Literatura

Koło (opowiadanie)

Bartosz Jeglejewski

Wszystko wygląda jak kiepsko nakręcony koszmar. Żadnych wybuchów, zwykła ciągłość monotonnego cierpienia. Zapewne roztrzaskałbym sobie głowę o kamienny mur, gdyby nie pewien dziwny człowieczek. Człowieczek to najlepsze określenie.
Nie chcę mówić dlaczego tu jestem. Po prostu znalazłem się w tej furgonetce zmierzającej w kierunku nowego życia. Nowego życia...Tak górnolotne w moim przypadku, że aż się rzygać chce. Siedzę ściśnięty twarzą w twarz z wyrzutkami społeczeństwa. Czuję ich chropowate ciała, pot i przedwczorajsze oddechy. Ale to nic...To przecież dopiero początek...nowego życia...

Ubrali nas w czarne stroje. Myślałem, że dostaniemy pasiaki, a tu niespodzianka. Chociaż może czarny bardziej pasuje. Jest w nas jakaś podświadoma żałoba. W nas.

Poznałem kilku chłopaków. Wyglądają dość normalnie. Tylko po tym mogłem ocenić. Krążymy koło siebie i chcąc, nie chcąc zawsze na siebie trafiamy. Nie jest nas dużo w grupie. Leszek, który ma twarz zwykłego pijaczyny, czyli niewyraźną, choć sympatyczną, podszedł do mnie pierwszy i tak jakoś zostało. Drugi był Andrzej, wysoki chłopak o twarzy dziecka. Razem z nim dołączył jeszcze jeden rudzielec, ale nawet się nie przedstawił. Zresztą, czy to ma jakieś znaczenie? Krząta się koło nas, nic nie mówi i chyba jest mu tak dobrze. Ostatnim był Profesorek. Ta go nazwałem. Trochę dziwne, bo sam jestem profesorem, ale jak widać człowiek jakoś asymiluje się z otoczeniem, chyba że ma siłę. Ja jej chyba nie mam. Wracając do Profesorka, to na początku udawał kogoś wyższego. Samotność i cioty szybko zrównały go z innymi

i przystąpił do nas. Cieszę się, że mamy go u siebie. Czasem można pogadać z człowiekiem.

Początkowo chciałem pisać dziennik, ale doszedłem do wniosku, że to bezsens. Dzień jak co dzień, nieludzki. Noc równa dniowi, wesz równa więźniowi, życie równe...gówno...zresztą...Wystarczy pamiętnik.

Gnijemy w celach. Nie ma co opisywać, cztery ściany, z których znam każdy kamień. Prycza przy ścianie, plakat roznegliżowanej panienki do samogwałtu i setka absurdalnych myśli, że nie ma już o czym myśleć. Tu nie może być mowy nawet o wegetacji. Tu nie dochodzi światło.

Większość naszego czasu spędzamy na tzw. wybiegu. Nic finezyjnego. Również cztery ściany, tylko wszystko większe i bez ograniczającego horyzontów sufitu. W śmierdzącym powietrzu jest coś pierwotnego i życiodajnego. Tu można wszystko, począwszy od sikania, przez handel ciałem i papierosami, aż do pospolitych bójek, ale to już rzadkość. Wszyscy spacerują, każdy w innym kierunku, to pragnąc ucieczki przed tymi samymi, zniewolonymi twarzami, to po chwili znowu szukając wzroku towarzyszy wspólnych myśli. Nad nami wszystkimi górują strażnicy, przyglądając się sennie naszemu wybiegowi. Kiedy jakieś zwierze się rozjuszy, lub po prostu nie spodoba, karcą strzałem w głowę. Zazwyczaj nie chybiają. Rzadko schodzą na dół. Tylko żeby nas wypuścić, albo znowu zamknąć.

Wszystko wygląda jak kiepsko nakręcony koszmar. Żadnych wybuchów, zwykła ciągłość monotonnego cierpienia. Zapewne roztrzaskałbym sobie głowę o kamienny mur, gdyby nie pewien dziwny człowieczek. Człowieczek to najlepsze określenie. Burakowata twarz, pokaźny brzuszek i odmrożone członki. Wszyscy go znali

i nazywali po prostu Tłuściochem. To był „ich tłuścioch”. Ale im się tylko wydawało, że go znają...

Zebrałem o nim trochę informacji. Kiedyś był czymś w rodzaju leśnika-ornitologa. Nie wiem za co tu siedział, ale tutaj to było najmniej ważne. Jest tu dopiero rok. Nikt z nim nie rozmawia, bo mówią, że jest trochę psychiczny. Za to wszyscy się z niego naigrywają. Z jego biegu. Z jego pasji.

To wygląda jak rytuał. Wypuszczają nas, wybiegamy z klatek jak zwierzęta i rozpoczynamy mrówcze spacery. Tylko Tłuścioch rozgrzewa się i zaczyna biec na około placu. Stara się utrzymywać równe tempo i nawet mu to wychodzi. Podczas biegu mruży bez przerwy oczy, choć wzrok ma spuszczony na wydeptaną przez siebie bieżnię. Czasem słychać ironiczne wykrzyknienia pod jego adresem. Tak było zwłaszcza na początku. Podobno od pierwszego biegu podkładano mu nogi, ale on nawet bez tego się przewracał. Zlany potem, podnosił się co chwila, wierzgając krótkimi nóżkami. Tak było przesz co najmniej miesiąc.

Trzeba powiedzieć, że Tłuścioch wcale się tym nie przejmował. Po prostu biegł. Z czasem wychodziło mu to coraz lepiej. Nawet trochę schudł. Znalazł też pierwszych kibiców towarzyszących mu w każdym codziennym biegu i zagrzewających do przyśpieszenia. Wyobrazić sobie nie mogę, czemu biega cały dzień i jak to znosi. Przecież to nie ludzkie.

Przyznam się, że i ja zacząłem mu kibicować. Ale pragnąłem czegoś więcej...Porozmawiać. Tak chyba porozmawiać. Pierwszej szczerej rozmowy z innym człowiekiem. Zdecydowałem się. Poczekałem do końca wybiegu. Nie chciałem zakłócić jego sakralnego nabożeństwa wdechów, wydechów i rytmu zmęczonych nóg.

Podszedłem do niego i po prostu zapytałem, najprościej jak umiałem: - „Czemu ciągle biegasz?” Popatrzył się na mnie ze zdziwieniem, tak mi się zresztą zdawało, i odpowiedział: - „Jestem ciągle w ruchu.” Odszedł. A ja zostałem ze szczerością, której dawno nie zaznałem i jakoś nie mogłem się z nią pogodzić. Może nie byłem już w stanie...

Nazajutrz chciałem spróbować jeszcze raz, ale bałem się... bałem się tej jego szczerości, zbyt dla mnie niezrozumiałej. Wciąż jednak kiełkowało we mnie uczucie, że coś musze jednak zrobić. Postanowiłem, że zapytam go o coś prozaicznego, jakąś błahostkę. Wymyślę coś w biegu.

Nie zdążyłem. Biegł tak szybko, że nie mogłem go dogonić. Odlatywał sprzed moich oczu! Wtedy ja zacząłem biec szybciej i szybciej. Wtedy poczułem, chyba to co on. Nie mogę mieć pewności, ale...to chyba była wolność. Przestałem myśleć. Wchłaniałem nozdrzami mroźne powietrze, otwierając co chwila usta. Nigdy nie łapałem powietrza tak łapczywie. Już myślałem, że pijany zaraz się nim zachłysnę, kiedy po prostu się przewróciłem. Poczułem się jak małe, raczkujące dziecko, które wybrało za wysokie progi. Chciało chodzić i upadło. Teraz powinna przyjść mama i...poczułem silne ramiona podnoszące mnie z ziemi. Wstałem, widziałem jak biegnie dalej, więc...pobiegłem za nim.

Biegałem z nim bez opamiętania. Nawet siedząc w celi, udawałem, że startuję i nic nie może mnie zatrzymać. Biegłem przez mury na wybieg, a potem jeszcze dalej, poza granice ograniczonej świadomości.

Niedługo było nas więcej. On nas prowadził, dumny niczym Orfeusz. O cholera! Dziwne. Co ja pieprzę?! Chyba trochę mnie poniosło. Nasz wspólny bieg był czymś do bólu prostym w skomplikowanym świecie zależności, fobii i nieświadomości. Dlatego to pokochałem.

To musiało się kiedyś skończyć. Tym z góry nasze biegi się nie spodobały. Zeszli do nas. Z początku śmiali się, ale widocznie byli zirytowani. Jeden chciał podejść do Tłuściocha, ale ten ciągle biegał. Wtedy strażnik wyjął strzelbę i po prostu strzelił mu w nogę. Tłuścioch upadł na ziemię. Wznosił oczy do góry, machał rękoma, jakby chciał się wznieść nad ziemię. Drugi strzał. Już nie widziałem jego twarzy. Cała była zalana krwią. Minął swoją linię mety.

Staliśmy skamieniali, cała grupa moich towarzyszy, ale tylko przez moment. Nikt nie mógł nas wyrwać z koła wspólnego lotu, więc lecieliśmy nadal, wraz ze świszczącymi naokoło kulami. Lecieliśmy do mety.

Dolecieliśmy z kulami w żebrach.


dobry 19 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Maciej Dydo Fidomax
Maciej Dydo Fidomax 2 maja 2002, 02:37
hmm ciekawe.. i mimo, że otarło się o banał to ciekawe, technicznie mogło być lepiej, ale o dziwo nawet rzeczy nie pasujące na pierwszy rzut oka, pasują w budowaniu klimatu, a przede wszystkim głównego bohatera i tego "dlaczego" biegł. Niby proste, zwierzęce.. a jednak ludzkie...
Nadija 3 maja 2002, 16:00
zaskakujące...ciekawe skad bierze się coś takiego, bardzo dobry tekst...
Ender 3 maja 2002, 17:08
Tekst jest w porządku, aczkolwiek nie uważam go bynajmniej za wyśmienity. Co dotyczy też większoścu tekstów tak ostatnio na Wywrocie ocenianych... Nie mam pojęcia dlaczego, ale nagle nastąpiła gwałtowna zwyżka ocen... Dziwne.
Natomiast w tym opowiadaniu wszystko jest ładne, w porządku, nawet ciekawe, tylko brakuje jakiegoś silniejszego przesycenia emocjami...

Łukasz
maryska 22 sierpnia 2002, 22:20
gdy to czytam najcześciej słucha wind of change scorpionsów, i nigdy nie wiem dlaczego chce mi się płakać....

bartek, ty i tak wiesz co ja o tym myśle - pozatym powinieneś pokazać innym pozostałe opowiadania
przysłano: 2 maja 2002

Inne teksty autora

Ballada o złodzieju snów
Bartosz Jeglejewski
Spadanie
Bartosz Jeglejewski
Więźniowie
Bartosz Jeglejewski
Fotografie
Bartosz Jeglejewski
Erotyk
Bartosz Jeglejewski
Wielokropki
Bartosz Jeglejewski
Człowiek z gazety
Bartosz Jeglejewski
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca