20 lat Wywroty

Zaspa (opowiadanie)

Tomasz Smogór

 

Boję się, że przyjdziesz z odległych lat dziewięćdziesiątych. Staniesz nade mną, nad łóżkiem; roztaczając swój widok, jakby nie było zamków, do których nie miałabyś kluczy. Kiedy próbuję zasnąć, przywołuję twój obraz. Nic nie wydaje się rzeczywiste. Widzę, jak idziesz pustym dworcem autobusowym, chcąc prosić, kogoś o papierosa. Mówisz coś do urojonych pasażerów. Wszystkie kursy dawno już się skończyły. Sklepiki dworcowe świecą pustkami czarnych okien. Autobusy śpią w swoich dokach. Twój ciężki narkotyczny oddech i opadające powieki powołują głęboką grudniową noc.

 

Nie nakrywam się kołdrą w obawie, że mogłabyś mnie zastać nieprzygotowanego. Dlaczego właśnie teraz idziesz, gdy wszystko zaczęło mi się układać? Boję się, że nie przyjdziesz sama, że przez pokój przewinie się cała śmietanka dworcowego półświatka. Rozsiądą się na nowych fotelach i zaczną szeleścić reklamówkami, w których przyniosą swoje marzenia w butelkach. Ich opowieści będą wirować nad łóżkiem. W końcu zaczną się naśmiewać z mojego położenia. Taka będzie zapłata za nieproszoną gościnę.

 

Najchętniej opuściłbym swoje gniazdko, zaszywając się w jakimś hotelu w mieście, ale nachodzi mnie myśl, że mógłbym cię spotkać na krętych, ciemnych uliczkach. Wzdrygam się, gdy przypomnę sobie, że żyliśmy pod jednym dachem.

 

Tyle lat nas oddzielało a jednak została jakaś szczelina, przez którą do mnie zmierzasz. Jeszcze w trakcie naszego związku, czułaś miłość do każdego, kto wyciągnął do ciebie pomocną dłoń, zabierając na melinę, byle tylko ściągnąć ci majtki, niezgrabnymi ruchami wykonać akt kopulacji. Twoje ciemne włosy opadają na ciało obcego mężczyzny, który niebawem ruszy w poszukiwaniu, kogoś, kogo okradnie.

 

Wolę nawet nie myśleć, o tym, że byliśmy kiedyś razem. Może twój widok staje się intensywniejszy, dlatego, że znowu jestem sam i desperacko kogoś poszukuję. Zapaliłem lampkę nocną, na wypadek, gdybyś nagle stanęła mi przed twarzą. Już nie tylko w wyobraźni, ale zbyt realna, bym mógł znieść tamte dni, które wyrywają mnie z rytmu, i każą błądzić ręką w kroku, jakbym próbował zawrzeć zgodę z samym sobą. Znowu zapragnąłem twoich grubych ud, przetłuszczonych włosów, zębów powoli zmieniających się w spróchniałe pieńki, ociężałego języka od ciągłego gadania. Zarośniętego krocza, na którym od złego trybu życia, pojawiły się już pewnie pierwsze siwe włosy. Tyle lat degradacji ciała, wprowadzania w nie przedziwnych substancji i pokarmów a nadal jest w nim coś pociągającego.

 

Dni, o których nie chcę pamiętać, zmierzają do mnie. Twoje ciało szamocze się we mnie, jakbym powoli sam się nim stawał. To ciało mści się na mnie za lata rozłąki i sponiewierania. Wzdrygam się za każdym razem, kiedy odżywasz w mojej pamięci. Nie jestem w stanie ustalić, jak dziś wyglądasz. Musiałem wziąć sobie za wzór ostatnio widzianą bezdomną.

 

Tyle słów wylewa się z twoich ust, zwłaszcza, że utknęłaś w śnieżnej zaspie, z której próbujesz się wydostać. Żadnej pomocnej ręki, tylko nieprzyjemna wilgoć dostająca się pod nogawkę i spływająca do butów. Czujesz, jak nogawka coraz bardziej przymarza do skóry, wywołując na twarzy nieprzyjemny grymas. Przeliczasz drobne, które wysypały się z kurtki. Próbujesz odnaleźć te, które zniknęły pod grubą warstwą śniegu. Ciężko dyszysz i przeklinasz los za to, że noc wygnała cię na pustynne ulice. Wycierasz nos mokrym rękawem.

 

Robię się niespokojny, na samą myśl, że zbliżasz się. Wzrok mam rozrzucony po różnych częściach pokoju. Widzę siebie, jak przemieszczam się po mieszkaniu, rozglądając się po kątach, czy czasami już nie weszłaś i nie zaczaiłaś się na moje pieniądze. Od przebywania w podejrzanym środowisku twoje ręce stały się lepkie. Widzę, jak zmarznięte palce szykują się już do wyciągnięcia w moją stronę. Przypominają długie sople lodu albo palce śmierci, chcące przebić się przez warstwę ciepłego powietrza. Wiem, że nie zasnę. Chciałbym żeby już nastał ranek. Gdy za oknem przejedzie jakiś samochód, oświetlając firanę i sufit, robi mi się raźniej, że nie jestem sam.

 

Ta noc jest wyjątkowo długa i męcząca. Nikt nie przychodzi a jutro mam ważne spotkanie biznesowe, na którym chciałbym dobrze wypaść. Powoli zaczynam sobie uzmysławiać, że to część gry, jaką podjąłem ze swoim ciałem i umysłem, w którą za bardzo się zaangażowałem, jakbym chciał uatrakcyjnić swoje nudne dni, spędzane poza domem na spotkaniach biznesowych, podczas których analizujemy oferty sprzedażowe i hołdujemy wysokim statystykom a ty jesteś tylko projekcją w mojej głowie. Jednak, gdy słyszę jakieś krzyki za oknem, mam obawy, że może nie leżysz tylko w mojej podświadomości. Że wzywasz pomocy.

 


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
192 wyświetlenia
przysłano: 11 czerwca 2018 (historia)
Tomasz Smogór

Tomasz Smogór

100 lat Kło
3 artykuły 28 tekstów 45 prac 1822 komentarze 86 postów
Zasłużeni dla serwisu

Inne teksty autora

Bałwan

Tomasz Smogór, opowiadanie

Przyjazd

Tomasz Smogór, opowiadanie

Thorgal

Tomasz Smogór, wiersz

wiersz

Tomasz Smogór, wiersz

Kłomino

Tomasz Smogór, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło