o niczym zielonego pojęcia.
Potem wstała po raz drugi. Powoli wyszła z karetki na chodnik, zupełnie ignorując jakieś głosy, które nakłaniały ją do czegoś, zdaje się do tego, że powinna jeszcze chwilę posiedzieć i zdaje się, że ktoś jeszcze pytał gdzie mieszka i czy wezwać taksówkę. Chwiejnym krokiem udała się w stronę swojego samochodu. Szła powoli. Bardzo powoli, jakby powietrze wokół niej było gęstą, lepką mazią. Kluczyki nie chciały trafić do zamka. Musiała włożyć je obiema rękami. Zaczęła płakać dopiero wtedy, kiedy usiadła za kierownicą. I płakała niemal bez przerwy przez kolejne pięć dni. Obraz zmasakrowanych zwłok Wayne’a raz po raz stawał jej przed oczami, uparcie, jakby jej własny mózg umyślnie starał się sprawić jej jeszcze większy ból. Zastanawiała się, czy jest jakaś granica cierpienia i dochodziła do wniosku, że nie ma. Cierpienie nie miało granic. Czy miała je jej wytrzymałość? 
Nie wiedziała w jaki sposób udało jej się dotrzeć do domu. Nie pamiętała ani jednej minuty z całej swojej drogi i potem zastanawiała się, jak to możliwe, że była w stanie prowadzić samochód. Nie przyszło jej do głowy, że jej umysł reagował jak dobrze wyćwiczony automat, rejestrując ruch uliczny i dobierając do niego odpowiednie odruchy, według pewnego wielokrotnie stosowanego algorytmu. Niewiele pamiętała też z następnych pięciu dni. Jedynie kilka wyrwanych z kontekstu fragmentów. Leżała w łóżku i płakała, dopóki nie zabrakło jej łez. Nie jadła przez trzy dni, a potem ze zdziwieniem poczuła, że jednak jest głodna. Nie mogła pojąć, jak to możliwe, by odczuwać głód wtedy, kiedy całe życie zawaliło się w gruzy.
Na pogrzeb Wayne’a nie poszła. Jej obecność tam, na cmentarzu, w dniu jego pogrzebu nie miałaby najmniejszego sensu. Następnego dnia po ceremonii przyszedł do niej Vince. Grzecznie, ale stanowczo poprosiła go, żeby przyszedł innym razem. Nie nalegał. Rozumiał. To było szóstego dnia, kiedy jej zasób łez skończył się i stanęła przed dylematem, co dalej? Już nie leżała w łóżku. Tego dnia wstała i ubrała się, ale nie wychodziła ze swojego pokoju. Kręciła się po nim bez celu, raz po raz siadała w fotelu i siedziała tak bez ruchu, zamyślona, przez pół godziny, albo godzinę. Popołudniu włączyła telewizor. Przez te kilka dni nie oglądała swojego ulubionego serialu. Nie obejrzała także powtórek, ale wiedziała, że nie straciła wiele. Akcja nie posuwała się tam w aż tak zawrotnym tempie, jak w prawdziwym życiu. Wtedy włączyła telewizor, żeby obejrzeć serial, ale po paru minutach doszła do wniosku, że nie jest w stanie skupić się na dialogach, bo jej myśli krążą gdzieś daleko. Gdzieś wokół...
(Krwawego strzępu człowieka)
Czuła się źle. Było jej niedobrze, dwa razy nawet wymiotowała i pomyślała z paniką, że może jest w ciąży. Po kilku kolejnych dniach zaczęła pisać. Bezsensowny, mało ambitny tekścik o wielkiej miłości – tragedia z tchnącym nadzieją zakończeniem. Z cholernie szczęśliwym zakończeniem. Po raz pierwszy z takim. Dotychczas wszystkie jej teksty miały tragiczne zakończenia i Jenny pomyślała nawet, że może to jakiś zły omen. Że może w ten sposób sama sprowokowała los. Dlatego napisała tę prymitywną opowiastkę dla gospodyń domowych, w której zakochana para głównych bohaterów żyje cholernie długo i cholernie szczęśliwie. 
Po trzech tygodniach zaczęła wychodzić z domu, ale nie pojechała do dzielnicy portowej, nie pojechała do żadnego z tamtejszych lokali. Wydawało jej się, że czułaby się niezręcznie, patrząc w oczy tym wszystkim, którzy znali ją i znali Wayne’a. To było absurdalne, ale tak właśnie jej się wtedy wydawało. W tamtym okresie zaczęła pić w domu, sama. Miała dziewiętnaście lat i musiała upijać się niemal każdego dnia, bo wydawało jej się, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie w stanie znaleźć sobie miejsca i poradzić sobie z własnym życiem. Kiedy wieczorami kładła się do łóżka, prosiła Wayne’a, żeby do niej przyszedł. Prosiła go w myślach, kiedy była w miarę trzeźwa. Gdy wypiła trochę więcej, szeptała do niego w ciemności półgłosem, a kiedy była zupełnie pijana, wołała go na głos. Wtedy też najmniej bała się jego ewentualnego przyjścia z zaświatów. Bo trochę się jednak bała. Nie była tak do końca pewna, w jaki sposób zareagowałaby, gdyby Wayne jednak pojawił się któregoś razu w jej pokoju. Przekonywała samą siebie, że nie czułaby strachu. Nie przed nim. Mogłaby bać się każdej innej istoty niematerialnej, ale przecież nie Wayne’a. Ale gdzieś tam w podświadomości tkwiła jednak lekka obawa. A mimo to nie przestała go przywoływać. Dlaczego to robiła? Dlaczego, zwłaszcza że przecież niemalże nie wierzyła w to, że mógłby przyjść do niej po śmierci. Jednak leżąc w ciemności błagała go, żeby przynajmniej dał jej jakiś znak i potem wstrzymywała oddech nasłuchując najmniejszego szmeru i stuknięcia, a jeśli udało jej się cokolwiek usłyszeć wmawiała sobie, że to on, że to Wayne i próbowała zasypiać, uspokojona wmawianiem sobie tego kłamstwa.
Nie wróciła na uniwersytet. Dalsze studiowanie nie miało przecież sensu. Czy cokolwiek miało jeszcze jakiś sens? Chyba tylko to, żeby dopaść morderców Wayne’a. To był jej punkt zaczepienia. Wątła niteczka sensu, utrzymująca jej życie na powierzchni. I zupełnie nie miało wtedy dla niej znaczenia, że nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Ostatecznie nigdy nie dopadła tych policjantów, nawet wtedy, kiedy dużo później dowiedziała się już, że tamtego dnia czekali na Wayne’a na Canal Street uzbrojeni w ostrą amunicję. Informacji dostarczył Paulie Conti, gliniarz, który stał się wtyczką Angela Donatelli, wspólnika Wayne'a z Little Italy. Mimo iż policja postarała się dokładnie zatuszować całą sprawę, Conti nielegalnymi kanałami dotarł do pewnych informacji. Policja nie mogła dopaść Wayne’a, bo nie miała przeciwko niemu żadnych dowodów, więc ktoś wydał rozkaz, by rozwiązać problem inaczej. Conti dowiedział się, że tamci gliniarze mieli dokładne, jasne instrukcje, że było ich sześciu, że nie starali się strzelać w powietrze, czy choćby w nogi, że wszyscy – sześciu uzbrojonych policjantów – strzelali do Wayne’a, jak do ruchomej tarczy. Nie strzelali dla ostrzeżenia. Nie strzelali w obronie własnej. Strzelali, żeby zabić. Nie mieli dowodów, by aresztować i skazać Wayne’a, więc musieli go zamordować. I żeby mieć całkowitą pewność, że akcja się powiedzie, a rozkazy zostaną wykonane dokładnie, musieli zrobić to właśnie w taki sposób. Musieli sprawić, by Wayne stał się...
(Krwawym strzępem człowieka)
Musiała jakoś przeżyć Boże Narodzenie. Koszmarne dwa dni świąt. Nie mogła znieść świątecznych dekoracji i rozbrzmiewających wszędzie, kretyńsko nastrojowych i beznadziejnie radosnych świątecznych piosenek. Potem jeszcze tylko cholerny Sylwester, może nawet jeszcze gorszy niż święta. I z czego ci cholerni ludzie tak się cieszyli o północy? Oczywiście Vince zaproponował jej, by spędzili ten wieczór razem, ale odmówiła. Vince chciał dobrze, nie było wątpliwości, ale Jenny wiedziała, że to nie miałoby sensu. Nie byłaby w stanie dobrze się bawić, a nie chciała swoim ponurym nastrojem psuć wieczoru Vince’owi.
Na cmentarz odważyła się iść dopiero na początku marca. Śnieg stopniał całkowicie kilka dni wcześniej, zrobiło się przyjemnie ciepło, przyroda zaczęła budzić się do życia. Na miejskim cmentarzu to budzące się życie było aż nadto wyraźnie widoczne. Trawa zaczęła nabierać soczyście zielonego koloru, pąki na drzewach wzbierały pełnią soków witalnych, a ptaki śpiewały jak oszalałe. Właśnie tu, na cholernym cmentarzu, gdzie wszystko powinno być ciemne, ciche i ponure. „Ale to dobrze – pomyślała. – To dla Wayne’a. Dla niego zieleni się ta trawa i dla niego śpiewają te wszystkie ptaki.” Szła powoli szeroką alejką pomiędzy trawnikami, z których wykwitały nagrobne tablice, niczym monstrualne i absurdalne szare grzyby.
„Czy z trumny kapała krew?” – przemknęło jej przez głowę i coś ścisnęło ją w gardle. Zatrzymała się, żeby nabrać powietrza i uspokoić drżenie rąk. Zastanawiała się, czy Wayne umarł od razu i miała nadzieję, że tak, że nie cierpiał. A potem myślała jeszcze o tym, czy tam na chodniku wykrwawił się całkowicie. Bezlitosna wyobraźnia podsunęła jej obraz krwawego strzępu człowieka, leżącego na ulicy, tuż przy kratce ściekowej, do której leniwą, szkarłatną strużką spływa jego krew. Krew Wayne’a mieszająca się z nowojorskimi ściekami, gdzieś w kanale, kilka stóp pod jego zmasakrowanym ciałem. „Będziecie umierać bardzo powoli – pomyślała z lodowatą nienawiścią o tych, którzy mu to zrobili. – Będziecie konać przez nieskończenie długie, trwające wieczność godziny, a ja będę patrzeć na to i pić wódkę prosto z butelki.”
Nie wiedziała, gdzie dokładnie jest grób Wayne’a. Znała jego położenie tylko mniej więcej, z opowieści Vince’a, który zaofiarował się nawet, że ją zaprowadzi. Ale nie chciała. Wolała przyjść tu sama, nawet gdyby znalezienie mogiły Wayne’a miało zająć jej cały dzień.
Jednak nie szukała cały dzień. Po niecałej godzinie zauważyła płytę z jego nazwiskiem. Najpierw spojrzała na nazwisko, wypisane poniżej imienia, nieco większymi literami. Potem wpatrzyła się w to imię, powtarzając je w myślach i wyobrażając sobie, że mówi to do niego. Poniżej data urodzenia. Za dwadzieścia dni będą urodziny Wayne’a. Ta druga data, którą pominęła wzrokiem. Nie było potrzeby patrzeć na te cyfry. Zupełnie nie było potrzeby. Nie miała zamiaru też patrzeć na to zdjęcie. Bo ktoś wpadł na szatański pomysł, żeby umieścić na płycie nagrobnej zdjęcie Wayne’a. Ale spojrzała. I ból w klatce piersiowej stał się nie do zniesienia. 
Wayne wyglądał na tej fotografii dokładnie tak, jak go zapamiętała. I zupełnie nie tak, jak...
(Krwawy strzęp człowieka)
Stała przed nagrobkiem bez najmniejszego ruchu, jak wykuta z kamienia. Jakby była pomnikiem postawionym tutaj w prezencie dla Wayne’a. W urodzinowym prezencie. Stała i patrzyła na jego lekko uśmiechniętą twarz na fotografii. Był ubrany w bluzę z kapturem. Jak zwykle. Być może nie w tę samą, którą miał na sobie tamtego dnia, ale Wayne lubił ubierać się w takie sportowe bluzy. I wyglądał w nich wspaniale. Wydawało jej się, że jego ciemnie oczy patrzą wprost na nią.
- Wayne – wyszeptała bardzo cicho i poczuła, jak wszystkie wnętrzności podchodzą jej w górę, tak jakby nagle przestało na nie działać ziemskie ciążenie.
Miał tylko 26 lat. Tamtego ostatniego ranka był taki szczęśliwy. Nie mógł przestać jej całować. Zupełnie tak, jakby wiedział, że... „Robi to po raz ostatni” – pomyślała, pochyliła się i położyła na grobie bukiecik czerwonych różyczek. 
- Czuwaj nade mną - powiedziała. 
Czy to było dziecinne i niemądre? Możliwe, ale bardzo chciała, żeby Wayne nad nią czuwał, bo mimo upływu czasu, a może właśnie z powodu tego, że czas płynął dalej, jak gdyby nigdy nic, było jej coraz trudniej. Czuła się cholernie samotna i opuszczona, bo przecież towarzystwo kumpli, czy nawet tak bliskiego przyjaciela, jak Vincent, nie mogło zastąpić jej obecności chłopaka, z którym chciała spędzić resztę życia. „Ten, kto powiedział, że czas leczy rany, nie wiedział, o czym mówi – pomyślała. – Jeśli nawet leczy, to z pewnością nie moje.”
- Przyjdę do ciebie za kilka dni – powiedziała niezbyt głośno.
Wracając do samochodu mimowolnie odczytywała napisy na nagrobnych płytach. Imiona i nazwiska, daty, czasami jakieś dopiski, wykute w zimnym kamieniu. Nie zauważyła, by leżało tutaj zbyt wiele osób w wieku Wayne’a lub młodszych. A zatem z niewieloma ludźmi los obszedł się tak cholernie niesprawiedliwie, jak z Waynem.
Od tamtej pory regularnie odwiedzała cmentarz. Przynosiła mu róże, zawsze czerwone.
Nie przestała przynosić mu kwiatów, nawet wtedy, kiedy znów zaczęła sypiać z Vincem. Wiedziała, że Wayne nie oczekiwałby, że na zawsze zatrzaśnie przed innymi drzwi swojego życia. Nie, z pewnością Wayne chciałby, żeby była szczęśliwa. 


"Ale szczęściem nie było sypianie z Vincem – pomyślała, patrząc przez iluminator samolotu na ostatnie promienie zachodzącego słońca. – Od tamtej pory nic nie było szczęściem. Po prostu żyłam z dnia na dzień, bawiąc się lepiej lub gorzej. Aż do chwili, kiedy Ernie stał się dla mnie kimś bardzo ważnym. Aż do chwili, kiedy zaczęłam bać się o Erniego. Bać się, że któregoś dnia..."


Punkt zwrotny w jej życiu nastąpił mniej więcej pół roku po śmierci Wayne'a. Coś, co odmieniło całkiem jej życie i spowodowało, że stała się tym, kim się stała. Odebrała wtedy tamten telefon. Nie przeczuwając niczego nadzwyczajnego podniosła słuchawkę i przykładając ją do ucha rzuciła znudzone, konwencjonalne "halo". Męski głos po drugiej stronie zapytał, czy rozmawia z panną Abelard. Potwierdziła, w dalszym ciągu bez zainteresowania.
"- Muszę się z panią spotkać" - oświadczył nieznajomy mężczyzna.
Jenny zmarszczyła brwi, odrobinę zaintrygowana zapytała, kto właściwie mówi.
"- Nazywam się Austin Griere, jestem ojcem..." - ostatnie słowa nie dotarły już do niej. Ręka, w której trzymała słuchawkę osunęła się miękko i powoli wzdłuż jej ciała. Poczuła przenikliwy chłód na policzkach i dziesiątki obręczy ściskających jej tułów. Stała tak przez chwilę, szklanymi oczyma wpatrując się w ścianę przed sobą, której nie widziała. "Boże, dlaczego?" - przemknęła jej przez głowę jedyna trzeźwa, rozpaczliwa myśl. A potem powoli podniosła rękę i na powrót przyłożyła słuchawkę do ucha, starannie, dokładnie, tak jakby była to kwestia życia i ...
- Wayne nie żyje - powiedziała bardzo cicho, drewnianym, nieswoim głosem.
"- Ja wiem, proszę pani. Ale musimy się spotkać. To ważne" - głos w słuchawce był poważny, wiarygodny i Jenny przywołała do porządku swoje emocje. Ten człowiek, ojciec Wayna, chciał się z nią spotkać. Nie zapytała po co, po prostu umówiła się z nim na spotkanie, trochę jakby poza swoją świadomością. Nazwisko Wayne'a usłyszane niespodziewanie, pół roku po jego śmierci, podziałało jak wyzwalacz. Wspomnienia ich wspólnego życia, a szczególnie wspomnienie tamtego dnia, kiedy zobaczyła go po raz ostatni, kiedy po raz ostatni zobaczyła to, co z niego pozostało, powróciły z siłą wielotonowego głazu, przygniatającego ją do ziemi niemal w fizycznie odczuwalny sposób. Zgodziła się na zaproponowany przez mężczyznę czas spotkania, nie sprawdzając nawet, która była godzina. Dopiero kilka minut po odłożeniu słuchawki spojrzała na zegarek. Do spotkania pozostało niecałe trzy godziny. Usiadła na kanapie i próbowała zebrać myśli. Próbowała przypomnieć sobie, co jeszcze miała zrobić tego dnia. Co miała do zrobienia z a n i m zadzwonił ten telefon.
Oprzytomniała nieco po jakichś 40 minutach. Spotkanie. O której? Aha, o piątej po południu. Dobrze. Restauracja hotelu "Waldorf Astoria" na Park Avenue, a więc powinna się odpowiednio ubrać. Przez chwilę kołatało się jej w głowie pytanie - dlaczego tam? Dlaczego ten człowiek na miejsce spotkania z nią, młodziutką dziewczyną, wybrał ten ekskluzywny lokal. "Ale to dobrze - pomyślała trochę absurdalnie. - W takim miejscu nie będą mieli odwagi nikogo zamordować." 
Nadludzkim niemal wysiłkiem woli zdołała przygotować się do tego spotkania. Założyła elegancką granatową sukienkę, z białymi wykończeniami - taką na specjalne okazje. Nie przepadała za takim stylem, ale w tej sytuacji należało ubrać się stosownie do okoliczności. Poprawiła włosy, które na szczęście nie sprawiały jej nigdy większych problemów, znakomicie układały się w naturalny sposób, nie wymagając jakichś szczególnych zabiegów fryzjerskich, poza regularnym podcinaniem. Ale kiedy Jenny spojrzała w lustro tuż przed wyjściem z domu, zauważyła że nie wygląda najlepiej. Cóż, trudno, tak czy inaczej nie była w stanie nic na to poradzić.
Kiedy jechała na miejsce spotkania nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że kiedy już tam dojedzie, zobaczy to, co zobaczyła tamtego dnia - błyskające koguty wozów policyjnych i karetki, tłum gapiów i...
Pogrążona w ponurych wspomnieniach, prawie przegapiła szarą fasadę wysokiego hotelowego budynku. Zahamowała gwałtownie, w duchu dziękując losowi, że bezpośrednio za nią nie znajdował się żaden inny samochód, który mógłby nie zdążyć zahamować na czas. Machinalnie wręczyła kluczyki parkingowemu przed wejściem do budynku i wkroczyła do urządzonego z przepychem hotelowego foyer. Wtedy uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, jak wygląda ten człowiek, z którym przyszła się tu spotkać. Przy wejściu do sali restauracyjnej podszedł do niej nienagannie ubrany pracownik obsługi i uprzejmym tonem zapytał, czy ma zaszczyt z panną Abelard. Potwierdziła z roztargnieniem, a tamten oznajmił, że pan Griere już czeka i zaprowadził ją do odpowiedniego stolika. Kiedy się zbliżyła, Austin Griere wstał z miejsca i kłaniając się uprzejmie, uścisnął jej dłoń. Zdobyła się na nikły uśmiech przy powitaniu i usiadła na wskazanym jej przez mężczyznę miejscu. 
Ojciec Wayne'a nie wyróżniała się niczym szczególnym - mężczyzna w średnim wieku, z ciemnymi włosami, obficie przetykanymi srebrem przedwczesnej ewidentnie siwizny, z siateczką delikatnych zmarszczek wokół oczu, w nienagannym garniturze dobrej marki. Jenny niewiele wiedziała o rodzinie Wayne'a, tyle tylko, że mieszkali w Bostonie, w Massachusetts i nie byli biedni. Garnitur Austina Griere i miejsce, które wybrał na spotkanie z nią, potwierdzały to w pełni. 
- Pewnie jest pani zaskoczona... - zaczął mężczyzna. - Zaraz wyjaśnię - dodał i przerwał, bo do stolika podszedł kelner.
Jenny zamówiła jednak tylko kawę, nie dała się namówić na nic do zjedzenia, choć Griere nalegał. Wiedziała, że nie będzie w stanie nic przełknąć, czuła jakby w żołądku wyrósł jej wielki kamień. 
- Jestem tutaj z powodu ostatniej woli Wayne'a - odezwał się znów, a wtedy dziewczyna spojrzała na niego uważnie. - Chodzi o testament. 
- Testament? - powtórzyła cicho. Nie docierało do niej znaczenie tego słowa. Z pewnością nie w powiązaniu z Waynem.
- Wayne zostawił sporo pieniędzy. Czystych pieniędzy, przepuszczonych przez przedsiębiorstwo, które Wayne miał w Bostonie - słowa Griere'a sprawiły, że Jenny spojrzała na niego z mieszaniną leku i zakłopotania. To co powiedział ten człowiek świadczyło, że musiał doskonale wiedzieć, czym zajmuje się jego syn. A skoro wiedział, to dlaczego na litość boską nic nie zrobił! Jenny poczuła jak fala żalu i pretensji oblewa ją uczuciem wewnętrznego gorąca.
- Dlaczego nic nie zrobiliście? - szepnęła. - Był pana synem, należało powstrzymać go... 
- Nie miałem na Wayne'a żadnego wpływu. Był całkowicie poza moją kontrolą - przerwał jej Griere spokojnie.
- Był poza kontrolą kogokolwiek - powiedziała Jenny, ochłonąwszy nieco, bo przypomniała sobie, że ona sama była bezsilna wobec postawy Wayne'a i nieraz zdarzyło jej się pomyśleć, że gdyby darzył ją prawdziwym uczuciem, posłuchałby tego, co mówiła i wziąłby sobie to do serca.
- Nie musiał tego robić - kontynuował Austin Griere. - Na brak pieniędzy nigdy nie mógł narzekać. Dawaliśmy mu wszystko, czego chciał. Był moim jedynym spadkobiercą i niech mi pani wierzy, że niczego mu nigdy nie brakowało. Nie musiał... Szczególnie, że był inteligentnym chłopcem. Szkołę średnią skończył z wyróżnieniem i został przyjęty na pierwszy rok studiów. Zrezygnował po trzech semestrach, choć ze swoimi wynikami lokował się w czołówce. Próbowałem rozmawiać z nim, przekonywać go na wszelkie możliwe sposoby. Zagroziłem nawet, że przestanę dawać mu pieniądze. Wtedy tylko roześmiał mi się w twarz, a niedługo potem wyprowadził się z domu. Nie powiedział gdzie. Krążyły pogłoski, że wyjechał do Nowego Jorku. Później zaczęły też krążyć inne pogłoski... - mężczyzna przerwał na moment i nabrał powietrza - o tym czym się zajmował. Nie wierzyliśmy w nie. Nie chcieliśmy wierzyć. A potem już tylko udawaliśmy, że nie wierzymy. Ja i moja żona. Staraliśmy się odsuwać od siebie myśl, że któregoś dnia aresztują go i spędzi resztę życia w więzieniu. Ale zupełnie nie braliśmy pod uwagę... - znów przerwał. - Nie braliśmy pod uwagę, że mógłby zginąć podczas próby aresztowania. Dlaczego stawiał opór? Przecież wiedział, że to bezcelowe...
- Jaki opór, panie Griere? - spytała Jenny, ku jej zaskoczeniu, zupełnie spokojnie. - On nie stawiał żadnego oporu.
Mężczyzna spojrzał na nią wzrokiem wyrażającym kompletny brak zrozumienia.
- Przecież zginął podczas... - zaczął, ale Jenny przerwała mu:
- Nikt nie próbował go aresztować. Nie mieli przeciwko niemu żadnych dowodów, więc nie mieli podstaw do aresztowania. Oni zwyczajnie go zamordowali. Tego dnia byliśmy umówieni w kafejce. Dopadli go, kiedy tam przyjechał. Zdążył tylko wysiąść z samochodu i wtedy go rozstrzelali.
- Panno Abelard, to co pani mówi jest absurdalne - odparł Griere z nutką zdenerwowania w głosie i odwrócił wzrok, rzucając spojrzenie gdzieś w głąb restauracyjnej sali.
- Nie wierzy mi pan - stwierdziła. - Więc niech pan zażąda od policji ujawnienia dowodów przeciwko Wayne'owi. Niech pan to zrobi i wtedy przekona się pan, że ich nie ujawnią, bo takie dowody nie istnieją. A poza tym... - Jenny przełknęła ślinę. Przed oczyma pojawił się jej obraz zmasakrowanych zwłok jej ukochanego chłopaka. - Zaręczam panu, że nie tak wygląda człowiek, który zginął podczas próby stawiania oporu policji - dokończyła z trudem, oczy zaszkliły się i Jenny kurczowo złapała się krawędzi stołu.
- Niech się pani uspokoi - powiedział Griere cichym, zmienionym głosem i dotknął lekko jej dłoni zaciśniętej na blacie stolika. Powoli rozluźniła uchwyt. Uspokoiła oddech i drżącą dłonią uniosła filiżankę z kawą. Griere obserwował ją uważnie. Czuł, że kontynuowanie tej rozmowy nie będzie należało do najłatwiejszych. Wyglądało na to, że uczucia, jakimi ta dziewczyna darzyła jego syna, ciągle jeszcze tkwią w niej bardzo głęboko. Ale zdawał sobie sprawę, że musi mówić dalej, że tej rozmowy nie da się uniknąć i że nie ma sensu też odwlekać jej na później. Lepiej mieć to już za sobą. Dlatego po kilku minutach zaczął ostrożnie, bacznie obserwując twarz dziewczyny, gotów w każdej chwili przerwać, jeśli zauważyłby, że sprawia jej zbyt duży ból.
- Wayne zdeponował u notariusza testament wraz z listem do nas. W tym liście... Prosił nas o wybaczenie. Tłumaczył, że nie mógł inaczej, że chciał żyć według własnego scenariusza, nawet jeśli niosło to ze sobą śmiertelne ryzyko. Wyraził nadzieję, że go zrozumiemy i że mu wybaczymy - Austin Griere mówił rzeczowo, jakby relacjonował coś, do czego w gruncie rzeczy nie miał głębszego stosunku emocjonalnego. - Pisał też... - mężczyzna zawahał się. - O pani.
Przerwał, więc po chwili odezwała się Jenny:
- Proszę mi mówić po imieniu, panie Griere. Jenny. 
A potem dodała: 
- Co o mnie napisał?
Austin Griere westchnął.
- Napisał, że bardzo cię kocha, że jesteś wyjątkową osobą i gdyby zdarzyło się, że... - zawiesił głos. - Gdyby zdarzyło się, że zginie, chciałby zostać pochowany w Nowym Jorku. To dlatego zadbał o to, żeby ten list trafił do nas zaraz po jego śmierci, żebyśmy nie zdążyli zabrać ciała do Bostonu...
- Niech pan przestanie - przerwała mu cicho, z nutą prośby w głosie. Odetchnęła głęboko i odezwała się znowu: - Nie, niech pan mówi dalej, przepraszam. 
- Nie musisz przepraszać. Ja rozumiem. W tym liście poprosił nas, żeby poczekać z wykonaniem testamentu co najmniej pół roku. Chciał dać ci czas na uporanie się z cierpieniem.
Jenny podniosła na niego oczy, patrzyły łagodnie i ciepło.
- Przecenił mnie - powiedziała z tą sama łagodnością w głosie, jaka była teraz w jej spojrzeniu. - Ja nie jestem pewna, czy kiedykolwiek uporam się z tym cierpieniem.
Austin Griere pokiwał głową ze zrozumieniem, a Jenny mówiła dalej:
- Pieniądze Wayne'a powinny zostać w jego rodzinie. Obiektywnie nie mam do nich prawa i szczerze mówiąc... one nie dadzą mi szczęścia, nie zwrócą mi... W każdym razie ja tych pieniędzy nie potrzebuję. Mój ojciec jest...
- Wiem kim jest twój ojciec - przerwał jej łagodnie. - Wiem, że nie potrzebujesz pieniędzy, ale taka była jego wola. Nie musisz traktować tych pieniędzy w kategoriach materialnych. Ja tylko mam obwiązek przekazać ci je, a ty zrobisz z nimi co zechcesz.


Silniki samolotu szumiały monotonnie. Kiedy przysunęła twarz do szyby, żeby spojrzeć w dół, zobaczyła tylko białą pościel gęstych chmur, szczelnie zasłaniających granatowy ocean, który widziała jeszcze, kiedy poprzednim razem zerknęła w dół przez okno.
"Kiedy tego dnia wieczorem wróciłam do domu - pomyślała - byłam zła na Wayne'a. Powinien był wiedzieć, że grzebanie w otwartej ranie będzie boleć. Naprawdę myślał, że pół roku wystarczy, żebym... Wiedział, że pieniądze nie są mi potrzebne, więc mógł darować sobie ten niepotrzebny gest. To chyba pod wpływem tego chwilowego żalu do niego podjęłam wtedy tamtą decyzję."
Pomyślała wtedy, że skoro Wayne uczynił ją swoją spadkobierczynią - stanie się nią w pełnym tego słowa znaczeniu. I pieniądze przekazane jej w spadku przez Wayne'a postanowiła zainwestować w narkobiznes. 
Ale nie stało się to od razu. Nie była w stanie ot tak sobie, z marszu, wejść i zająć miejsce Wayne'a na narkotykowym rynku. Na rynku, o którym - powiedzmy sobie szczerze - nie miała jeszcze wtedy bladego pojęcia. Ale ponieważ znała Seana Marstona i Angela Donatelli, najbliższych współpracowników Wayne'a, miała pewien punkt zaczepienia. Upłynęło jednak sporo czasu nim zdecydowała się zacząć z nimi pertraktacje w tej sprawie. Obaj odnosili się do niej w tej kwestii z doskonale wyczuwalnym cieniem nieufności - choć dobrze znali Wayne'a, a przez to także i Jenny. To Angelo złamał się pierwszy - Jenny podejrzewała, że to dlatego, iż ona sama była półkrwi Włoszką, a po włosku mówiła biegle i z doskonałym akcentem z Palermo, rodzinnego miasta jej matki. Miała pieniądze, spore pieniądze - i to też zaważyło na decyzji obu wspólników. Początki nie były łatwe, ale to jej nie zrażało. Weszła w nową działalność z zapałem i zaangażowaniem - i wreszcie w pełni poczuła, że jest kimś, choć jeszcze nie tym, kim chciała być. Pragnęła dorównać Wayne'owi, stać się kimś takim jak on, sprytnym i nieuchwytnym, śmiejącym się w nos policji i agentom federalnym. Czy pomyślała, że może skończyć tak jak on? Tak, kilka razy pojawiła się w jej głowie taka myśl, ale przecież ryzyko było nieuniknione, było wkalkulowane w takie przedsięwzięcie. A jednak nie odczuwała wystarczająco dużego strachu, by zdołał on skłonić ją do rezygnacji z raz powziętego planu. I dopiero strach o życie Erniego sprawił, że podjęła pewne nieodwracalne kroki, na skutek których znalazła się w samolocie, sunącym po niebie nad spokojną taflą Oceanu Atlantyckiego.


fatalny 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
calvados
calvados 11 września 2014, 13:43
''przynajmniej'' - 3x na początku
Ten ''dramat''- jest nudny.
Zdania, które zaczynasz od '' ale ponieważ'', ''bo'', '' więc'' -rażą,
treść nie zatrzymuje, a powinna.
Ja nie staram się pisać, a ty się starasz, i tak z tego nic nie wychodzi, czyż brak pochlebnych komentarzy, brak zainteresowania Twoją prozą nie jest wymowny, pomijam drobny szczegół, że w przypadku prozy merytoryczne komentarze to tutaj rzadkość. Mam niezły ubaw, gdy ktoś w moim tekście znajduje błędzory.
Świadomość tego, czego nie potrafimy, chroni nas od żałosnych, wstydliwych komentarzy.
To miej miły dzień.
Kulka Kurdayati
Kulka Kurdayati 12 września 2014, 10:42
Ciebie ciągle coś nie zatrzymuje - to chyba twoje ulubione, o ile nie jedyne)-wyrażenie - najwyraźniej bardzo ci się spodobało, skoro używasz go w każdym możliwym komentarzu. Poza tym, że jesteś ekspertem od literatury, to jeszcze psychologiem - wow! - co za spectrum! Na szczęście nie komuś takiemu jak ty oceniać, co innym wychodzi, a co nie - zwyczajnie nie znasz się na tym i równie dobrze, ja mogłabym oceniać, że komuś "nie wychodzi" pisanie wierszyków.
To, że ty się nie starasz pisać - to niestety widać, chociaż sądząc po ilości tekstów....
Ja też mam niezły ubaw, kiedy widzę, jak dorosła osoba zachowuje się jak gówniara.
I ciebie niestety nic nie chroni od żałosnych komentarzy.
Używając twojego stylu - miej dużo sukcesów w twórczości na temat PKP i malarstwa (ach, jeszcze sądownictwa).
514 wyświetleń
przysłano: 1 września 2014 (historia)
Kulka Kurdayati

Kulka Kurdayati

48 Qandil
5 tekstów 18 prac 31 komentarzy

Inne teksty autora

Ziemia nadziei 2

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Ziemia nadziei 1

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Ziemia nadziei (Prolog)

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Długi weekend.

Kulka Kurdayati, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło