Literatura

Fotografie (opowiadanie)

Bartosz Jeglejewski

Wszedł do chłodnego domu. Po jego spoconym ciele przeszły przyjemne dreszcze. Przegryzał jeszcze pośpiesznie jabłko, które, gdy dotarł tylko do swojego mieszkania, rzucił niedbale na podłogę. Od razu udał się do obdrapanych drzwi koło łazienki. Z zawieszonego na ramieniu plecaka wyjął pęk kluczy i mozolnie otwierał każdy zamek, lubując się dźwiękiem przesuwających się z rdzawym piskiem zasuw.

W końcu drzwi zaskrzypiały i zaczęły powoli otwierać.

Wszedł do ciemnego pokoju. Zrobiło mu się dziwnie duszno. Dokładnie tak jak przed chwilą na ulicy, mijany przez dziesiątki zziajanych ludzi, biegnących pośpiesznie w przeróżnych kierunkach, zostawiających za sobą jedynie szybkie, urywane oddechy.

Szybko podbiegł do środka pokoju i pociągnął za mały sznurek wystający gdzieś z niewidocznego sufitu. Okrągła żarówka zażarzyła się, rzucając nikłe światło na ściany. W jasności wyrósł przed nim stolik i wiklinowe krzesło. Usiadł.

Światło padało wprost na jego twarz. Schylił głowę skarcony przez jasność mrugającej żarówki. W końcu jego oczy przyzwyczaiły się, obraz nabrał konturów

i ostrości.

Cała ściana była wytapetowana kolorowymi zdjęciami, na których widniały przeróżne twarze. Na środku tejże ściany powieszona była pusta rama, a w niej przyszpilone do płótna zdjęcia.

Prawy górny róg. Zdjęcie lekko przybrudzone „pasztetową”. Nieduży mężczyzna, z brzuszkiem, kręconą bródką i euforycznym uśmiechem. W ręku trzyma kupon. Nigdy nie widział Marka tak szczęśliwego...

***

Przyszedł do Marka wieczorem. Mieli oglądać film, jakąś zwykłą „polsatową” sensację i po drodze parędziesiąt reklam. Ot, dzień jak co dzień. Kupili losy do „totka” i czekali. Poszło parę „setek” z sokiem pomidorowym. Kiedy Marek na chwilę wyszedł, On wsypał mu do szklanki proszek na przeczyszczenie. Losowanie Marek spędził w toalecie, pojękując smutnie na klozecie. Tymczasem On zmienił wygrane numery na te na kuponie Marka. Po pół godzinie męczarni, Marek doczołgał się do pokoju.

- Marek, to wygrane numery.

- Sprawdziłeś?

- Tak, nic nie wygrałem.

- A ja?

- Twoich nie sprawdzałem. Jeszcze jakbyś wygrał to coś by mnie podkusiło z tymi kuponami...

- Gdzie mój los?

- Tutaj.

- Podaj mi go stary.

Podpity Marek błądził z kuponu na kartkę z numerami. Fizjonomia jego twarzy nabrała gorączkowego podniecenia.

- Boże... – wybełkotał – chyba się zesram ze szczęścia...

- Co się stało? Marek? Tu Ziemia. Odezwij się.

- Wygrałem.

- Co?

- Wygrałem!!! Ja!

- Wygrałeś?

- Ja, ja!!! Ja wygrałem!!!

Nic już nie mówił. Wpatrywał się przez krótką chwilę w twarz Marka, pragnąc zachować w pamięci jego promieniujący obraz. Wyjął z plecaka aparat, pstryknął zdjęcie i wyszedł z mieszkania.

Spotkał go niedawno. Marek podszedł tylko do Niego i uderzył pięścią w twarz.

- Jak mogłeś wpakować mnie w takie gówno?!

- Mogłem...

***

Lewy, dolny róg. Zdjęcie młodej dziewczyny ukrytej pod maską tanich kosmetyków. Utlenione włosy zastygły na sinym, nagim ciele. Wygląda ja tandetna śpiąca królewna naszych czasów.

***

- Ile?

- Zależy za co? – w jej głosie usłyszał wschodni akcent.

- Za noc.

- Noc. Jak dla Ciebie dwie stówy.

Podszedł do kiczowatej, różnokolorowej kanapy, oświetlonej nikłym, bladym światłem.

- Jak zaczniemy?

- Rozbieraj się.

Szybko zdjęła z siebie skórzaną bieliznę i podeszła do niego. Położyła mu rękę na ramieniu.

- Chcę cię przywiązać do łóżka.

- To będzie kosztować.

Wyjął z kieszeni kolejną stówę i rzucił na leżącą koło łóżka bieliznę.

- Nasz klient, nasz pan – powiedziała z uśmiechem na ustach, kładąc się na wznak na kanapie. Sięgnął do plecaka po wcześniej przygotowany sznur i aparat fotograficzny, który schował w tylniej kieszeni spodni. Przywiązał mocno jej nogi i ręce do barierki łóżka.

Nie rozbierał się zbytnio. Po prostu otworzył rozporek i zrobił to najszybciej jak mógł. Niemal bezpłciowo i prozaicznie.

Wstał, rozejrzał się po pokoju, przeciągnął.

- Już? – zapytała się z trudem powstrzymując śmiech.

Nie odpowiedział. Sięgnął po aparat.

- Odwiąż mnie. Zobaczysz, będzie lepiej.

- Lepiej nie.

- Czemu?

- Wiesz...Zrezygnuj z tej pracy.

- Co? Co ty...

- Ja mam AIDS.

- Co powiedziałeś?

- Masz AIDS.

- Co ty...? Co? Co? – szybkie, słabnące pytania urywały się w krótkich, spazmatycznych oddechach.

Po pierwszym wstrząsie znieruchomiała, posiniała i leżała niemal bez życia, z otwartymi ramionami zwisającymi z barierek łóżka. Tylko usta poruszały się jeszcze automatycznie powtarzając pytania, których wciąż nie chciała dosłyszeć.

Nie zareagowała na błysk aparatu. Światło z lampy zlało się z jej nagim ciałem. Leżała nieruchomo, w bezsensownym skupieniu wpatrując się w sufit. Podszedł do niej i położył na oczach dwa banknoty. Wyszedł szybko zapinając rozporek.

Bał się. Czasem wyglądał na ulicę zza grubych zasłon. Może nie będzie tak źle? Trzeba przecież wyjść. Chodzić po ulicach, tych strasznych ulicach... Może nie będą go prześladować kobiety o twarzy tamtej prostytutki. To trudne. Teraz wszystkie nią były. Może ona nie żyje i alfonsi wcale nie przyjdą?

***

Park cichł wraz ze ślamazarnym zachodem słońca. Szli razem, koło siebie, trzymając zziębnięte ręce w kieszeniach. Ona gwizdała niezdarnie, on szedł w milczeniu ze zwieszoną głową. Podskakiwała wokół niego prowokacyjnie, szturchając go co raz łokciem. Zwalniał kroku, krył się za jej plecami. Ona co jakiś czas odwracała się, patrząc mu przez krótką chwilę prosto w oczy.

Znudziły go te zabawy. Wyłapywanie jej spojrzeń. Codziennie to samo. Wmawiał to sobie, szeptał, powtarzał na okrągło. Nagle przestał całkowicie o tym myśleć i poczuł się w końcu wolny....

Mała istota tańczyła przed nim w tle ciemniejących drzew i czerwieniejącego nieba. Była zjawiskiem ulotnym, odchodzącym wraz ze swoją słoneczną aureolą. I nagle, kiedy się odwróciła, oślepiło ją światło lampy błyskowej. Straciła równowagę i z ledwością utrzymała na nogach. Nie spuszczała z niego oczu. Patrzyła ze zdziwieniem, trochę zakłopotana swoją nieporadnością i zaskoczona zakłóceniem ich wspólnej sakralnej ceremonii.

Patrzył na nią jak nigdy dotąd. Zawsze uważał ją za mglistą tancerkę, zarazem małą osóbkę, baletnicę, gwiazdkę Renoira. Nagle to małe ciałko rozpadło się w małym potknięciu i zdziwionym wyrazie malinowych ust.

Uśmiechnęła się. Podeszła do niego i pokazała nieśmiało palcem na aparat.

- Czemu zrobiłeś mi zdjęcie?

Podniósł powoli aparat. W obiektywie znów zobaczył jej portret. Zastygła w zdziwieniu główka, wpółotwarte usta. Kolejne pstryknięcie przerwało krępujące milczenie.

- Nie chowaj się tak za tym aparatem!

Starała się zasłonić ręką obiektyw, lecz on zaczął się cofać.

- Czemu ode mnie uciekasz?

- Uciekam? Jesteś mi bardzo potrzebna...

- Tak?

- Odsuń się. Chcę Cię całą objąć...

Kolejne flesze migały jej przed oczyma. Zasłoniła oczy niczym mała dziewczynka wyrwana nagle ze słodkiego snu, oślepiona ostrym światłem lampy.

- Daj już z tym spokój! Obejmij mnie wreszcie!

Nie przerywał. Wydawało jej się, że aparat ciągle się powiększał, coraz bardziej zasłaniając twarz ukochanego.

- Co się z tobą dzieje? Przestań i chodź tu. – powiedziała błagalnym głosem.

Odsuwał się coraz bardziej, nie przestając wcale jej fotografować.

- Chodź tu. Przestań, proszę. Dlaczego odchodzisz?

- Muszę odejść. Nie potrafię kłamać. Nie potrafię. Dlatego odejdę...Odejdę, a ty tu zostaniesz, a potem pójdziesz w drugą stronę....

Stała osłupiała. Jej cała twarz posiniała. Oczy, codziennie śmiejące się oczy, zaczęły szybko wilgotnieć i już po chwili dwie łzy spływały po jej zimnych policzkach.

Zrobił parę kroków naprzód, by zrobić lepsze ujęcie. Pstryk.

- Właśnie że kłamiesz. Prawda?

Na krótką chwilę oderwał aparat od twarzy by jeszcze raz spojrzeć prosto w jej zaszklone łzami oczy.

- Odpowiedź mi!

Zaczął się cofać. Podbiegła do niego i wyrwała mu aparat. Stał teraz bezbronny, ze zwieszoną głową wpatrywał się w czubki swoich ubłoconych butów. Pstryk.

Nie zdążył zasłonić twarzy. Wyrwał jej aparat i uciekł.

Stała sama w ciemnym parku wyłapując zarys jego znikającej, czarnej sylwetki. Skryła twarz w swoich dłoniach. Poczuła słony smak na ustach, które otworzyła łapczywie łapiąc powietrze i szepcząc: Obejmij mnie, obejmij mnie...

***

Z przewieszonego na ramieniu plecaka wyjął dużą, czarną kopertę. Rozdarł ją i szybko zaczął przerzucać zdjęcia. Cześć z nich nie wyszła; widocznie nie zadziałała lampa błyskowa. Niecierpliwie szukał udanego zdjęcia, rozrzucając nieudane po całym pokoju.

Zatrzymał wzrok na przyciemnionym zdjęciu. Wydawało się, że prawie całe jest ciemne, a jednak z brunatnego tła wyłaniała się niewyraźna postać o jasnych konturach. Przybliżył zdjęcie blisko nosa i zaczął się w nie intensywnie wpatrywać. Widział czerwone oczy, efekt zapewne wpatrywania się prosto w obiektyw, rozwianą, krótką blond grzywkę i szlachetnie wystające kości policzkowe. Poczuł, że ta niezwykłą fizjonomia utrwalająca zjawę nie jest prawdziwa. Zdawało mu się, że widzi kogoś nowego, nieznajomego, kogo nie miał okazji nigdy poznać. Po raz pierwszy od dłuższego czasu coś poczuł i coś mu się zdawało.

Wziął do ręki szpilkę i przykuł jej zdjęcie w samym środku ramki. Zrobił krok do tyłu, by uważniej przyjrzeć się wszystkim zdjęciom. Był tam Marek, prostytutka i ona. Wszyscy jakże różni od siebie, teraz wydawali się częściami jednej całości, puzzlami tworzącymi jedyną i niepowtarzalną mozaikę zapełniającą pustą powierzchnię wewnątrz ramki.

Cofając się potrącił stolik i nagle coś przeleciało pod jego nosem i zaczęło spokojnie spadać niesione ostatkiem powietrza pozostałym w zamkniętym, dusznym pomieszczeniu. Złapał zdjęcie w locie i przypatrzył się. Z początku, przez krótką chwile, zastanawiał się, kogo uwiecznił na zdjęciu. Po chwili złapał się za głowę

i nerwowo przypatrywał się swojej twarzy, karykaturalnie wykrzywionej w przybliżeniu. Oddalił zdjęcie od siebie na wyciągnięcie ręki, a następnie przybliżył do pustego miejsca w ramce. Przyglądał się, ustawiał zdjęcie pod różnym kątem, zbliżał do twarzy z innych zdjęć. Zdegustowany nowym, nieprzewidzianym elementem, który zupełnie nie pasował do układanki, zaczął drzeć swój obraz na małe kawałeczki, tak, by nie zostawić przypadkiem jakiegoś wstydliwego śladu.

Jeszcze raz spojrzał na ramkę i tym razem uśmiechnął się szeroko. Usiadł przy stole. Wyjął z plecaka duży zeszyt w twardej okładce i obgryziony z nerwów długopis. Poszukał czystej kartki i niemal mechanicznie zaczął pisać, zatrzymując się jedynie na krótkie chwile zadumy, w czasie których wpatrywał się uporczywie w twarze z powieszonych w ramce fotografii.

***

Czekał. Niecierpliwie podnosił co chwila głowę i zerkał w kierunku drzwi. Ani drgnęły. Opadał znów na krzesło zmęczony i zrezygnowany, by za chwilę ponownie

energicznie i impulsywnie prostować się na najcichszy dźwięk dochodzący z gabinetu.

W końcu drzwi otworzyły się i z pomieszczenia wyszedł ktoś, tak szybko i cicho, że nikt go prawie nie zauważył. Nadeszła jego kolej. Pewnym krokiem wszedł do środka, obgryzając w pośpiechu paznokcie.

Jasne prześwity z okiennych żaluzji padały na ciemnobrązowe umeblowanie gabinetu, na które składały się szafy z książkami, wielkie biurko, krzesła i mały barek ukryty skrzętnie między roślinkami doniczkowymi koło okna. W powietrzu unosiły się zmieszane kłęby kurzu i dymu z cygara. Zakrztusił się i zaczął kaszleć. Nagle czyjaś ręka uderzyła go mocno w plecy i od razu poczuł się lepiej.

- Witam i przepraszam za cygaro. Nie mogę sobie odmówić – powiedział mężczyzna, który pojawił się zaraz za nim.

Był to człowiek sędziwy, z gęstą, siwą brodą i cienkimi drucianymi oprawkami okularów osadzonych na długim nosie.

- Dzień dobry. Chyba jestem trochę uczulony.

- Proszę. Proszę siadać – odpowiedział wydawca uśmiechając się dobrotliwie i klepiąc go po plecach. Usiadł i milczał, szukając na biurku swojej pracy. Wydawca spokojnie wziął do ust cygaro, nie spuszczając z niego oczu.

- Więc... – zaczął nieśmiało.

- Tak, tak. Wiem. Przypominam sobie pana – przerwał mu wydawca grzebiąc w stertach papierów porozrzucanych bezładnie po całym swoim biurku.

Po krótkiej chwili wyciągnął spod spodu teczkę i zapytał:

- Pan od „Wielkiej wygranej, wielkiej przegranej”?

- Tak, to ja.

- Tak...- zaczął wydawca, bawiąc się końcówką swojej długiej, siwowłosej brody – wie Pan, ja tutaj mam Pana poprzednią twórczość i cóż...jak to Panu powiedzieć? Znowu nie chcę Pana uczyć, zawsze jestem od tego daleki. Wolę nawet artystów „nieokiełznanych”, dlatego wszystkim zostawiam swobodę działania(znaczy pisania), co jednak wcale nie znaczy, że ta swoboda wychodzi na dobre. Żeby dłużej nie owijać – popełnia Pan te same grzechy co przy poprzednich dziełach. Tak więc... – zamyślił się przez chwilę przeglądając spięte spinaczem kartki – Zacznijmy może od fabuły, dobrze? Krótki zarys. Prostak wygrywa w „totka”. Odbiera szmal i idzie się zabawić, na dziewczynki. W burdelu łapie HIV’a. Potem przyznaje się do błędu swojej dziewczynie. Ta jednak go odrzuca, a on zostaje sam ze swoją forsą. Całkiem zgrabnie. Nawet bardzo życiowe, tylko że nakreślone przez Pana osoby wydają się mało realne. Wie pan, są strasznie statyczne, takie, takie...nie „z krwi i kości”. Musze przyznać, że zmarnował Pan całkiem niezły potencjał, zresztą nie pierwszy raz – wydawca pokazał na inne teksty z czarnej teczki robiąc bardzo sugestywną minę.

- Rozumie Pan. Rolą pisarza jest ożywiać ludzi, a nie uśmiercać. Najwięcej brakowało mi w tej powieści Pana. Pan się musi wczuć w postać, przeżywać postać, śmiać się postacią i płakać postacią. Pan musi po prostu żyć pisaną przez siebie postacią – wydawca zakaszlał, starając się przerwać na chwilę swoje przemówienie, zaakcentować je wymowną ciszą.

- Czy Pan mnie rozumie?

- Tak – odpowiedział mechanicznie. Wpatrywał się w swoje dłonie, szukając w nich odpowiedzi, na pytania których nie rozumiał.

- Tłumaczę to Panu nie pierwszy raz.

- Wiem –zacisnął dłonie w pięści.

- ...i mam nadzieję – powiedział ojcowskim głosem, wpatrując się w swoje dziecko – mam nadzieję, że ostatni.

- Wiem, wiem, cholera, przecież wiem! Za kogo się Pan uważa? No za kogo? Ty Żydzie.

- Tylko za wydawcę i aż za wydawcę. Zależy od punktu siedzenia. Żyd? Tak byłem już Żydem...Ale nie tylko! Jeszcze Grekiem, Włochem, a nawet Brazylijczykiem. Czy to nie zabawne? Najczęściej jednak byłem Polakiem. Zresztą...Co to ma za znaczenie? Proszę mi wierzyć. Traktuję was wszystkich równo.

- Co Panu się nie podoba w tej książce?!

- Już mówiłem. Pan.

Oboje patrzyli na siebie wyczekując ruchu, słowa, czegokolwiek, co przerwałoby krępującą ciszę.

Wydawca skończył właśnie palić cygaro. Zgasił je i wyciągnął z szufladki biurka kolejne. Zapalił i włożył do ust.

- Wie Pan, ja zawsze daję ludziom kolejne szanse. Taki już jestem stary dziwak. Panu oczywiście również. Nie ma wyjątków. Niestety skończył się mój czas dla Pana. Za tymi drzwiami czekają kolejni. Mimo wszystko, będę Pana cały czas obserwował. No, powodzenia.

- Jeszcze Pana odwiedzę!

- A proszę bardzo – odpowiedział wydawca szeroko uśmiechnięty.

- Pan się śmieje?

- Na moją matkę! Skądże. Wie Pan, takiego Pana nie znałem. To dobrze. Lubię jak mnie ludzie odwiedzają. Nawet jeśli chodzi im tylko o prośbę.

Wyjął z plecaka aparat i zrobił staruszkowi zdjęcie. Milcząc, wyszedł z gabinetu wydawcy bez pożegnania.

***

Musiał poczekać krótką chwilę, zanim jego oczy przyzwyczają się do ostrego światła oświetlającego skrawek ciemnego pokoju. Wyjął z plecaka czarną kopertę,

a z niej zdjęcie wydawcy. Nie wyszło. Wydawało mu się, że zdołał uchwycić jedynie brunatny dym cygara, którego chaotyczne wstęgi rozpraszały się po całym zdjęciu. Zapełnił nim ostatnie puste miejsce w ramce.

Podszedł do żarówki zawieszonej w kącie pokoju. Złapał za kabel i oświetlał sobie z bliska ściany. Cały pokój był zapełniony ramkami przybitymi symetrycznie koło siebie. Całość tworzyła niezwykły krajobraz kwadratowych kompozycji wypełnionych wyblakłymi i zakurzonymi fotografiami. Pomiędzy ramami martwych obrazów pozostawała pustka uformowana w greckie krzyże.

Patrzył i sam nie mógł się nadziwić, że udało mu się zapełnić całe pomieszczenie. Pomyślał, że teraz musi wyjść poza ten pokój i znaleźć więcej miejsca dla siebie i innych, jeszcze nie poznanych, jeszcze nie przybitych do poplamionego płótna pośród drewnianych, chropowatych ram.


niczego sobie 12 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Bartek 26 listopada 2002, 22:46
szkoda, że przy selekcji tekstów "selekcjoner" nie pisze argumentacji. Nawet nie wiem, co jest złe, albo czy przemyślał tekst...
SKC - Arek Sokal
SKC - Arek Sokal 28 listopada 2002, 20:54
No tak, powinienem.
Otóż, po pierwszym przeczytaniu nie spodobały mi się sztuczne, jakby naciągane dialogi (pod koniec już lepsze). Bardziej natomiast raził jednakowy układ zdań- wszystkie tak samo suche, tak samo bezpośrednie. Chociaż wątek nienajgorszy, to narracja jest oziębła. Dlatego wcześniej byłem przeciwny. Pomyłka. (?)
Bartek 28 listopada 2002, 22:38
o to chodzi! Dziękuję skc za komentarz i opinię, bo teraz znam zarzuty i mankamenty, a to jest zawsze motywujące. Może niektóre dialogi są sztuczne, ale próbowałem "przemycić coś między słowami" ;-) Poprawię się. Narracja jest rzeczywiście oziębła i taka ma być! Przepraszam, taki mój styl.
Pozdrawiam - Bartek
:) 1 grudnia 2002, 01:53
ja dalem niczego sobie. nie podoba mi sie, ale jednak nie moge postawic mu niczego nizej, bo...
...bo nie wypada.

nie podoba mi sie uformowanie glownej mysli, to ze ona jest bardzo z boku, troche przypadkowo. troche nie swiadomie.
:) 1 grudnia 2002, 01:54
to nie mialo byc NIE, ale caps mi sie wylaczyl, a shifta nie trzymalem. [nie wiem czemu]
Bartek 1 grudnia 2002, 17:46
dziekuję sotes za komentarz. Powiem szczerze, że niecierpliwie czekałem na twój komentarz, gdyż moim zdaniem jesteś swego rodzaju autorytetem w dziale prozy, tak jak w poezji był kiedyś Aandt. Nie rozumiem jednak zbyt twojego komentarza, jest dość enigmatyczny. Oczywiście, opowiadanie nie musi Ci się podobać, ale nie rozumiem o co chodzi z tą "główna myślą". Zapewniam Cię, że przesłąnie nie wyszło ani przypadkowo, ani nieświadomie. Moim zdaniem kolejne sytuacje ujawniają brak oporów "artysty", aż do kulminajcyjnego punktu - spotkania z wydawcą, albo jeszcze z kimś innym...
Jeżeli fabuła jest źle zbudowana, lub winę ponosi warsztat to proszę o poradę.
Z szacunkiem - Bartek
:) 1 grudnia 2002, 22:24
dobrze, to tym razem konkretniej [wybacz, ze wczoraj wogole, ale...]

za glowna mysl oczywiscie mam ta, ktora mi sie nasunela, nie mam pojecia, czy to ta sama, ktora tobie chodzila po glowie, gdy piasales, czy nie.

po pierwsze, zaraz po skonczeniu opowiadania, skojarzylo mi sie ono dosc mocno z opowiastkami 'z archiwum iks' ten facet w pokoju obwieszonym zdjeciami, krzyze i podobne sprawy, ale pomijam to na razie.
zastanawiam sie nad nim samym. wspomniana przez wydawce wada jego powiesci, brak zaangazowania autora w postac, w zestawieniu z wczesniejszymi mini historyjkami wydaje sie byc smieszne i trzymamy strone bohatera. ale caly czas istnieje to 'archiwum' i zaraz bohater staje sie psychopatycznym [pisarzem] morderca, ktorego rola jest usmiercanie, nie ozywianie ludzi. jak dla mnie to wrazenie jest zbyt silne i wcale nie pozytywne [bo za serialami takimi nie przepadam]. i mamy bohatera, ktory popada w obsesyjna chec ozywienia samego siebie.

ale wracajac do glownej mysli. najbardziej mi sie podoba to, ze facet, mimo ze pisze o swoim swiecie, o tym co robi i co sie z nim dzieje, jest 'wysmiany'. i wlasnie takiego akcentu mi brakuje, bo dla mnie to jest istotne. piszesz, ze podstawa sa braki oporow artysty, a ja zupelnie ich nie widze. jest jaki jest i wiecej lamania swoic oporow nie szukam. jezeli teraz ten jego pokoj zawieszony fotografiami mial pokazac ile to on z tymi 'oporami' walczyl, to moze choc rozmowe z wydawca wczesniej umiescic, choc to zepsulo by kompozycje i z pewnego rodzaju zaskoczenia nic by nie wyszlo.
[nie wiem czy juz rozumiesz o co mi chodzi. zaczalem doszukiwac sie czegos i niestety tego nie znalazlem, stad niczego sobie, bo przeciez to nie twoja wina, ze mysle odrobine inaczej :)]

jeszcze cos o poszczegolnych historyjkach. wydaja mi sie byc od siebie zupelnie oderwane, wiaze je jedynie aparat. pragnalbym jakiegos duchowego powiazania, w kazdej jest co prawda 'skurwysynskosc', ale [nie wiem jak to wyrazic] wydaje mi sie mozliwe, ze sa to historie roznych osob, zupelnie ze soba nie powiazanych. od razu walisz powaznie, a gdybys uformowal z tego ciag czasowy przemiany jego hamulcy?
Bartek 2 grudnia 2002, 16:42
dziękuje sotes za wyczerpującą odpowiedź. Powiem szczerze, trochę inaczej interpretujemy tekst i to mnie właśnie cieszy(co to za tekst z jedną interpretacją;-)) Jak słusznie zauważyłeś, główny bohater " popada w obsesyjna chec ozywienia samego siebie" , ale kosztem innych. I dlatego nie mogę go bronić. Primum non nocere.

Masz rację, możnaby było napisac czasowy ciąg przemian jego hamulcy. Ja po prostu przedstawiając sytuację, stopniowałem jego (jak trafnie określiłeś)"skurwysyństwo", ale nie połączyłem ich wspólną więzią, oprócz aparatu , no i bohatera.

Inną sprawą jest sprawa wydawcy. Jako początkujący symbolista starałem się, aby wydawca, był postacią transcendentną, a więc Bogiem . Oto przykłady: Żyd? Tak byłem już Żydem...Ale nie tylko! Jeszcze Grekiem, Włochem, a nawet Brazylijczykiem. Czy to nie zabawne? Najczęściej jednak byłem Polakiem. Zresztą...Co to ma za znaczenie? " lub "Wie Pan, ja zawsze daję ludziom kolejne szanse. Taki już jestem stary dziwak. Panu oczywiście również. Nie ma wyjątków." Nie wiem jak to wyszło. Krzyże też miały być COŚ znaczące.

Pozdrawiam - Bartek
:) 2 grudnia 2002, 21:33
:)) no to sprytnie wymysliles z bogiem, zastanawialem sie dlaczego jest i zydem, itd. ale nie wpadlem na to.
teraz calosc nabiera innej zupelnie barwy. teraz staje sie jasne wlasciwe przeslanie.
[moge tylko powiedziec: o jakiz wowczas slepy bylem]
Bartek 2 grudnia 2002, 23:14
Koniec i bomba
A kto czytał, ten trąba!
przysłano: 11 listopada 2002

Inne teksty autora

Ballada o złodzieju snów
Bartosz Jeglejewski
Spadanie
Bartosz Jeglejewski
Więźniowie
Bartosz Jeglejewski
Erotyk
Bartosz Jeglejewski
Wielokropki
Bartosz Jeglejewski
Człowiek z gazety
Bartosz Jeglejewski
Zakochani
Bartosz Jeglejewski
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca