Refleksy światła tańczyły na pniach drzew. Z każdej strony dobiegało brzęczenie owadów. Ten dźwięk był stale obecny w tle i Janor prawie przestała go odbierać. Dopiero kiedy coś przefrunęło jej tuż przed twarzą, przypomniała sobie o wszechobecnych insektach. Przynajmniej o tej porze nie było wśród nich komarów.
Zmrużyła oczy, próbując wypatrzyć między drzewami plecy idącej przodem Mili. Tamta poruszała się po nierównym terenie wyraźnie łatwiej i szybciej. Czy glany dawały jej taką przewagę?
- Na pewno dobrze idziemy? - spytała Janor niecierpliwie – Bo mam wrażenie, że się zgubiłyśmy.
- Tak, to już musi być blisko – rozległ się z przodu głos przyjaciółki. Teraz przynajmniej Janor wiedziała już, gdzie patrzeć. Plecy tamtej, zakryte długimi, farbowanymi na bordowo włosami, na chwilę zamajaczyły wśród zieleni. Dystans między nimi się zwiększył, co nie spodobało się Janor. Dziewczyna przyspieszyła kroku.
- Co jest dzisiaj z twoją formą? - spytała Mila z rozbawieniem, kiedy Janor znalazła się tuż za nią.
- Po prostu nie wiem, czy to ma sens – wydyszała Janor – Po co my właściwie idziemy do tego nawiedzonego domu? Chyba jesteśmy za stare, żeby nakręcać się takimi historyjkami. A przynajmniej ja.
- Ten dom nie jest nawiedzony – sprostowała Mila z naciskiem – Przynajmniej nie w tym sensie, że tam straszą duchy czy coś. Ja też nie wierzę, że duch Roba Fenlinga wrócił tu po śmierci, czy co tam jeszcze mówili w rocznicowym wydaniu wiadomości.
- Więc czego tu szukamy?
Mila wzruszyła ramionami, na chwilę odwracając się do przyjaciółki. Ze swoim ostrym makijażem tak bardzo nie pasowała do tego miejsca, że Janor wydało się to prawie surrealistyczne.
- Nie jestem pewna jak to określić. Przyczyny? Okoliczności? Chcę zrozumieć jak to się stało, że Fenling oszalał.
Mila na chwilę urwała i głośno odetchnęła.
- Albo inaczej – poprawiła – Chcę zrozumieć co się właściwie stało. Bo przecież Fenling nie zabił tych ludzi. Nie istniał żaden dowód, że on miał cokolwiek wspólnego z którąkolwiek z tych śmierci. Poza tym, że w paru przypadkach miałby motyw. Ale on nie był na miejscu żadnego z tych morderstw. Niektóre w ogóle wydarzyły się w innych miastach. No a kiedy zaczął mówić… i kiedy zamknęli go w zakładzie… sam stał się kolejną ofiarą. Pomijając już, jak to było technicznie możliwe, nie rozumiem dlaczego tak się stało. Prawdziwy morderca obawiał się, że Fenling go wyda? Przecież on sam próbował wziąć na siebie winę! Czy on coś faktycznie wiedział?
Janor przewróciła oczami, zanim zdała sobie sprawę, że przyjaciółka i tak tego nie zobaczy.
- Jak potrzebujesz takich rozkmin, możesz zajrzeć do internetu – westchnęła – Założę się, że krąży tam mnóstwo amatorskich teorii.
Po prawie godzinie marszu na przełaj przez las miała ochotę zawrócić i złapać pierwszy autobus, który zawiezie ją do miasta. Powinna teraz siedzieć w swoim pokoju i przygotowywać się do egzaminu poprawkowego z algebry, którego termin nieubłaganie się zbliżał. Coś jednak ją podkusiło, żeby odebrać telefon od przyjaciółki i zanim się spostrzegła, już była w drodze na obrzeża miasta, żeby szukać jakiegoś opuszczonego domu w lesie.
Z ponurą miną wbiła wzrok w tył głowy Mili. W tym momencie była niemal skłonna zgodzić się z tym, co od lat powtarzali jej rodzice. Przyjaciółka czasami miała na nią zbyt silny wpływ.
Janor poznała Milę na początku gimnazjum i praktycznie od początku jej rodzina krzywo patrzyła na tę znajomość. W tamtych czasach dziewczyny wydawały się istotami z całkowicie innych światów. Grzeczna, trochę nieśmiała Janor, nie znająca życia poza nauką i wygadana, pewna siebie Mila, niewiele robiąca sobie ze szkolnego regulaminu. W którymś momencie znalazły się w jednej ławce i zaczęły gadać o wszystkim i o niczym. Mila już wtedy miała w sobie to coś, pewien rodzaj charyzmy, który robił na Janor wrażenie. Jako nastolatka Janor chciała jak najbardziej upodobnić się do przyjaciółki i nie chodziło tylko o gotycki styl.
- Chyba coś widzę! – zawołała Mila radośnie – Patrz tam!
Gestem ozdobionej srebrnymi pierścionkami dłoni wskazała przed siebie, gdzie w cieniu drzew znajdował się niski budynek o brudnoróżowych ścianach. Na ile dało się to ocenić z dystansu, dom nie prezentował się szczególnie imponująco. Janor poczuła lekkie rozczarowanie. Mimo wszystko oczekiwała, że dawnemieszkanie szalonego człowieka będzie bardziej mroczne i posępne.
- Nie wygląda strasznie – zauważyła – Jest może tylko trochę zaniedbany.
Mila wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Za dnia chyba żaden budynek nie wygląda na nawiedzony. Chodź!
Janor mimo wszystko spróbowała wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu. Ostatecznie zdołały znaleźć właściwe miejsce.
W miarę jak zbliżały się do budynku, mogły dostrzec więcej szczegółów. Wokół domu przetrwało kilka słupków ogrodzenia z resztkami metalowej siatki. Poza nimi nic nie wskazywało na to, gdzie kiedyś kończyło się podwórko, a gdzie zaczynał las. Po stronie przeciwnej niż ta, z której dziewczyny przyszły, trawa była niższa a podwórko przechodziło w coś, co kiedyś musiało być drogą dojazdową.
- Widzisz? - spytała Janor z wyrzutem – Jakbyś się nie upierała, żeby iść prostą drogą od przystanku, to może łatwiej byłoby tu trafić.
- A coś się przez to stało? - zdziwiła się Mila – Możemy tamtędy wracać, jeśli chcesz.
Podeszła do kilku niskich betonowych stopni przed drzwiami. Janor minęła ją i stanęła na początku ledwie widocznego dojazdu. Nieużywana droga gruntowa zarosła trawą, w której zdążyły pojawić się pierwsze młode krzewy rozsiane przez wiatr. Wystarczyły do tego trzy lata. Czy naprawdę przez ten czas droga w ogóle nie była używana?
Odwróciła się do przyjaciółki tylko po to, żeby stwierdzić, że tamtej już nie było przed domem. Brudne, łuszczące się drzwi były otwarte na oścież. Janor westchnęła i stanęła w progu. Jeszcze zanim całkiem weszła do środka, poczuła, że w budynku było znacznie chłodniej niż na zewnątrz.
- Zaczekaj – rzuciła w półmrok.
Weszła do przestronnej sieni, z której wychodziło kilka par drzwi. Po lewej stronie szerokie przejście wyznaczało granicę niewielkiej kuchni. Mniej więcej na wprost znajdowały się schody na górę, spod których zwisała zakurzona zasłonka, kryjąca przestrzeń pod nimi. Drzwi na lewo od schodów były uchylone, ale dopiero kiedy Janor podeszła bliżej, mogła zobaczyć, że tam znajdowała się łazienka.
Usłyszała stłumiony rumor i trzask zamykanych drzwiczek w pomieszczeniu, które musiało znajdować się między łazienką a kuchnią.
- Co tam robisz? - spytała, podnosząc głos.
- Rozglądam się – odpowiedziała Mila zza ściany. Janor otworzyła kolejne uchylone drzwi i przeszła do pokoju, które musiał być czymś pomiędzy salonem a jadalnią.
Mila stała przed otwartą szafką na prawo od wejścia. Z miejsca, w którym się znajdowała, Janor nie widziała zasłoniętej przez drzwiczki twarzy przyjaciółki.
- Ja mam wrażenie, że raczej plądrujesz to miejsce – mruknęła – Myślałam, że nie będziemy niczego tutaj ruszać.
- Od razu plądruję! - obruszyła się Mila – Chcę tylko zobaczyć, czy tu przypadkiem nie ma czegoś… nietypowego.
- To znaczy? Mówiłaś, że nie wierzysz, że ten dom jest nawiedzony.
Mila cofnęła się o krok i z trzaskiem zamknęła szafkę.
- Nie w takim sensie nietypowego – odparła niecierpliwie – Raczej próbuję wczuć się w sytuację Roba Fenlinga. Pod koniec życia twierdził, że zabił wszystkich tych ludzi, tak? A na jakiej podstawie tak twierdził?
- Nie rozumiem, do czego zmierzasz.
- O rany… chodzi mi o to, że może robił coś, w co wierzył, że może doprowadzić kogoś do śmierci. No wiesz, czarna magia, rytuały, woskowe laleczki…
Janor w odpowiedzi tylko pokręciła głową. Mijając przyjaciółkę, podeszła do rozkładanej wersalki stojącej pod ścianą z lewej strony. W jednym rogu leżała złożona pościel, teraz zszarzała i poplamiona od wilgoci. Na ścianie powyżej wisiało kilka zniszczonych religijnych obrazków.
- Rok przed tym wszystkim on mieszkał tu z matką, prawda? - mruknęła, bardziej do siebie niż do przyjaciółki, zajętej przetrząsaniem kolejnych półek regału.
Spróbowała przypomnieć sobie mniej sensacyjne szczegóły tej historii, o których programy telewizyjne tym razem nie wspominały. Dom na uboczu należał do starej, schorowanej matki Roba Fenlinga i kobieta nie chciała go opuścić. Dopiero w ostatnim roku życia, kiedy zupełnie podupadła na zdrowiu, została przeniesiona do domu opieki. Wydarzyło się to jeszcze zanim rozszarpane szczątki pierwszej ofiary, bezpośredniego przełożonego Fenlinga, znaleziono za śmietnikiem przy bloku, w którym nieszczęśnik mieszkał.
Janor w ponurej zadumie przyglądała się zakurzonym bibelotom na małej komódce pod ścianą. Porcelanowe figurki, ozdobne drewniane szkatułki, okrągła serwetka, być może ręcznie robiona na szydełku. Przedmioty raczej typowe dla pokoju staruszki.
- Skoro to jego matka upierała się, żeby tu zostać, po jej przeniesieniu Rob powinien całkiem przeprowadzić się do centrum miasta – odezwała się Mila – Coś tam nawet wynajmował. Ale on z jakiegoś powodu nadal przebywał tu przez większość czasu. Chyba nie przez sentyment?
- Może nadal sporo rzeczy miał tutaj – podsunęła Janor.
- W momencie, kiedy to się zaczęło, wynajmował tamto mieszkanie od pięciu lat . Zresztą tego domu nie musiał się całkiem pozbywać. Chodzi mi o to, że najwyraźniej coś go tu trzymało.
- Klątwa, tak? - mruknęła Janor zgryźliwie, kierując się do wyjścia z pomieszczenia. Nie sądziła, żeby cokolwiek w tym pokoju, wyraźnie zdominowanym przez dawną obecność matki Roba Fenlinga, mogło dostarczyć im odpowiedzi. Za to czuła się coraz bardziej nieswojo, widząc jak Mila myszkuje wśród przedmiotów zmarłej kobiety.
Przeszła do kuchni. Kiedy zobaczyła potłuczone talerze na ciągnącym się z lewej strony blacie i pootwierane szafki ponad nimi, zdała sobie sprawę z jednego szczegółu, który początkowo jej umknął. W opuszczonym domu Fenlinga nadal panował względny porządek. Janor nie widziała na podłodze butelek, puszek, petów ani kłębów brudnych ubrań, które zwykle znajdowały się we wnętrzach przejmowanych przez bezdomnych. Na ścianach ani drzwiach nie zdążyło pojawić się graffiti. Lokalizacja na odludziu najwyraźniej skutecznie chroniła porzucony dom przed nieproszonymi gośćmi.
Janor podeszła do szafki z otwartymi szufladami i odruchowo zajrzała do środka. Tak jak się spodziewała, zobaczyła tam sztućce. Zwróciła uwagę na widelec z ozdobną rączką, wyraźnie odróżniający się od pozostałych, tanich i prostych. Podniosła go do światła, żeby lepiej mu się przyjrzeć.
- Weźmiesz go sobie?
Janor omal nie podskoczyła, słysząc głos Mili tuż za sobą. Gwałtownie odwróciła się i spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem.
- Nie strasz mnie. I może przyznaj się od razu, że przyszłaś tu po skarby.
Mila przewróciła oczami.
- Po prostu widzę, że ci się spodobał – stwierdziła – Weź go. Znalazłaś go, więc jest twój. Nikomu nic z tego nie przyjdzie, jak będzie tu leżał i rdzewiał.
Janor bardziej dla zasady spróbowała zaprotestować, ale ostatecznie włożyła widelec do torebki. To już nikomu nie mogło zaszkodzić.
Przeszła przez sień do pomieszczenia na przeciwległym końcu domu. Tutaj z powodu zasłoniętych okien było ciemniej. Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, czy nie odsunąć najbliższej zasłony, ale ostatecznie zrezygnowała. Wolała zostawić dom w takim stanie, w jakim go zastała, poza tym zasłonę oblepiały pajęczyny.
Mila dołączyła do niej po chwili i obie obojętnie obejrzały zakurzone brązowe fotele, półkę z książkami i stary kineskopowy telewizor.
- To już lata temu nie miało prawa działać – zauważyła Janor. Mila wzruszyła ramionami.
- Może go nie potrzebowali, tylko Robowi nie chciało się wyrzucić go na złom.
Podeszła bliżej półki, na której stał telewizor. Zauważyła, że spod urządzenia wystaje biały róg kartki. Wyciągnęła kartkę i potrząsnęła nią kilka razy, żeby pozbyć się kurzu.
- Co tam masz? - zainteresowała się Janor.
- Kartkę z kalendarza sprzed trzech lat. Z maja. Kilka dni jest na niej zaznaczonych.
Janor podeszła bliżej. Mimo wszystko poczuła ciekawość. Poprosiła przyjaciółkę, żeby pokazała jej kartkę i przyjrzała się narysowanym długopisem kółkom.
- Czwarty i szesnasty – mruknęła – To już nie było po tym, jak zaczął mówić, że zabił wszystkich oprócz swojej matki?
- Zaczął mówić w połowie kwietnia – potwierdziła Mila, ruszając dalej w głąb pokoju. Janor machinalnie wcisnęła kartkę do kieszeni spodenek.
W rogu pokoju dziewczyny znalazły małe biurko z licznymi szufladami, nasuwające skojarzenia z warsztatem. Na blacie i w kilku otwartych szufladach nadal leżały narzędzia. Janor zwróciła uwagę na noże, bardziej przypominające nożyki do papieru. Nie miały one nic wspólnego z narzędziami zbrodni, ale dziewczyna i tak poczuła zimny dreszcz spływający wzdłuż kręgosłupa. Zmusiła się, żeby zamiast tego spojrzeć na dłuto leżące bliżej ściany. W tym momencie Mila z triumfalnym okrzykiem wydobyła jakiś mały przedmiot z jednej z szuflad.
- Patrz! - zawołała z satysfakcją, podsuwając przyjaciółce przed twarz otwartą dłoń.
Janor cofnęła się i mimowolnie skrzywiła na widok małej drewnianej figurki. Statuetka miała formę słupa rzeźbionego w wykrzywione twarze, jak miniaturowy totem. Twarze nie były całkiem ludzkie, przypominały trochę żaby i trochę małpy, a Janor kojarzyły się z diabłami.
- To jest ta nietypowa rzecz, której szukałaś? - spytała dziewczyna niechętnie. Nie musiała czekać na odpowiedź, nawet w panującym w pomieszczeniu półmroku widziała błysk w zielonych oczach Mili.
- Możliwe. Może to dowód, że faktycznie biedny Rob bawił się w czarną magię? Pamiętasz, co wtedy mówili w wiadomościach, kiedy on jeszcze żył? Że podobno poprosił coś o pomoc.
Janor przeciągle jęknęła.
- Chcesz mi powiedzieć, że on przyzywał demony? Serio w to wierzysz?
Cofnęła się jeszcze kilka kroków, patrząc z niechęcią jak tamta gorączkowo przeszukuje kolejne szuflady. Czy właśnie o to od początku chodziło w całej tej wyprawie?
- Chcesz znaleźć ich więcej? - spytała – Zamierzasz wywołać demony, czy po prostu chcesz się chwalić łupami z nawiedzonego domu?
Mila nie odpowiadała. Zdołała znaleźć dwie podobne figurki, ze staranniej wykonanymi detalami. Najprawdopodobniej ta z górnej szuflady nie była jeszcze skończona w momencie, kiedy Rob Fenling na zawsze opuścił dom. Dziewczyna w końcu odwróciła się do drzwi na przeciwległej ścianie i dała krok w ich stronę, przy okazji rzucając przyjaciółce urażone spojrzenie. Janor pomyślała z ulgą, że to musi być ostatnie pomieszczenie na parterze.
Pokój okazał się niewielką sypialnią z szerokim łóżkiem, pustą otwartą szafą i małą szafką nocną. To ostatnie od razu zwróciło uwagę Mili, która szybko otworzyła szufladę. Dziewczyna z zadowoleniem stwierdziła, że oprócz zwiniętej starej gazety w środku znajdowała się jeszcze jedna figurka.
Janor tym razem powstrzymała się od komentarza i powoli zaczęła się wycofywać. Przeszła przez tonący w półmroku pokój i wróciła do sieni. Spojrzała na schody, które kończyły się białymi drzwiami. Trochę wbrew sobie weszła na górę i pociągnęła za klamkę, chcąc mieć to już za sobą.
Drzwi okazały się zamknięte. Czując opór zamka, Janor w duchu odetchnęła z ulgą. Przynajmniej nie będą musiały zwiedzać zakurzonego strychu.
Zeszła na dół i ruszyła do wyjścia. Na zewnątrz powitał ją żar letniego dnia. Dziewczyna oddaliła się od domu i spróbowała po jego kształcie wywnioskować, jak duży jest strych. Piętro zdawało się zajmować raczej niewielką część domu.
Janor błądziła wzrokiem wśród koron drzew nad dachem, stopniowo odwracając się w stronę dawnej drogi dojazdowej. Patrzyła na suche wykrzywione drzewo tuż za resztkami ogrodzenia, kiedy Mila w końcu wyszła z budynku.
- Na co tak patrzysz? - spytała Mila.
- Na drzewa – mruknęła Janor, nie odwracając się – To jedno jest nieźle zdeformowane.
Drzewo znajdowało się blisko drogi, którą zamierzały iść, dlatego obie powoli ruszyły w jego kierunku. Kilkanaście metrów dalej zauważyły kolejne. Tamto też było martwe, z powykręcanymi gałęziami, niektórymi połamanymi a kilkoma wyglądającymi tak, jakby w pewnym momencie stopiły się i znowu skrzepły.
- Co się z nimi stało? - zdziwiła się Mila. Żeby podejść do drugiego drzewa, musiała zboczyć z drogi na prawo i kiedy znalazła się jeszcze bliżej, zauważyła następne dwa na skraju rozległego zagłębienia w ziemi.
- To raczej nie od wiatru – odpowiedziała Janor – One musiały rosnąć w ten sposób.
- Myślisz, że Fenling wylewał tu jakieś toksyczne chemikalia?
Janor wzruszyła ramionami. W tym momencie myślała tylko o tym, żeby w końcu wrócić do domu. Nie podobało jej się to miejsce, chociaż wciąż nie była pewna, czy to z powodu jego odosobnienia, czy wiążącej się z nim ponurej historii. Czy gdyby to nie był dom Roba Fenlinga, dziewczyna czułaby się mniej zdenerwowana?
Czując, że chwilowo nie ma zbyt dużego wyboru, podeszła do Mili stojącej na skraju niskiego uskoku. Tutaj, w najniższym punkcie, różnica wysokości wynosiła prawie metr. Zagłębienie miało z grubszaowalny kształt, na tyle nieregularny, że mogło być zarówno efektem naturalnych zjawisk jak i działalności człowieka. W jego obrębie rosło kilkanaście drzew i prawie wszystkie miały niepokojąco poskręcane gałęzie. Jednak poza jednym, znajdującym się mniej więcej pośrodku, te przynajmniej nadal były żywe. Centralne drzewo było całkowicie wyschnięte, ciemne i składające się z wielu niezbyt grubych pni wyrastających z jednego punktu. Ziemia w promieniu półtora metra wokół niego także wydawała się martwa. Nie rosło na niej nic, glebę pokrywały jedynie naniesione przez wiatr suche liście.
- Chyba naprawdę coś je zatruło – myślała na głos Mila – Nie wiesz co to mogło być? W końcu to ty studiujesz biologię…
- Nie mam pojęcia – mruknęła Janor – Coś podobnego zachodzi chyba, kiedy samo drzewo zatruwa ziemię dla innych roślin. Ale to tutaj jest od dawna martwe.
Mila potrząsnęła głową i zeskoczyła na dół. Lądując, wyciągnęła ręce na boki gestem cyrkowej artystki kończącej występ. Szybkim krokiem ruszyła w stronę centralnego drzewa. Zaczęła je obchodzić, ale w połowie zatrzymała się z wyrazem zdumienia na twarzy.
- Co tam widzisz? - spytała Janor niecierpliwie – I czy możemy już iść?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, sama ruszyła w ślady przyjaciółki.
Kiedy zobaczyła drzewo z drugiej strony, w pierwszej chwili też zamarła, w drugiej cofnęła się o kilka kroków. Część pni w środku została ścięta a kikuty wyrzeźbiono podobnie jak drewniane figurki znalezione w domu. Jednak w tej skali twórca mógł przedstawić dużo więcej przyprawiających o dreszcze szczegółów. Wykrzywione twarze maszkar miały rogi i narośle w najdziwniejszych miejscach, z uszu wyrastały im skrzydła a z ust wypływały rozdwojone gadzie jęzory. Oprócz głów były tam też szponiaste ręce i zwinięte wężowe ogony.
- Co to jest? - wydusiła z trudem Janor, kiedy w końcu odzyskała głos.
- Orgia w piekle – rzuciła Mila, na co Janor przewróciła oczami.
- Myślisz, że to też zrobił Fenling?
Jeszcze zanim skończyła zadawać pytanie, zdała sobie sprawę, że te rzeźby wydawały się starsze. Mogło to wynikać z wystawienia na warunki atmosferyczne, ale dziewczyna miała wrażenie, że makabryczne dzieło sztuki istniało tu jeszcze zanim Rob Fenling się urodził. Walcząc ze sobą, Janor zmusiła się, żeby dotknąć najbliższej drewnianej twarzy diabła. Przesuwała czubkami palców po częściowo wygładzonej przez czas powierzchni, nierównomiernie pokrytej ciemniejszymi plamami. W którymś momencie natrafiła na coś ostrego. Sycząc z bólu, cofnęła rękę.
- Co się stało? - zaniepokoiła się Mila.
- Drzazgi – wyjaśniła Janor – Skaleczyłam się.
Gestem podbródka wskazała na prawy policzek rzeźbionej twarzy. W miejscu, gdzie powierzchnia była bardziej chropowata, krew pozostawiła małą ciemną kropkę.
Ssąc skaleczony palec, dziewczyna cofnęła się, próbując objąć wzrokiem całą rzeźbę. Nie umiała stwierdzić, czy twarze demonów wyrażały ból, wściekłość czy głód. Zdecydowanie nie były to pozytywne uczucia.
- Jeśli Fenling oglądał to regularnie, wcale się nie dziwię, że oszalał i zaczął twierdzić, że jest mordercą. Też bym zwariowała, gdybym musiała na to patrzeć. Wyprowadziłabym się stąd albo przynajmniej ścięła to drzewo.
- A może było dokładnie odwrotnie – odparła Mila z satysfakcją – Może właśnie z tego powodu Rob nie chciał opuścić tego miejsca? Chciał być blisko tego drzewa, bo potrzebował go do swoich rytuałów?
- Chyba nie wierzysz w takie rzeczy?
- Nie chodzi o to, w co ja wierzę, tylko w co wierzył Rob Fenling pod koniec życia. Może oddawał cześć tym rzeźbionym diabłom albo modlił się do nich o pomoc? Podobno zanim to się zaczęło, miał jakieś kłopoty w robocie.
- I modlił się o śmierć szefa, żeby te problemy rozwiązać? - spytała Janor znacznie bardziej zgryźliwie niż zamierzała.
- A żebyś wiedziała. Jak znaleźli Rottwalda to Fenling był pierwszym podejrzanym nie bez powodu. Miałby motyw. Drugą ofiarą też był ktoś od niego z pracy. A sam Fenling, jak już odsunięto od niego podejrzenia, ostatecznie nie wyleciał.
Janor głośno westchnęła, odchylając głowę w tył.
- Ty chyba nie zamierzasz robić podobnych rzeczy?
- Nawet jakby coś takiego faktycznie miało działać, nie wiedziałabym jakie rytuały Rob tutaj odprawiał. Zresztą co miałabym osiągnąć? Zabić kogoś? Niby jak miałoby to rozwiązać moje problemy? Co innego jakbym mogła prosić diabła o wyższą inteligencję… albo zdolność czytania w myślach.
Janor mimowolnie parsknęła krótkim śmiechem.
- Wszystko, byle tylko skutecznie oszukiwać na egzaminach, tak? Ale gdybyśmy uznały, że profesor Standler jest winny? W końcu nas oblał. I jeśli chciałybyśmy go zniszczyć, tak po prostu żeby się zemścić…
Mila ze śmiechem padła na kolana na martwą ziemię pod drzewem i udała, że oddaje mu pokłon.
- Wysłuchaj mnie proszę i zniszcz Jonaha Standlera! - zawołała z rozbawieniem. Janor skrzywiła się.
- Do diabła, Mila, przestań się wygłupiać! I chodźmy stąd wreszcie!
Niemal siłą musiała zmusić przyjaciółkę, żeby w końcu się podniosła. Wdrapały się na górę, walcząc z osypującą się ziemią. Kiedy były już na dawnej drodze do opuszczonego domu, Janor poczuła na karku chłodny powiew. Na chwilę zatrzymała się i spojrzała przez ramię.
- Coś nie tak? - spytała Mila. Janor potrząsnęła głową.
- Nie. To tylko wiatr.