- Idź do diabła, Standler! - warknęła Janor, gwałtownie zamykając podręcznik i uderzając nim o biurko. Ślęczała nad układami równań od ponad dwóch godzin i nie czuła, żeby cokolwiek lepiej rozumiała. Pocierając palcami czoło, złorzeczyła cicho wykładowcy, używając słów, o których znajomość jej konserwatywna matka nawet by jej nie podejrzewała. W innej sytuacji ta myśl wydałaby jej się zabawna, teraz Janor była po prostu sfrustrowana.
Miała świadomość, że wina leżała po jej stronie, nie prowadzącego, ale to złościło ją jeszcze bardziej. To prawie tak, jakby przyznawała matce rację. Mogła wyobrazić sobie, jak tamta patrzy na nią z dezaprobatą, ściągając brwi.
Trzeba było skupić się na nauce, zamiast imprezować z Milą.
Janor spojrzała na prawo, gdzie na ekranie laptopa wyświetlona była strona jednego z lokalnych portali informacyjnych. Zanim dziewczyna wzięła się do nauki, musiała poczytać o sprawie Fenlinga, żeby sprawdzić, czy zaznaczone w kalendarzu daty miały coś wspólnego z niewyjaśnionymi zabójstwami. Czwartego i szesnastego maja zginęły dwie ostatnie ofiary w tej dziwnej serii. Prawnicy zajmujący się sprawą spadku po zmarłej ciotce Fenlinga, działający w zupełnie innym mieście.
Janor z ponurą miną patrzyła na fotografie mężczyzny i kobiety umieszczone w artykule. Przed sądową walką o spadek Rob Fenling prawdopodobnie nigdy nie spotkał tych ludzi. Jeśli czymś mu zawinili, to tylko tym, że publicznie wspomnieli, iż mężczyzna byłby pierwszym podejrzanym o zabójstwo głównej spadkobierczyni, gdyby nie było to technicznie niemożliwe. Owa spadkobierczyni, daleka kuzynka Fenlinga, która od lat nie miała z nim kontaktu, mieszkała w jeszcze innym mieście i tak jak pozostałe ofiary została rozszarpana. W artykule wspomniano, że jej szczątki zostały znalezione w jej własnym zamkniętym od środka mieszkaniu. Kobieta zginęła w połowie marca trzy lata temu, niecałe dwa tygodnie przed śmiercią matki Fenlinga z przyczyn naturalnych.
Kilka tygodni później Fenling miał wielokrotnie podkreślać, że nie zabił swojej matki.
Janor jęknęła i przeniosła wzrok dalej, do krawędzi biurka. Na kartce z kalendarza spoczywał tam zabrany z opuszczonego domu widelec, z rączką ozdobioną miniaturowymi liśćmi winorośli, dobrze oddanymi w tak małej skali.
Dlaczego w ogóle zajmowała się tą sprawą? Kiedy to się wydarzyło, miała niecałe siedemnaście lat i rzadko oglądała wiadomości. Oczywiście, słyszała o tym, po śmierci Fenlinga w mediach było dość głośno, ale Janor nie była szczególnie zainteresowana. Chyba nawet Mila tylko krótko o tym wspomniała i nie angażowała się tak jak teraz.
Janor przewinęła stronę do początku artykułu, gdzie znajdowało się zdjęcie Roba Fenlinga. Ten człowiek nie wyglądał na mordercę ani szaleńca. Nie przypominał też stereotypowego życiowego nieudacznika z małego miasteczka, który ku zaskoczeniu sąsiadów okazuje się winny potwornych zbrodni. Wyglądał na zwyczajnego, do bólu nudnego urzędnika, zwłaszcza na opublikowanej fotografii, gdzie nosił niebieską koszulę a ciemne włosy miał gładko zaczesane.
Dziewczyna wycofała się do wyników wyszukiwania. Na głównej stronie świeże artykuły mieszały się z tymi sprzed trzech lat.
Zagadkowa seria zabójstw wciąż niewyjaśniona. Trzy lata od tragedii – co nowego w sprawie Roba Fenlinga? Rob Fenling – morderca czy ofiara? Co matka Roba Fenlinga miała wspólnego z serią zabójstw?
Im dalej Janor przewijała, tym bardziej sensacyjne stawały się nagłówki.
Jeszcze powinni dać zdjęcia z miejsc zbrodni, pomyślała z goryczą. Nie zdziwiłaby się, gdyby redakcja jakiegoś podłego brukowca rzeczywiście opublikowała drastyczne fotografie. W końcu chodziło głównie o kliknięcia.
Potem myśli dziewczyny zwróciły się ku Mili. Wyobraziła sobie przyjaciółkę, ze śmiechem kłaniającą się wyrzeźbionym w drzewie demonom. To zirytowało ją jeszcze bardziej. Jeśli Milę to bawiło, mogła sama szukać powiązań Fenlinga z czarną magią. Nie musiała jej w to wciągać.
Janor zamknęła klapę laptopa i odsunęła go bliżej ściany. Na środku biurka znowu położyła podręcznik do algebry i zaczęła szukać strony, na której wcześniej skończyła.
Spróbowała wyrzucić z myśli Fenlinga, jego dom i upiorną rzeźbę. Musiała skupić się na zaliczeniu tego egzaminu. Już raz popełniła błąd, nie traktując pierwszego roku studiów wystarczająco poważnie.Nie zamierzała teraz popełniać kolejnego.
Janor stanęła przed ciemnymi, połyskującymi drzwiami „Pryzmatu”. Nerwowo poprawiła spódniczkę, która odsłaniała jej uda chyba za bardzo. Dziewczyna czuła się nieswojo w tym stroju w świetle dnia w środku miasta.
Złapała metalowy uchwyt i pociągnęła drzwi do siebie. Niemal zderzyła się przy tym z człowiekiem, który w tej samej chwili postanowił wyjść na zewnątrz.
- O, Janor, jednak wpadłaś!
- Tak – odparła Janor cierpko – Cześć, Zack.
Zack wycofał się w głąb pomieszczenia, pozwalając Janor wejść. Był to jeden z kolegów Mili, studiujący coś związanego ze sztuką w akademii plastycznej. Miał krótko ostrzyżone włosy, prawdopodobnie farbowane, nosił glany, luźne czarne spodnie i mnóstwo taniej biżuterii imitującej srebro.
- Dziwnie zaczynać imprezę o tej porze – stwierdziła Janor – Praktycznie jest jeszcze dzień.
- Mamy teraz najdłuższe dni w roku, nic na to nie poradzisz.
We wnętrzu i tak panował półmrok. Światło nie przechodziło swobodnie przez przyciemnione szyby. W dodatku stoliki zarezerwowane przez przyjaciół Mili znajdowały się najdalej od wyjścia jak było to możliwe.
Kiedy Janor i Zack podeszli bliżej, kilka osób wstało, żeby pozwolić im przejść do wolnych krzeseł. Mila rzuciła się Janor na szyję.
- Już myślałam, że będziemy zaczynać bez ciebie – zawołała radośnie. Janor spróbowała uwolnić się z uścisku przyjaciółki i ponad jej ramieniem spojrzała na stoliki. Widziała kilka pustych butelek po piwie i częściowo opróżnione kufle.
- Chyba już zaczęliście beze mnie – zauważyła. Mila, nie przestając się uśmiechać, pociągnęła ją do swojego stolika.
- Jak tam algebra? - spytała. Janor teatralnie głośno jęknęła i przewróciła oczami.
- Zakuwałam ostatnie trzy dni i jeszcze dzisiaj rano. Błagam, nie udawaj mojej matki.
Zajmując miejsce obok Mili, dziewczyna przelotnie pomyślała o tym, że do tej pory nie przyznała się matce, że jednego przedmiotu nie zaliczyła w pierwszym terminie. Nie czuła się na siłach, żeby znosić telefoniczną połajankę zakończoną cierpkim „a nie mówiłam”.
W oczach matki wszystkiemu winni byliby ci ludzie siedzący przy stolikach, ubrani na czarno, z farbowanymi włosami i kolczykami w najdziwniejszych miejscach. Nawet jeśli niektórzy z nich faktycznie uczynili z wiecznego studiowania sposób na życie, Janor nie obwiniała ich o swój oblany egzamin. To była wyłącznie jej odpowiedzialność i efekt jej własnych nie najlepszych decyzji.
Machinalnie sięgnęła do najbliższego talerzyka z frytkami. Słyszała, jak siedząca po jej prawej stronie Mila coś mówi, ale miała wrażenie, że to nie było skierowane do niej. Janor przemknęło przez głowę, że tamta też musiała przygotowywać się do poprawki. Zaskoczona tą myślą, pokręciła głową i westchnęła. Dlaczego nie mogła chociaż przez chwilę się zrelaksować? Przecież zasłużyła na trochę odpoczynku.
Pośród studentów własnego uniwersytetu, akademii plastycznej i szkoły aktorskiej spróbowała znaleźć dwie osoby, które znała jeszcze ze szkoły. Maxima, wysokiego chłopaka o pająkowatych kończynach i pulchną Fanny, zwykle noszącą swoje farbowane rude włosy splecione w dwa grube warkocze. Janor udało się dostrzec Fanny wciśniętą w kąt między stolikiem a ścianą, ale Maxima nigdzie nie było widać. Kiedy zapytała o to, dowiedziała się, że dawny kolega z liceum też tu był, ale wyszedł na papierosa.
- Co masz taką minę? - zagadnęła ją Mila – Spodziewałam się, że dobrze ci zrobi oderwanie się na chwilę od książek.
- Mam wrażenie, że przez cały rok za bardzo odrywałaś mnie od książek – mruknęła Janor. Pochylając się nad blatem i sięgając po kolejną porcję frytek, zdała sobie sprawę, że problemem nie była tylko algebra. Prawie przez cały czas gdzieś z tyłu głowy miała historię Roba Fenlinga i niewyjaśnionych brutalnych morderstw.
Wyprostowała się i odwróciła w stronę przyjaciółki.
- Jedna rzecz mnie zastanawia. Dlaczego tak nagle zainteresowałaś się Fenlingiem?
Mila otworzyła usta, ale nie zdążyła odpowiedzieć. Tylne drzwi klubu otworzyły się gwałtownie i do środka wparował Maxim. Wydawał się bardzo wzburzony. W prawej ręce trzymał przed sobą telefon, lewą niecierpliwie odgarniał długie włosy spadające mu na twarz.
- Słuchajcie, nie uwierzycie, co się stało! - zawołał, dysząc jak po długim biegu – Standler nie żyje!
Maxim mógłby równie dobrze spuścić bombę. Wokół stolików zapanowała gorączkowa wrzawa, prawie każdy chciał natychmiast poznać dokładne okoliczności śmierci profesora. Najbliżej siedzące osoby wstały i przekrzywiając głowy, próbowały zobaczyć coś na ekranie jego telefonu.
Janor siedziała na swoim miejscu oszołomiona, jakby właśnie dostała w twarz. Głosy przyjaciół dochodziły do niej jak przez wodę. Dziewczyna kilka razy głęboko odetchnęła i lekko klepnęła się w policzek, żeby upewnić się, że nie zemdleje. Potem oparła głowę na rękach, zasłaniając dłońmi twarz.
- W porządku? - zatroskała się Mila, kładąc jej dłoń na ramieniu – Nie zamierzasz chyba odpłynąć?
- Nie – wymamrotała Janor – Ale chyba muszę iść… do łazienki.
Wstała, praktycznie niezauważona przez nikogo poza Milą. Wszyscy tłoczyli się wokół Maxima, zasypując go pytaniami. Janor nawet nie starała się tego słuchać, ale trochę do niej dotarło.
Profesor Standler z niewyjaśnionych przyczyn miał wypadek na praktycznie prostej drodze dochodzącej do miasta i rozbił samochód o drzewo. Nie zginął od razu, ale zanim zdążył do końca wyjść z samochodu i wezwać pomoc, został zaatakowany i rozszarpany przez dzikie zwierzęta.
Janor zatrzasnęła drzwi łazienki zanim usłyszała dalsze krwawe szczegóły. To w zupełności wystarczało. Dziewczyna podeszła do najbliższej umywalki, odkręciła zimną wodę i nabierając jej w dłonie, kilka razy przemyła twarz. W którymś momencie miała wrażenie, że dostrzega w ciągnącym się przez całą ścianę lustrze jakiś ruch. Wyprostowała się i omal nie krzyknęła, kiedy oprócz własnej twarzy zobaczyła odbicie Mili.
- Przyszłam tylko ci powiedzieć, że… - zaczęła tamta.
- Że to przez ten cholerny dom?! - przerwała Janor gwałtownie – To dlatego, że tam poszłyśmy, chociaż mówiłam ci, że to zły pomysł?!
- Że to zwykły przypadek – westchnęła Mila – Po prostu stary Standler nie uważał, może prowadził po kilku piwach czy coś.
- Mówią, że on został rozszarpany!
Mila położyła ręce na ramionach Janor, zmuszając tamtą, żeby odwróciła się do niej.
- Miał pecha i został zaatakowany przez dzikie zwierzęta – powiedziała spokojnie.
- Zwierzęta?! - zdziwiła się Janor – Kiedy ostatnio jakiś drapieżnik żył w tym przerzedzonym lesie tak blisko miasta? Nie widzisz, że to jest dalszy ciąg? Przychodząc tam, musiałyśmy coś obudzić. To, co trzy lata temu zabiło tych wszystkich ludzi!
- Nawet jeśli założymy, że faktycznie coś tam było, to samo nasze pojawienie się w tym domu nie powinno niczego wywołać. Fenling i jego matka mieszkali tam latami, zanim cokolwiek się zaczęło.
- Ty klęczałaś przed tymi rzeźbionymi maszkarami na drzewie – powiedziała Janor z wyrzutem – Udawałaś, że oddajesz im cześć.
- O rany… naprawdę myślisz, że w ten sposób obudziłam jakiegoś demona? Gdyby to tak działało, to ja byłabym pierwszą ofiarą. Za to, że ośmieliłam się z niego żartować.
Janor spojrzała w stronę umywalki, potem na swoje odbicie. Była czerwona na twarzy, jakby miała gorączkę, a w porównaniu z bladą cerą i makijażem Mili było to jeszcze bardziej widoczne.
- Wracamy? - spytała Mila niecierpliwie – Nie wkręcaj sobie, że zaczęła działać jakaś klątwa. To nie jest film przygodowy.
Janor ponuro patrzyła na plecy przyjaciółki, kiedy tamta szła do drzwi. Dlaczego Mila była nagle taka racjonalna? Fascynacja czarną magią i tajemnicami gdzieś zniknęła i teraz to obawy Janor brzmiały niepoważnie.
Dziewczyna poprawiła włosy i sama też powoli ruszyła do wyjścia. Bardzo chciała wierzyć, że wszystko było tylko wyjątkowo niefortunnym zbiegiem okoliczności. Klątwy nie istniały. Jeszcze kilka godzin wcześniej była tego absolutnie pewna.
Mimo później pory nadal było ciepło. Janor nosiła rozpiętą bluzę i równie dobrze mogłaby w ogóle jej na sobie nie mieć. Ścieżki między blokami w większości nie były oświetlone i dziewczyna kierowała się bardziej pamięcią, żeby nie zejść z zaniedbanego chodnika na trawnik.
W żywopłocie po prawej stronie chodnika coś zaszeleściło. Janor odruchowo przyspieszyła, chcąc jak najszybciej znaleźć się w zasięgu słabego światła najbliższej latarni. Szelest rozległ się bliżej i dziewczyna mimowolnie spojrzała przez ramię. Drobne listki w miejscu, gdzie żywopłot stykał się z trawnikiem, poruszyły się. Po chwili wysunął się spomiędzy nich ryjek jeża. Janor, stojąca już pod latarnią, głęboko odetchnęła. Czuła, że jej tętno i tak zdążyło mocno przyspieszyć.
W ciągu czterech dni, jakie upłynęły od śmierci profesora Standlera, dziewczyna stała się kłębkiem nerwów. Na każdy niespodziewany dźwięk prawie podskakiwała i gorączkowo rozglądała się dookoła. Niemal spodziewała się, że zobaczy gdzieś upiorne twarze z rzeźby na drzewie. Mila kilka razy próbowała ją uspokoić, ale jej wysiłki przyniosły raczej odwrotny efekt. Janor nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że jest prawie cały czas obserwowana.
Wyciągnęła klucz z torebki i otworzyła drzwi na klatkę schodową. Sterowane fotokomórką światło w sieni jak zwykle zareagowało z opóźnieniem. Janor była do tego przyzwyczajona, ale tej nocy miała mniej cierpliwości niż zwykle. Zaklęła cicho pod nosem, wchodząc na schody. Ta część, która prowadziła na dół, do piwnic, w ogóle nie była oświetlana automatycznie. Widząc kątem oka ten nieprzenikniony mrok, Janor zaczęła prawie biec na górę.
Na drugim piętrze weszła w korytarz na lewo od schodów i skierowała się ku trzecim drzwiom. Spróbowała wcisnąć klucz w zamek tak szybko, że nie trafiła za pierwszym razem. W końcu weszła do sieni i z ulgą zatrzasnęła za sobą drzwi. Sięgnęła do włącznika światła, jednocześnie wieszając torbę na wieszaku na płaszcze. Dała kilka kroków w stronę łazienki i poszukała palcami na ścianie kolejnego włącznika, ukrytego za futryną.
Światło w łazience zamigotało. Żarówka z jakiegoś powodu nie była w stanie osiągnąć pełnej jasności i na przemian świeciła na bladożółto albo na niezdrowy, lekko fioletowy odcień. Towarzyszyły temu statyczne trzaski, które sprawiły, że Janor mimowolnie cofnęła się od drzwi. Na ścianach wokół szafek tańczyły niepokojące sine cienie. Z wanny, zakrytej przez zwieszającą się z sufitu półprzezroczystą foliową zasłonę, dobiegły dwa głośne uderzenia kropli. Kiedy Janor spojrzała w tamtą stronę, z kranu musiała opaść na dno kolejna. Zasłona lekko drżała, jakby od ruchu ciepłego powietrza. Janor z rosnącym przerażeniem zdała sobie sprawę, że za półprzezroczystą folią porusza się jakiś ciemny kształt.
Przez chwilę dziewczyna stała jak sparaliżowana, niepewna, czy powinna doskoczyć do wanny i gwałtownym ruchem odsunąć zasłonę, czy raczej wybiec z mieszkania i uciekać, głośno wołając o pomoc. O tej porze większość sąsiadów powinna być w domach.
W tym samym momencie z wiszącej za jej plecami torby rozległa się przytłumiona melodyjka. Janor drgnęła i naprawdę krzyknęła, chociaż od razu rozpoznała ten dźwięk. Starając się nie tracić z oczu otwartych drzwi łazienki, w której wciąż migotało światło, wycofała się jeszcze bardziej, tak, żeby móc sięgnąć do telefonu.
Widoczny na wyświetlaczu numer był nieznany. Damski głos, który po odebraniu rzucił niecierpliwe powitanie, wydawał się bardziej znajomy, ale Janor skojarzyła dopiero, kiedy tamta postanowiła się przedstawić.
- Mówi Cristeen.
Janor nie była pewna, jakim cudem zdołała uwolnić jedynie ciężkie westchnienie, a nie przekleństwa, które już miała na końcu języka. Cristeen, cholerna Cristeen. Ostatnia osoba, z którą Janor mogłaby chcieć kontaktu nawet w normalnych okolicznościach.
Odkąd Brynn, chłopak Janor, odszedł do Cristeen zaraz po feriach zimowych, po kilku tygodniach zdrad i kłamstw, Janor starała się udawać, że tamci dwoje nie istnieją. W złości usunęła z książki adresowej numer byłego partnera i od kilku miesięcy nie miała z nim kontaktu innego niż zdawkowe pozdrowienia, kiedy odwiedzała Milę w akademiku i przypadkiem mijała Brynna na korytarzu.
- Czego chcesz? - warknęła – Trochę jestem zajęta.
- Ale chyba nie musisz być taka zła? - zaświergotała Cristeen, w sposób, który wzbudził w Janor jeszcze większy gniew – Chciałam tylko spytać, czy ostatnio Brynn bywał u ciebie.
- Co?! - Janor nie była w stanie zareagować inaczej. Mimo zdenerwowania i złości miała ochotę się śmiać. Cały czas kątem oka widziała drzwi łazienki i niezdrowe migotanie światła.
- No, ostatnio ciągle gdzieś bywa wieczorami – mówiła Christeen - I nie odbiera telefonów. Potem mi mówi, że był na mieście z kumplami, albo że to sprawy rodzinne. Jestem pewna, że kłamie.
- I myślisz, że co? - Janor naprawdę się zaśmiała, nieprzyjemnym, niewesołym śmiechem – Że wraca sobie do byłej, powspominać stare dobre czasy? Albo że ja bym go wpuściła? Jakbym go tu zobaczyła, kazałabym mu spadać! On dla mnie nie istnieje! NIE. ISTNIEJE. Rozumiesz, czy mam to powtórzyć? Życzę sobie, żeby zniknął z mojego życia na zawsze. I nie obchodzi mnie, co on robi i z kim. To już twój problem. Widziały gały, co brały!
Odpowiedziała jej cisza. Przez chwilę Janor stała z telefonem przy uchu, ciężko dysząc, w końcu opuściła rękę i spojrzała na wyświetlacz. Nie potrafiła stwierdzić, czy to Cristeen zakończyła połączenie, czy ona sama przypadkiem dotknęła czegoś palcem albo policzkiem. Po chwili dotarło do niej, że nie widzi już na skraju pola widzenia migotania światła w łazience. Gwałtownym ruchem odwróciła się w tamtą stronę i przekonała się, że żarówka zaczęła normalnie świecić z pełną mocą. Powoli podeszła do otwartych drzwi, zdając sobie sprawę, jak bardzo drżą jej ręce i nogi.
W łazience wszystko wyglądało zwyczajnie. Padające na ściany i podłogę cienie były nieruchome. Janor podeszła do wanny i szybkim ruchem odsunęła białawą foliową zasłonę. Tam też nie zobaczyła nic niezwykłego, na brzegu wanny i w zamocowanym na ścianie metalowym koszyku znajdowały się jej kosmetyki, wszystkie na swoim miejscu. Dno wanny wokół odpływu połyskiwało od wilgoci a z kranu zwieszała się kropla.
Janor westchnęła i cofnęła się pod ścianę, opierając się biodrami o plastikowy kosz na brudne ubrania. Przetarła dłonią twarz, zauważając przy tym, że wciąż trzyma telefon. Odblokowała ekran i odszukała ikonkę komunikatora. Od razu otworzyła się historia czatu z Milą, ostatnią osobą, z którą tego dnia pisała.
Kiedy na dole ekranu pojawiła się klawiatura, Janor zaczęła pisać.
Mogę jutro przyjechać do ciebie? Znowu nie czuję się najlepiej.
Po wysłaniu wiadomości poczuła, że jest na siebie zła. Najchętniej skasowałaby te słowa, ale znacznik w rogu wskazywał, że wiadomość już dotarła, nawet jeśli Mila jeszcze jej nie otworzyła.
Janor opuściła ręce, jeszcze raz spojrzała na wannę, potem spróbowała zobaczyć cokolwiek w lustrze nad umywalką, co pod tym kątem okazało się niemożliwe.
Co się z nią działo? Zachowywała się jak przestraszone dziecko, które w tajemnicy przed rodzicami naoglądało się horrorów. Zwykła awaria elektryczności, nie pierwsza ani nie najpoważniejsza, odkąd dziewczyna wynajęła to mieszkanie, wystarczyła, żeby przyprawić ją o atak paniki.
Telefon w jej dłoni zawibrował i krótkim sygnałem oznajmił, że Mila odpowiedziała na wiadomość.
Jasne, wpadaj kiedy chcesz.
Cztery drewniane figurki stały na zamontowanej na ścianie półce, między fioletową plastikową piramidką a książką, zwróconą grzbietem do ściany tak, że tytuł był niewidoczny. Janor na chwilę zatrzymała na nich wzrok, po czym spuściła głowę, zniesmaczona.
- Naprawdę chodziło ci o trofea, tak? - mruknęła. Teraz widziała blat biurka zajmowanego przez Milę, gdzie obok zeszytów stały dwie butelki truskawkowego bezalkoholowego piwa.
- A jakiej odpowiedzi oczekujesz? - zdziwiła się Mila – Że zbuduję tu w pokoju ołtarzyk i będę odprawiać jakieś rytuały?
Janor odwróciła się od biurka i ponuro spojrzała na przyjaciółkę. Tamta siedziała na krześle odwrotnie, z nogami po obu stronach oparcia, przekrzywiając głowę.
- Ty nigdy nie wierzyłaś w czarną magię? - chciała się upewnić Janor. Mila roześmiała się.
- Dlaczego miałabym wierzyć? Od początku mówiłam, że chciałam poznać punkt widzenia Fenlinga. Nawet się spodziewałam, że znajdę trochę… intrygującego folkloru.
Janor westchnęła i ukryła twarz w dłoniach. Folklor. Więc tak Mila to nazywała.
- Co się dzieje? - zaniepokoiła się Mila – Wyglądasz, jakbyś w ogóle w nocy nie spała. Ciągle myślisz o Standlerze?
- Nawet nie o to chodzi. Nie tylko o to. Ty nic nie czujesz od tamtego dnia, kiedy byłyśmy w lesie?
Mila cofnęła się, szeroko otwierając oczy.
- Niby co miałabym czuć? Zapach siarki i oddech demona na karku?
Janor jęknęła i odchyliła głowę do tyłu.
- Mogłabyś przez chwilę zachować powagę? Chodzi mi o bardziej subtelne odczucia. Jakby ktoś przez większość czasu cię obserwował…
- Cóż, mieszkam w akademiku, więc…
- Mila, do diabła! Dobrze wiesz o co mi chodzi.
Mila spoważniała i skinęła głową. Potem, zdając sobie sprawę, jak mogło to zostać zinterpretowane, szybko zaprzeczyła. Nie, w ostatnich dniach nie doświadczyła żadnych niepokojących odczuć.
- A zaobserwowałaś ostatnio coś dziwnego? - pytała Janor.
- W jakim sensie dziwnego?
- No… takie losowe przypadki. Gdzieś zatrzasną się drzwi, albo światło nagle zgaśnie… albo szklanka bez powodu spadnie i się potłucze.
- Nie, nic takiego się nie działo – Mila rozłożyła ręce – A przynajmniej nie zauważyłam. Takie rzeczy dzieją się cały czas i normalnie nie zwraca się na nie uwagi. Dopóki sobie czegoś nie wkręcisz.
- Uważasz, że coś sobie wmawiam?
- Uważam, że przez zdenerwowanie po wypadku Standlera zaczęłaś bardziej przyglądać się zwykłym, przypadkowym zdarzeniom – westchnęła Mila – I przypisujesz im wyjątkowe znaczenie. Wcale nie mówię, że zwariowałaś. Nawet się zaczęłam zastanawiać, czy w przypadku Fenlinga nie było podobnie.
- Co masz na myśli? - zdziwiła się Janor.
- No, że te śmierci nie musiały być nawet ze sobą powiązane. Pierwsze dwa przypadki mogłyby wskazywać na Fenlinga. Miałby motyw, bo szef chciał go wylać, a ten drugi gość był potencjalnym konkurentem o miejsce, gdyby faktycznie redukowali etaty. Ale kolejne? Trzecia ofiara, którą przypisano do serii, pracowała w innej firmie.
- U konkurencji…
- Najprawdopodobniejoni nigdy w życiu się nie spotkali, nawet jeśli Fenling mógł o nim słyszeć albo przeczytać. A kolejną ofiarą był jakiś urzędnik ze skarbowego, którego też Fenling niekoniecznie musiał znać osobiście. Swoją drogą ten zginął w wypadku samochodowym, podobnie jak Standler, tylko tak, że spłonął razem z samochodem. Podobno zostały same kości.
- Przestań!
- Próbuję tylko powiedzieć, że on nie zostałby nawet włączony w tę rzekomą serię, gdyby Fenling pod koniec życia sam o nim nie wspomniał. A kolejną zmarłą osobą była daleka ciotka Fenlinga.
- Ona umarła ze starości – zauważyła Janor.
- No i sama widzisz. O niej jakoś się nie wspomina przy okazji tej sprawy, bo nie pasuje do wizji. Za to mówi się o tej kobiecie, która dziedziczyłaby po starej ciotce, gdyby sama nie zginęła wkrótce. A następna w kolejności była matka Fenlinga, też zmarła ze starości. I to był moment, kiedy biedny Rob zaczął panikować i twierdzić, że poza matką zabił wszystkich pozostałych. Z wyjątkiem ciotki, bo chyba jemu też nie pasowała do tezy. Tamta dwójka prawników od spadków zginęła później, w czasie, kiedy Fenling nie miał już z nimi żadnego kontaktu, ale wieść o ich śmierci sprawiła, że spanikował jeszcze bardziej i trzeba było go zamknąć. A teraz pomyśl ile w tym samym czasie nastąpiło innych śmierci, bardziej lub mniej gwałtownych. Mówimy o okresie od lutego do maja, sam Fenling zginął w czerwcu. W samym tym mieście musiało być więcej różnych wypadków, a niektóre ofiary przebywały w innych miejscach. Widzisz, do czego zmierzam?
Janor zagryzła wargę i niechętnie skinęła głową. Nie mogła powiedzieć, że poczuła się znacznie lepiej.
- A jak wytłumaczysz to, że wszystkie ofiary wspomniane przez Fenlinga zostały rozszarpane? Łącznie z nim samym, chociaż był już wtedy w zakładzie zamkniętym?
- Niekoniecznie wszystkie – Mila powoli pokręciła głową – W przypadku tego spalonego, niewiele dało się stwierdzić, ale dam głowę, że to był zwykły wypadek. A co do Fenlinga, to jakie mamy dowody na to, że też został rozszarpany? Nawet ostatnio to sprawdzałam. Oficjalne informacje o jego śmierci były bardzo ogólne. To o zmasakrowanych zwłokach wygląda na plotkę, która musiała się roznieść, bo pasowała do całej tej historii. Podobnie jak w przypadku tej kuzynki, spadkobierczyni. Mogła mieć po prostu jakiś paskudny wypadek w domu a media rozdmuchały sprawę, żeby zrobić większą sensację.
Janor przyglądała się przyjaciółce z niedowierzaniem.
- Tym się ostatnio zajmowałaś? - spytała – Wymyślałaś najbardziej wiarygodne wyjaśnienie tych wydarzeń?
Mila wstała i podeszła do biurka.
- Gdyby założyć, że nie było żadnego seryjnego mordercy, a nic nie wskazuje, że taki istniał, pozostały dwie możliwe wersje. Albo Rob Fenling rzeczywiście używał czarnej magii i stracił nad nią kontrolę, albo wszystko było paskudnym zbiegiem okoliczności. Jak myślisz, co jest bardziej prawdopodobne? I czy gdyby profesor Standler miał wypadek PRZED naszą wizytą w tamtym domu, też byś teraz tak panikowała?
- No… nie. Chyba nie.
Mila odwróciła się do przyjaciółki z dwiema otwartymi butelkami truskawkowego piwa i wyciągnęła jedną w jej stronę.
- No i sama widzisz – stwierdziła z zadowoleniem – Bierz. I może porozmawiajmy już o czymś przyjemniejszym.
Na zewnątrz wciąż padało, kiedy Janor powoli schodziła do piwnicy. Od rana z krótkimi przerwami trwała burza a widoczny z okien trawnik między blokami zaczął bardziej przypominać mokradło. Janor kilka razy sprawdziła prognozę pogody, która nie napawała optymizmem. Ulewny deszcz mógł potrwać jeszcze do następnego poranka. Przed wieczorem właścicielka mieszkania zadzwoniła z prośbą o sprawdzenie, czy piwnica nie została zalana.
Janor miała ochotę włączyć zabraną na wszelki wypadek latarkę już na wysokości parteru. Normalnie oświetlenie było wystarczające, żeby dotrzeć do podestu w połowie drogi do piwnicy i włączyć uruchamiane przyciskiem światło poniżej. Tym razem lampa najbliżej klatki schodowej świeciła ciemniej niż zazwyczaj i stopnie w dół były prawie niewidoczne.
To przypadek, powiedziała dziewczyna w myślach. Światło w tym budynku często się psuło.
W ciemności przed sobą zauważyła lekko pulsujące czerwone światełko. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to tylko jeden z liczników zużycia energii. Zdążyła już poczuć, że ze zdenerwowania zasycha jej w gardle.
Zacisnęła zęby i ruszyła na dół, wciskając przycisk na obudowie latarki.
Teraz czuła się jeszcze mniej pewnie niż dwa dni wcześniej, w czasie rozmowy z Milą. Nie wiedziała, co pomyślałaby, gdyby tragiczna śmierć wykładowcy nastąpiła przed wizytą w domu Fenlinga i czy w ogóle takie rozważania miały sens. Równie dobrze mogła zadać sobie pytanie, czy jeśli nie zdecydowałaby się na myszkowanie w dawnym domu obłąkanego nieszczęśnika, to wypadek w ogóle miałby miejsce.
Niecały metr od przełącznika zatrzymała się i rozejrzała. Latarka oświetlała ograniczony obszar. Janor nie podobało się, że miejsce, gdzie schody łączyły się z posadzką, było stąd niewidoczne. Ciemność z boku stopni przypominała kłęby gęstego czarnego dymu i zdawała się poruszać.
Janor włączyła w końcu światło i zbiegła na dół. Wyciągnęła z kieszeni klucze do piwnicy, ale zanim otworzyła drzwi, podeszła pod ścianę na lewo od nich i zajrzała pod schody. Przestrzeń pod nimi tonęła w cieniu, chociaż nie była to już absolutna czerń. Dla pewności dziewczyna skierowała w ten punkt światło latarki i z ulgą stwierdziła, że nic tam nie ma.
Otworzyła drzwi i przeszła do głównego piwnicznego korytarza. Po lewej stronie miała pojedynczy rząd piwnic, na prawo odchodziły krótkie korytarzyki, gdzie komórek było po kilka. Piwnica właścicielki miała znajdować się przy końcu trzeciego takiego odgałęzienia.
Janor dotarła do zewnętrznej ściany bloku i spojrzała przez szpary w drewnianych drzwiach do wnętrza zagraconego boksu. Z zadowoleniem stwierdziła, że nie widzi kałuż na posadzce ani plam wilgoci na ścianach. Cofnęła się od drzwi i w tym momencie telefon w jej kieszeni zadzwonił.
Zaskoczenie sprawiło, że gwałtownie drgnęła, a po spojrzeniu na wyświetlacz omal nie wypuściła urządzenia z ręki. Mogła usunąć numer z książki adresowej, ale nie oznaczało to, że od razu go zapomniała.
- Brynn? Czego ode mnie chcesz?
W pierwszej chwili odpowiedziała jej seria trzasków, potem w słuchawce zabrzmiał głos byłego chłopaka.
- Cześć, Janor. Właśnie jadę do domu. Jestem na peronie, pod ziemią i trochę słaby zasięg tu mam.
Dalszy ciąg utonął w kolejnych trzaskach, między którymi dało się słyszeć pojedyncze słowa.
- Faktycznie słabo cię słychać – westchnęła Janor.
- … nie jedziesz w najb… szym… ...e, tak? Jak spotkam two… …dziców, coś mam im przekazać?
Janor westchnęła. Mogła się domyślać, o co Brynn próbował ją spytać.
- Nie, nie musisz – zaczęła, ale zaraz zmieniła zdanie – Albo pozdrów ich ode mnie. I powiedz, że wszystko u mnie dobrze i raczej spędzę tu całe wakacje.
Pomiędzy kolejnymi trzaskami Brynn powiedział coś, co chyba miało być potwierdzeniem, potem całkowicie stracił zasięg. Janor przez chwilę stała z telefonem przy uchu, zanim otrząsnęła się i wróciła do głównego wejścia. Zamykając drzwi i gasząc światło, myślała o tym, że powinna zadzwonić do matki. Jeszcze nie było na to zbyt późno, mogła to zrobić zaraz po powrocie na górę. Domyślała się, że o śmierci jednego z wykładowców z uczelni córki rodzice mogli już usłyszeć z któregoś programu informacyjnego. Nawet zdziwiło ją, że do tej pory nie miała żadnego telefonu z domu.
Wchodziła na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Zależało jej na zapewnieniu matki, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, chociaż sama była tego z każdą chwilą coraz mniej pewna.
Brynn nie żył. To była pierwsza wiadomość, jaką z rana Janor dostała od Mili. Wszyscy, którzy zostali na wakacje w akademiku, już o tym wiedzieli.
Kompletnie oszołomiona, Janor wyszła z domu bez śniadania. Zachowała tylko tyle przytomności umysłu, żeby upewnić się, że nie będzie padać. Na przystanku autobusowym napisała do Mili, że jest w drodze i żeby tamta wstrzymała się z przekazywaniem jej szczegółów. Wolała dowiedzieć się wszystkiego w bezpośredniej rozmowie.
Nie była pewna, jak zdołała w tym stanie trafić do olbrzymiego gmachu domu studenckiego. Wszystko wokół wydawało się nierealne, jak we śnie albo gorączkowym majaku. Mila czekała na nią w głównym hallu i zaciągnęła ją do swojego pokoju prawie siłą.
- Dziewczyno, nie zemdlej mi tu! - zawołała – Jadłaś coś?
Janor pokręciła głową. W odpowiedzi przyjaciółka pociągnęła ją w stronę miniaturowej lodówki.
- Weź coś sobie.
- Skąd będę wiedzieć, co tam jest twoje?
Mila niedbale machnęła ręką.
- Teraz wszystko jest moje. Gemma pojechała na wakacje do domu.
Janor wyciągnęła z lodówki jogurt naturalny i powoli poczłapała do biurka Mili.
- Zanim coś powiesz, chcę żebyś wiedziała jedno – powiedziała Mila poważnie – To był wypadek. Rozumiesz? Zwyczajny wypadek, nie żadna klątwa ani zemsta demona.
Janor ciężko opadła na krzesło.
- Jak to się stało? - spytała głucho.
- Wyskoczył albo wypadł przez otwarte okno przedziału i wpadł pod pociąg. To się stało jeszcze przed wyjazdem z miasta, w tunelu. Najbardziej prawdopodobne jest to, że za bardzo się wychylił i zaczepił głową o jakiś słup. Z tego co się orientuję, Brynn był w przedziale sam i nie ma bezpośrednich świadków. Ale raczej musiał o coś uderzyć jeszcze stojąc w oknie, bo słyszałam, że w środku było sporo krwi.
Janor zamknęła oczy i potarła rękami twarz.
- A czy przypadkiem nikt nie mówił, że ciało było rozszarpane?
- Janor, on wpadł pod pociąg! Po czymś takim ofiara rzadko jest w jednym kawałku.
Widząc, że twarz przyjaciółki robi się jeszcze bardziej blada, Mila umilkła i cofnęła się od biurka. Z szafki stojącej bliżej drzwi wyciągnęła laptop i spróbowała zrobić na niego miejsce przy końcu blatu. Janor tymczasem spróbowała zmusić się do zjedzenia jogurtu. Mimo mdłości czuła się coraz bardziej głodna. Bezmyślnie błądziła wzrokiem po rozrzuconych na biurku zeszytach i luźnych kartkach, potem podniosła głowę i zatrzymała się na drewnianych figurkach z domu Fenlinga.
- To też coraz mniej mi się podoba – mruknęła. Zaskoczona Mila podniosła głowę znad komputera.
- Co masz na myśli? - spytała. Janor gestem podbródka wskazała na półkę nad biurkiem.
- To, że postanowiłaś je zatrzymać.
- Uważasz, że są przeklęte i coś nam…
Mila gwałtownie urwała i ze złością uderzyła otwartą dłonią w klawiaturę laptopa. Wycedziła przez zęby przekleństwo. Wstała i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju, złorzecząc całemu światu, a szczególnie swojemu byłemu chłopakowi, Mariusowi.
- Co się stało? - zdziwiła się Janor.
- Pamiętasz jak Marius jakiś czas temu, jak jeszcze byliśmy razem, zainstalował mi jakiś eksperymentalny system? - głos Mili ociekał jadowitą słodyczą – No to zanim rozstaliśmy się z hukiem, nie zdążył przywrócić komputera do pierwotnego stanu. I chyba teraz te jego cudowne wynalazki zaczęły się sypać.
Janor pokiwała tylko głową i przysunęła się do krawędzi biurka. Spojrzała na ekran laptopa przyjaciółki, teraz czarny, częściowo zapełniony losowymi ciągami znaków, z których większość nawet nie przypominała liter. Wśród tego chaosu były fragmenty słów, ale nie wydawały się tworzyć żadnej sensownej całości. Zrozumiała była jedynie ostatnia linijka, pojedyncze słowo „OCZEKIWANIE”, za którym na przemian pojawiały się i znikały trzy kropki. Z jakiegoś powodu Janor poczuła na ten widok nieokreślony niepokój.
Szybko odwróciła głowę od ekranu i spojrzała na przyjaciółkę.
- I co zamierzasz z tym zrobić? - spytała. Mila wzruszyła ramionami.
- Może jak przytrzymam przycisk odpowiednio długo, to się zrestartuje – mruknęła z rezygnacją – Cholerny Marius! Niech go szlag!
- Niech go szlag – zgodziła się Janor i odsunęła się od laptopa, żeby zrobić przyjaciółce miejsce. Tamta jednak wydawała się teraz bardziej zainteresowana pomstowaniem na byłego a wraz z nim na cały rodzaj męski.
- Możemy wrócić do tematu? - jęknęła Janor. Mila zatrzymała się w połowie kolejnego okrążenia wokół pokoju i zamrugała.
- A jaki był temat?
- Te przeklęte figurki Fenlinga. Uważam, że powinnaś się ich pozbyć. A najlepiej obie powinnyśmy odnieść na miejsce to, co zabrałyśmy z tego domu. Nie powinnyśmy nic tam ruszać.
Mila przewróciła oczami i wymownie spojrzała w górę.
- Chcesz mi powiedzieć, że zabierając parę drobiazgów, rozgniewałyśmy jakiegoś ducha czy coś? Janor, na Boga, to nie jest film. To tak nie działa.
- Tak? - Janor spojrzała na przyjaciółkę wyzywająco – Odkąd tam poszłyśmy, dwie osoby, które znałyśmy, nie żyją. A nam przydarzają się różne… przypadki.
- Jakie przypadki? - zdziwiła się Mila.
- No, taki losowy pech. Jak teraz z tym komputerem.
- O matko, to zwykły błąd. Nie pierwszy i nie ostatni zapewne. I nie z powodu jakiejś klątwy, tylko przez moją własną głupotę. Nie powinnam pozwalać Mariusowi grzebać w moim sprzęcie.
Podeszła do biurka, spojrzała na komputer, na chwilę na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie, w końcu spojrzała na Janor z triumfalnym uśmiechem.
- No i nawet samo się odblokowało. Mówiłam, że to zwykły błąd oprogramowania.
Janor postawiła na biurku pusty plastikowy kubek po jogurcie.
- Dobra, ty rób co chcesz, ale ja zamierzam odnieść do domu Fenlinga to, co zabrałam. Jeśli nie chcesz jechać tam ze mną, zrobię to sama. Tylko wyślij mi współrzędne. Bo ty je wtedy zapisałaś, prawda?
Mila z przeciągłym westchnieniem skinęła głową i sięgnęła po telefon.
- Proszę bardzo, wyślę ci. Ale naprawdę nie rozumiem, co się z tobą dzieje. Znam cię tyle lat i zawsze myślałaś racjonalnie. To zupełnie nie w twoim stylu.