Literatura

Więźniowie (opowiadanie)

Bartosz Jeglejewski

Choć korytarz był pusty, słychać było każdy najmniejszy hałas, szmer lub tupot ludzkich stóp. Zdawało jej się, że odgłosy dochodziły z zacienionych miejsc długiego, obdrapanego holu. Powoli przesunęła się. Piskliwy dźwięk kół przestraszył ją bardziej niż pozorny spokój panujący na korytarzu. Zatrzymała się. Bała się swoich krótkich, urywanych oddechów, ruchu rąk i nerwowego mrużenia oczu. Przez chwilę starała się uspokoić, lecz nie pomogły szybko połykane proszki na ból głowy. Naprawdę chciała...Ale jeszcze nie dziś. Może jutro...Co dzień jest coraz, coraz bliżej...

***

Czekała na niego. Rozglądała się nieśmiało po małym pomieszczeniu, zerkając co chwilę w stronę szyby. Z zażenowaniem zauważyła, że trzęsą jej się ręce, więc ukryła je wstydliwie w rękawach przydługiego, zmechaconego swetra. Spuściła głowę

i czekała dalej. W głowie układała ich wspólne rozmowy. Sklejała je ze strzępów pamięci, zapamiętanych chwil i dodawała coś od siebie, wyszeptane słowa i niewinne gest. Teraźniejszość burzyła jednak wszystko, zostawiając ją z niepewnością przyszłych słów; jego słów.

Instynktownie podniosła głowę, jakby wyczuła jego obecność w powietrzu. Ale to był zwykły przepadek. Akurat wszedł do sali i kiedy tylko ją ujrzał, stanął nie wiedząc, co z sobą zrobić. Nieśmiało odsunął sobie krzesło i usiadł. Nie odrywał od niej wzroku. W końcu uśmiechnął się, a ona niezdarnie starała się odwzajemnić jego uśmiech. Chwycił słuchawkę zawieszoną na ścianie stanowiska ich rozmowy

i wyczekiwał jej głosu.

Bała się. Tak bardzo bała się wyjąć drżące ręce spod ciepłych, bezpiecznych rękawów swetra. W końcu wysunęła prawą dłoń i niepewnym ruchem, powoli zbliżała do słuchawki. Spojrzała na niego. Pokiwał twierdząco głową. Znów uśmiechnął się nieznacznie.

Ponownie schowała rękę w rękawie. Spuściła głowę, machając nią przecząco. Zrobiło jej się ciepło na policzkach. Znów się zawstydziła. Jeszcze spojrzała się na niego z nadzieją, że znów spróbuje i wróci. Odjeżdżając usłyszała za sobą odgłos uderzenia, jakby coś nagle spadło na ziemię. Nie miała już jednak siły, by się odwrócić; zbyt bardzo bolały ją ręce.

***

Siedział na pryczy ze zgiętymi kolanami, na których opierał brodę. Nie myślał o niczym. Po prostu wpatrywał się bezsensownie w kawałek kruszejącej ściany pokrytej grzybem. Lewą stronę twarzy zakrył wilgotną szmatą, która chroniła go przed nielicznymi promieniami słońca wpadającymi do celi przez zakratowane okno. Siedząc tak w bezruchu, czuł się dobrze. Wydawało mu się, że opanował już swoją wegetatywną pozycję niemal do perfekcji: zwieszona głowa, ręce obejmujące podkurczone kolana, nieruchomy wzrok i prawie nie wyczuwalna praca układu oddechowego. Nie reagował na hałasy z innych celi, nie wyglądał nigdy przez okno. Był samotny i nie ukrywał tego przed sobą. Zresztą myślał, że niczego już nie mógł przed sobą ukryć.

Mimo wszystko codziennie ćwiczył ten sam bezsensowny układ, który przerwać mogły jedynie nieliczne wyjścia z celi lub powtarzające się co noc senne koszmary. Potem jednak znów zamykał się pomiędzy swoją zarośniętą brodą, drętwiejącymi kolanami i ciasnym objęciem zmarzniętych ramion. Siedział tak, prawie nieczuły na działanie czynników zewnętrznych, samotny i zimny, jak zapomniany kamień zostawiony gdzieś w najciemniejszym kącie piwnicy.

Obudził go brzęk kluczy. Nieznacznie obrócił głowę w kierunku drzwi, które otwierały się powoli przy akompaniamencie rdzewiejących krat.

- Wychodź! Masz widzenie.

- Z kim? Ona?

- Ona, ona. Pośpiesz się. Czas leci.

Popatrzył jeszcze raz w okno. Niebo było szare i czuć było unoszącą się w powietrzu świeżość i wilgoć. Chyba ciągle padało.

Powoli wygrzebał się z pryczy i omal nie upadł stawiając na ziemi pierwszy krok. Przeciągnął się i leniwie, ze spuszczoną głową wyszedł z celi.

Wyraźnie spowalniał kroku. Nawet podświadomie wprowadził jeszcze do swojego pokracznego chodu utykanie. Pomimo wychudzonej sylwetki, każdy jego ruch był powolny i ociężały.

Stanął w drzwiach. Oparł się prawym ramieniem o boczną ścianę wejścia. Patrzył przed siebie, lecz nic nie widział. Kręciło mu się w głowie od zapachów innych ludzi

i metalicznego brzęczenia łańcuchów i kajdan. Poczuł uderzenie łokciem pod żebro

i zapewne tylko ta doraźna pomoc strażnika pomogła mu odzyskać przytomność.

Przy poplamionej szybie czekała już na niego niewyraźna sylwetka. Kiedy się zbliżał, każdy element jej ciała wydawał się być bardziej znajomy. Niespodziewanie pojawiały się wargi, nos, oczy i górująca nad wszystkim burza pachnących loków. Pocierał o siebie swoje szorstkie palce przypominając sobie miękkość jej kruczych włosów, kontrastujących z bladą cerą. Patrzył na nią z góry, chcąc jej się lepiej przyjrzeć. Nie zauważył nawet stojącego przed nim krzesła, które przez przypadek potrącił.

...i wtedy chciał upaść. Prosto na posiniaczone kolana. Patrzeć na nią podnosząc głowę do góry, gdzieś spoza ciemnej i śliskiej podłogi. A ona go nie zobaczy - skulonego, zamkniętego w obejmujących głowę dłoniach. Ona będzie żyć dalej. Jak dawniej...Jak dawniej...

Patrzyła na niego z przerażeniem. Stała się bledsza niż kiedykolwiek, choć kiedyś przysiągłby wszystko, że to niemożliwe. Sam przerażony usiadł na krześle, podpierając się łokciami o kamienny blat wystający spod szyby. Jeszcze raz spojrzał na nią, a ona...

Wtedy właśnie sobie uświadomił. To była ona. Ona w całym pięknie i tragedii tego słowa. To były jej wargi, jej blada skóra i mrugające, opiekuńcze oczy. Spojrzenie, którego się nie spodziewał. Zwłaszcza po ostatnich odwiedzinach.

Schował twarz w dłonie i zaczął pocierać tłustą cerę swojej twarzy i zaropiałe oczy. Pomyślał, że gdyby teraz je otworzył, to pewnie znów zakręciłoby mu się w głowie. Zawsze tak ma po pocieraniu oczu. Nie chciał zawrotów głowy. Niech chciał. Po co? Na co?

Usłyszał cichutkie pukanie. Otworzył oczy i jednak zakręciło mu się w głowie. Przez chwilę widział ją jak przez mgłę. Jeszcze raz zamknął oczy, by za chwilę gwałtownie je otworzyć i zobaczyć ją taką, jaką była naprawdę.

Swoje kręcone, długie włos spięła w kucyk. Dopiero teraz mógł podziwiać piękno jej marmurowych skroni, policzków i szyi. Powoli, badał spojrzeniem każdy centymetr jej twarzy. Patrzył nieskrępowanie na jej sine usta, wpółotwarte w cichym westchnieniu. Czuł, że poznaje właśnie coś nowego, a jednak uciekał od jej znajomego spojrzenia i dalej błądził po bladej twarzy.

Przy uchu trzymała dużą, czarną słuchawkę, podobną do tych montowanych w budkach telefonicznych. Wydała mu się strasznie ciężka, kiedy po nią sięgnął. Ostrożnie przyłożył ją do ucha, niczym nadmorską muszlę i zaczął się w nią wsłuchiwać. Słyszał tylko cichy, urywany oddech. Jego odpowiedź była podobna, a mimo to nie wiedział jak przerwać nerwową monotonię ich wstydliwej rozmowy.

- Cześć. – sam nie wiedział, czy były to jej słowa, czy to tylko mu się zdawało.

- Cześć – szybko odpowiedział.

- Musiałam zrobić pierwszy...

Przetarł dłonią swoje rozgrzane czoło.

- Musiałam Cię odwiedzić. Nie było to łatwe, ale...

Wsłuchiwał się uważnie w dźwięk jej słów i milczał, bojąc się, że jedno jego słowo może wszystko zburzyć.

- ale...bardzo chciałam...

Jej wzrok przeniósł się na jego ręce. Przez chwilę milczała, tak jakby zapomniała swoich wcześniejszych słów lub dokładnie studiowała ich sens.

- ...naprawdę bardzo chciałam Cię zobaczyć.

Popatrzyła mu głęboko w oczy. Uśmiechnęła się lekko. „Udało się! Udało! Powiedziałam to!”.

- Czy cieszysz się? – zapytała nagle. Nie przewidywała wcześniej tego pytania.

- Ja?

Skrzywiła się i odchyliła głowę w bok. Zażenowany swoją odpowiedzią, zaczerwienił się i chcąc coś powiedzieć, otwierał tylko bezradnie usta.

- Ja...Ja...Jasne...Znaczy oczywiście.

- Powiedź coś dla mnie.

- Ja...Zawsze mówiłem tylko dla Ciebie.

- Powiedź...Co u Ciebie?

Chciał prychnąć śmiechem. Popatrzył jednak na nią i wiedział, że one chce wiedzieć...Naprawdę. Tak mu się przynajmniej zdawało.

- U mnie...Nic specjalnego. Jakoś żyję.

- Tak...

- A...A co u ciebie?

Zauważył jak zaszkliły się jej oczy. Wzięła głęboki wdech i zaczęła szybko opowiadać swoją historię, jakby tylko na to czekała:

- Ciężko. Znaczy też jakoś żyję. Wstaję rano...

Znów się skrzywiła. Zapomniała wyuczonej w głowie rozmowy i to nie on popełniał błędy, lecz ona nie pamiętała swojej roli.

- Budzę się. Piję ciepłą kawę. Leżę jeszcze trochę w łóżku, aż znudzi mi się patrzenie w sufit. Potem siadam do pracy...Tak, ja tylko leżę, albo siedzę – z kącików jej oczu zaczęły spływać łzy.

- Przepraszam.

- Nie szkodzi.

- Ale ja przepraszam za...

- Nie szkodzi. Nie szkodzi – w jednej chwili bełkotała już coś niezrozumiale, cała czerwona na twarzy i zalana łzami.

Nie wiedział, co powiedzieć. Chciał uciec do swojej celi, schować twarz pod brudnym ręcznikiem i przesiedzieć tam, przeczekać; sam nie wiedział co.

- Koniec widzenia!

Siedziała jeszcze przez jakiś czas. Wpatrywała się w szybę i pomyślała, że bardzo chciałaby zabrać ją do domu.

- Proszę pani...Już pani może odłożyć słuchawkę.

- A...Tak. Oczywiście.

- Pomóc pani?

- Gdyby pan mógł...Jestem dziś trochę słaba. Chociaż do wejścia...

- Oczywiście. Mogę nawet panią podwieźć, jeśli pani...

- Nie! – krzyknęła nagle. Strażnik zaskoczony tonem jej odpowiedzi, stał jak zamurowany, bojąc się cokolwiek powiedzieć.

- Przepraszam. Nie, dziękuję. Nie lubię jeździć samochodami. Już nie lubię...

Odjechała szybko, zawstydzona i zapłakana.

***

Znów spotykali się przy szybie, gdzie na nowo odtwarzali przed sobą ascetyczną grę ciał. Wstydzili się tego i przez nieuwagę, w zakłopotaniu powtarzali się w swoim niepoważnym milczeniu. Ich twarze zmieniały kolory, od sinych warg do rozgrzanych policzków. Siedzieli naprzeciw siebie, przeglądając się w przezroczystej ścianie. Łzy były nieuniknione. Jeżeli już zaczynali rozmowę, to zawsze tak samo:

- Cześć.

- Cześć.

- Co słychać?

- U mnie dobrze. Co u Ciebie?

Nigdy nie chciała wiedzieć, co u niego słychać. Zawsze jednak chętnie opowiadała swoje historie.

- Jak zawsze. Ostatnio nikt do mnie nie przychodzi; ani szefowa nie przynosi pracy do zrobienia, ani nikt z opieki.

- Pamiętam jak zaczęłaś mówić o swoich porankach...

- Tak. Ale poranki już skończyłam.

- Popołudnia?

- Są zbyt krótkie i niewarte wspomnienia.

- A... – zawahał się przez chwilę – A noce?

- Zaczynają się wcześnie i ciągną się w nieskończoność. Okna mojego pokoju wychodzą na kolejny, blisko przylegający budynek. Prawie zawsze jest ciemno, chyba że któryś z sąsiadów z naprzeciwka zapali światło w pokoju. Zazwyczaj jednak tam też jest ciemno, bo nikogo nie stać na elektryczność. Śmieszne prawda? – sama nie wiedziała, czemu zadał to drażniące pytanie. Chciała odrobiny litości, a pokazała tylko swoje zgorzknienie.

- Nie, to nie jest śmieszne.

- Mnie akurat stać. Tylko...tylko...potrzebuję pomocy.

- Jakiej pomocy?

Uśmiechnęła się. Lubiła, gdy zadawał jej pytania.

- Widzisz...Przepaliły się wszystkie żarówki. A ja...ja...

- Nie kończ. Proszę...nie kończ...

- Ja...Ja... – zaczęła się zanosić płaczem.

- Ciii...Proszę...

- Ja...Ja...nie mogę ich przecież sama wkręcić.

- A inni...

- Nie mogę!

- Koniec widzenia!

Głos strażnika napełnił go ulgą. Czemu te widzenia są takie krótkie? Albo czemu czas tak szybko leci?

***

- Cześć.

- Cześć.

- Co u Ciebie?

- Nic. A u Ciebie?

- Powoli.

Nie wiedział o co zapytać. Najchętniej nie pytałby o nic.

- Powoli...powoli zaczynam ruszać nogą.

Oszołomiony, patrzył na parapet przy szybie. Wiedział, że w końcu musiała to powiedzieć.

- Nie wierzysz? Popatrz! Popatrz na mnie. Czekaj.

Odjechała trochę wózkiem i przekręciła się bokiem, tak by mógł widzieć nogę. Jej twarz wykrzywiała się w grymasie bólu, lecz noga ani drgnęła.

- Dziś mi się udało. Tak mi się zdawało...przynajmniej...

Cały czas tkwił wzrokiem w parapecie.

- Czemu nic nie mówisz? Nie wierzysz mi?

Jej słowa wyrwały go z zamyślenia.

- Wierzę, ale nie rozumiem.

- Czego nie rozumiesz?

- Ciebie! Czemu tu przychodzisz...cholera...przyjeżdżasz...

- O co Ci chodzi?

Chciał pokazać palcem na jej wózek, powiedzieć: „Właśnie o to”, ale nie mógł tego zrobić.

- O mnie.

- Więc się nie cieszysz? – zapytała w obłąkaniu.

- Przecież jesteś teraz...

Podjechała bliżej szyby. Przycisnęła słuchawkę mocno do ucha i czekała, na słowa, których nie mógł wypowiedzieć.

- Przecież jesteś, jaka jesteś...przeze mnie...

- Właśnie. Jestem...jaka jestem...przez Ciebie.

Odwróciła się gwałtownie i powoli odjechała.

Wpatrywał się w jej znikającą w głębi korytarza postać. Poczuł się dziwnie. Pomyślał, że być może widzi ją ostatni raz. Przybliżył twarz do szyby.

- Koniec widzenia!

***

Wilgotna szmata spadała mu z czoła. Zwykły przypadek. Schylił się po nią i prawie przewrócił. W ostatniej chwili oparł się na przeciwnej ścianie. Powoli zsunął się na ziemię. Spojrzał do góry, w zakratowane okno. Jesienne słońce świeciło prosto w jego zmęczone oczy.

Już chciał sięgnąć po szmatę, gdy poczuł ciepło na swoich policzkach. Zakręciło mu się w głowie. Mimo wszystko było to miłe uczucie, przypominające dawno zapomniane chwile szczęścia. Mrużąc oczy, zaczął oddychać głęboko. Pragnął powietrza, czuć go w swoich ustach i nozdrzach. Wstał na chwiejnych nogach

i podszedł do okna. Złapał się za kraty i wdychał mroźne podmuchy wiatru. Na wpół omdlały, oparł kolana na wilgotnej ścianie. Zacisnął mocno dłonie na metalowym okratowaniu i przycisnął do niego swoją twarz.

Wyglądał jak roślina, która rośnie w kierunku słońca, by pochwycić jak najwięcej ciepłych promieni, wyginając przy tym niezdarnie swoją wiotką łodygę. Teraz zaczął się ten energiczny proces, kiedy po długim okresie wegetacji, w końcu każda część organizmu budzi się na nowo do życia. Gwałtowny rozkwit bywa czasem zaskakujący. Zwłaszcza, kiedy pojawiają się łzy i głośny krzyk.

Za oknem świat błyszczał intensywnie, chowając się od czasu do czasu za chmurami. Padał ledwo dostrzegalny deszcz, który wraz ze słonecznymi promieniami, tworzył co chwila w innym miejscu migotliwą tęczę.

Zaraz pod więziennym oknem znajdowała się dość ruchliwa ulica, a za nią zaniedbany plac dla dzieci, gdzie z piskiem poruszały się zardzewiałe huśtawki.

Trzeba jednak przyznać, że wszystko było dość ładnie wkomponowane w miejski park, rozpościerający swe drzewne ramiona na wszystkie pobliskie budynki. Chyba znów zaczęło kapać z nieba?

Stała tuż przy przejściu dla pieszych. Jeździła w kółko, z jednej strony ulicy na drugą, tak jakby nie wiedziała, co z sobą zrobić. Jej ciało skakało bezwładnie na nierównościach chodnika i przed wpadnięciem na jezdnię ratował ją tylko przyduży krawężnik.

Więc nie widział jej wtedy po raz ostatni...Nigdy nie przypuszczał, że jest ciągle tak blisko niego. Krzyknął coś. Na ulicy życie płynęło swoim normalnym rytmem, z nieświadomością przebywania kogokolwiek w szarym, więziennym budynku. Krzyk.

Ptaki tak pięknie dziś śpiewają...Krzyk.

Zobaczyła go nie dlatego, że krzyczał. Po prostu znów nie zawiodła jej kobieca intuicja. Zwykły przypadek. Przestał krzyczeć. Patrzyli na siebie z fascynacją. On widział ją „na zewnątrz”, ona widziała jedynie strzępki jego twarzy schowanej za kratami. Wjechała do szarego budynku.

Uczucie ulgi. Niby naturalne, a jednak nie mógł w to uwierzyć. Powietrze przyszło do niego, a nie odwrotnie.

Kiedy strażnik wszedł do celi, czekał już na niego, wyprostowany i gotowy. Uśmiechał się dobrotliwie i spoglądał oczyma pełnymi pokory i spokoju.

Strażnik spojrzał się na niego ze zdziwieniem i nic nie mówiąc kiwnął znacząco głową w kierunku wyjścia. Pewnym krokiem opuścił celę.

Na korytarzu było ciemno. Nie musiał nic widzieć. Odliczał kroki pokonując kolejne zakręty więziennego labiryntu. Co chwila towarzyszyły mu nikłe słoneczne prześwity. Śmieszne, wyglądało to tak, jakby on prowadził strażnika.

- Nie tak szybko!

- Szybko? To mój normalny krok.

- Naprawdę? Chyba trenowałeś ostatnio w dziupli?

Wszedł do szarego pomieszczenia oświetlanego mrugającym lampami, rzucającym mdłe światło na stanowiska rozmowy. Była już tam, trzymając słuchawkę przy uchu. Wsłuchiwała się w dźwięki po drugiej stronie szyby, wyszukując w nich jego rytmicznego kroku. Muzyka. To była jej muzyka wybijana przez zdrętwiałe nogi więźniów na klawiaturze kamiennej posadzki.

Usiadł i wziął do ręki słuchawkę.

- Słyszysz muzykę? – zapytała.

- Muzykę?

- Tak. Wszystko wokół się rusza, chodzi, a nawet stepuje. Nigdy nie sądziłam, że może być to aż tak zajmujące...

- Słyszę tylko Ciebie.

- Ale muzykę...

- Tak, masz rację. Słyszę ją...

- Cudowna.

- Rzeczywiście wspaniała.

- Pamiętasz jak tańczyliśmy?

Taniec. Takie głupie słowo w takich głupich okolicznościach.

- Pamiętam.

- Muzyka też była cudowna. Wirowaliśmy wokół siebie, zostawiając świat za plecami. Czasem nadepnąłeś mi na nogę...Nie szkodzi. Uśmiechałam się. Ta twoja nieporadność...Była taka czarująca...

Wpatrywał się w jej rozpromienioną twarz. Jej oczy szkliły się słoną wilgocią, w której odbijało się żółtawe światło ściennej lampy. Usta drgały, włosy - kręcone, długie loki spadały jej co chwila na czoło. Odgarniała je ręką pochylając przy tym głowę. Twarz cicha, a jednak krzycząca mrugnięciami, oddechami i uśmiechem dygoczących warg. Twarz podobna...Nie, nie. Twarz ta sama...Pamiętam, jak tańczyliśmy...

- Zatańcz ze mną jeszcze raz... – wyszeptał do słuchawki, dotykając palcami szyby. Jej palce powędrowały ku jego dłoni.

- Wsłuchaj się w nasze kroki...

Przycisnęła słuchawkę do ucha. Jej oparta o szybę, drżąca dłoń z nerwowym podekscytowaniem czekała na pierwszy krok jej partnera.

Nagle jego środkowy palec lewej ręki zrobił krok naprzód, okręcając się wokół własnej osi. W słuchawce usłyszała głośnie tupnięcie, rozpoczynające ascetyczne tango na dwie dłonie. Podbiegła do niego najmniejszym palcem swojej ręki

i przejechała nim wzdłuż szyby, kręcąc fantazyjne piruety. Zaczęli taniec, którego kroków nie znali, lecz ich dłonie i palce żywiołowo łączyły się ze sobą w rozmaite figury przy towarzyszącym akompaniamencie dzikich tupotów dochodzących z jego słuchawki. Rytm wybijany na posadzce i szybie grał im w uszach. Patrzyli na siebie...

- Koniec widzenia!

Kiedy usłyszał strażnika, przyśpieszył swoje kroki, biegając palcami po całej szybie i głośno tupiąc w podłogę. Strażnik podszedł do niego i szarpnął jego ramię. Uspokoił się, choć nerwowo patrzył przed siebie. Nie chciał jej teraz opuścić, lecz ona kiwnęła porozumiewawczo głową.

Wstał, odwrócił się i wyszedł najzwyczajniej w świecie.

Siedziała jeszcze całkiem sama. Ciągle trzymała słuchawkę przy uchu. Jedną ręką ćwiczyła taniec swoich palców, podbiegając na paznokciach niczym na palcach do środka szyby, gdzie okręcała się jak szalona raz w jedną, raz w drugą stronę.

Usłyszała czyjeś kroki. Bieg. To on. Wpadł do pomieszczenia i chwycił za słuchawkę.

- Jeszcze zatańczymy...

- Jestem taka zmęczona – odpowiedziała uśmiechając się zalotnie.

- Przeze mnie...

- Tak. Przez ciebie.

Za nim pojawił się zziajany strażnik, który chwycił go za ramiona i uderzył kolanem w plecy. Osunął się na ziemię, pod blat stanowiska rozmowy. Nie widziała go. Nerwowo starała się wstać z wózka.

- Nasz taniec jeszcze się nie skończył. Wróć jutro. Obiecuję; nie poproszę w tym czasie innej... – usłyszała głos w słuchawce.

Potem widziała jego nogi w górze i strażnika wyjmującego pałkę. Słyszała szamotaninę i głuche odgłosy uderzeń w jego prężące się ciało. Strażnik natężył częstotliwość swoich ciosów, uderzając go raz po raz, coraz mocniej i szybciej.

- Wrócę... – wyszeptała zamykając zmęczone oczy.

***

W każdym ruchu przyrody widziała taniec. Tworzyła w wyobraźni własny rytm kroków, który zostawał w jej głowie, niczym tandetna piosenka, która nęci wyobraźnie swoją banalną melodią. Dziś nie drażniły jej nawet dzieci z parkowego placu zabaw. Nigdy nie mogła znieść ich chaotycznych ruchów, krzyków wymieszanych z płaczem, lecz nagle widziała w tym wszystkim jakąś dziwną prawidłowość, jak równanie, schemat matematyczny; choreografię z improwizacją muzyczną.

Patrzyła co chwilę na zegarek, ze zniechęceniem obserwując mozolne ruchy wskazówek. Wciąż było tak rano, a ona czekała już trzy godziny i zapewne poczeka kilka kolejnych. Jeszcze nie przyjmują odwiedzin. A jeśli nawet, to nie może; z przyzwoitości, ze wstydu. Jeszcze zrobi parę kółek po parku, kupi gazetę, albo nakarmi gołębie.

Podjechała powoli do stanowiska rozmowy. Rozejrzała się nieśmiało, lecz nikt nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Poczuła się pewniej, zwłaszcza kiedy usłyszała w słuchawce znajome kroki. Wsłuchując się uważniej, wykryła jakiś nowy element jego chodu, jakąś zaskakującą sprzeczność, występująca w krótkich momentach, kiedy kładł stopę na ziemi i kiedy podnosił ją do góry. Zamknęła oczy i starała go sobie wyobrazić, idącego do niej...Energicznie podnosił poobijane kolana przy akompaniamencie zginających się kości wychudłych nóg, niczym krótkie, ostre, urywane szarpnięcia skrzypiec, by stawiać je ociężale, szurając przedziurawionymi podeszwami o betonową posadzkę. Im był bliżej, tym wyraźniej rysował się w jej wyobraźni obraz jego pokracznego marszu. Najbardziej zdziwiła ją jednak systematyczność jego ruchów, które były wykonywane jakby mechanicznie, z pieczołowitą dbałością o zachowanie odpowiedniej pozy, ułożenia głowy, lekkości stąpnięcia na chropowaty parkiet.

W końcu nastała cisza, bardziej przerażająca niż dźwięki niezgrabnych ruchów. Cały czas trzymała słuchawkę przy uchu, obejmując ją spoconymi dłońmi. Otworzyła usta, tak jakby chciała coś powiedzieć...bo teraz była jej kolej...jej ruch...

Otworzyła oczy i z przerażeniem odskoczyła od szyby, wbijając swoje rozdygotane ciało w twardą wyściółkę wózka inwalidzkiego.

Jego twarz, oświetlona popielatym światłem, wpadającym zza małego, zakratowanego okienka, lśniła delikatnym fioletem. Jedyną oznaką życia na jego sinej twarzy, były czerwieniące się policzki, których ciepło powoli rozpraszało się w kierunku brody, czoła i uszu. Spotkanie ich źrenic przywróciło go do życia. Instynktownie podniósł górną wargę, w nadziei, że wykonał właśnie wzorowy uśmiech. Otarł końcem języka zakrzepłą krew na dolnej wardze i czekał, wpatrując się w boczną ścianę stanowiska.

Przycisnęła słuchawkę do ucha. Patrząc się na niego, szeptała cicho: „Hej. To ja. Podnieś słuchawkę.” Mówiła coraz głośniej, jakby to miało obudzić jego uśpione spojrzenie i przywrócić go po raz kolejny do życia. „Hej”.

Powoli wziął słuchawkę do ręki i trzymał ją przed sobą, wpatrując się w źródło powtarzających się słów. Od razu poznał ten łagodny ton, wyciszającą barwę głosu, która pobudziła jego mrużące powieki. Uśmiechnął się i był to tym razem uśmiech autentyczny, zarezerwowany tylko dla niej; był tą bezgłośną odpowiedzią, której oczekiwała.

- Czy... – zawahała się przez chwilę- Czy mogę pana prosić do tańca?

Kiwnął twierdząco głową, uśmiechając się jeszcze raz, szeroko i niewinnie jak małe dziecko. Położył słuchawkę na parapecie i oparł dłoń na szybie. Spod zakrwawionych paznokci wypływała dość świeża, niezakrzepła jeszcze krew. Zaczął tańczyć, sam, kreśląc to czerwone półokręgi, to ósemki, patrząc na nią przez pryzmat swych rozszerzonych palców.

Bała się położyć dłoń na szybie; nawet więcej – brzydziła się jego zmienionych nie do poznania rąk i twarzy niknącej gdzieś za czerwoną mgłą, zmieszanymi oddechami

i ciepłem zmęczonych dłoni.

-„Nie widzę Cię...” – wyszeptał, tak, że ledwie usłyszała jego głos.- „Nie widzę!” - nerwowo podniósł głos.

Żeby choć słowo...żeby westchnienie...Nic. Siedziała nieruchomo z przerażeniem przysłuchując się jego słowom i oglądając ślady jego tańca zostawione na tafli ich wspólnego lodowiska.

Przyłożył jedną z rąk do ust, by wyssać coraz to świeższą krew, zbierającą się za podrażnionymi paznokciami. Następnie starał się wytrzeć czerwoną maź, schnącą na grubej szybie. Jego bezskuteczne działania tylko pogorszyły sytuację. Rozcieńczona śliną krew zamazała niemal całą szybę. Jego nerwowe oddechy zostawały na niej w postaci mglistej pary. W desperacji, tragicznego położenia zaczął nieudolnie zeskrobywać krew pokaleczonymi paznokciami. W końcu krzyczał już na całe gardło: ”Nie! Nie! Nie widzę Cię!!!”.

- Jestem...tu...blisko...popatrz...znaczy – pośpiesznie wydobywała z siebie wcześniej zapomniane słowa – znaczy...słyszysz? słyszysz mnie? Tutaj...

- Nie! Nie! Nie widzę!!!

Nagle usłyszała potężny hałas. Ze środka szyby wytrysnęła krew, która ciekła dzikim strumieniem w dół, skapując dużymi kroplami na parapet. Potem ciemny zarys jego głowy osuwał się powoli z szyby na czerwoną kałużę na blacie stanowiska.

Nie pamięta co krzyczała, zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Strażnicy, dotąd ospali i głusi, nagle rzucili się na niego, kładąc go na podłogę i tamując czymś rozbite czoło. Znów nie mogła zobaczyć nic, prócz uniesionych w górze, tkwiących nieruchomo nóg. Nogi były jedyną rzeczy, którą pamięta. Potem jakoś wróciła do domu, jakoś położyła się do łóżka, a następny ranek był nijaki jak zawsze. Najgorsze było to, że zdarzyło się to tak szybko, tak nagle...

***

Znów się bała. Tym razem pierwszych promieni słońca zaglądających do niej nieśmiało przez grube zasłony. Musiał wstać i odwiedzić go, może na swój sposób pomóc. Ale jak?

Kiedy przejeżdżała przez przejście dla pieszych, prowadzące przed więzienne mury, o mało nie potrąciła jej rozpędzona karetka pogotowia. Zaraz z więzienia wyjechało ruchome łóżko w eskorcie strażników i więziennego lekarza. Łóżko typowe dla szpitala, przykryte białą, zakrwawioną płachtą, tworzyło dziwną, górską rzeźbę czerwieniejących szczytów ukrytego i bezwładnego ciała.

- Co z nim? – spytał lekarz pogotowia.

- Lepiej nawet nie patrzeć...

To znów jeden z tych pechowych przypadków, gdzie wiedziała, co ma zrobić, jak się zachować, nie przejawiając przy tym żadnych oznak zdenerwowania

i niepewności. Dokładnie tak, jakby już gdzieś i kiedyś...Nazywała to kobiecą intuicją.

Spod białego prześcieradła wystawały znajome palce, stopy partnera, które wielokrotnie mijała w tańcu, czasem niezdarnie na nie nadeptując. Podjechała bliżej i zdjęła z niego mokrą zasłonę.

Wydawało jej się, że czoło było przepołowione na dwie, równe połowy, tak jakby ktoś wziął do ręki jego głowę i przekroił je niczym soczyste jabłko, wypuszczające teraz z siebie pełnię życiodajnych soków. Ale były usta...tylko usta...otwarte w głośnym uśmiechu triumfu. Tak jakby chciał, jakby dokładnie chciał, żeby wszyscy widzieli jego uśmiech. A może tylko ona? Przecież zawsze zarezerwowany był tylko dla niej.

- Jak to się stało? – spytał lekarz.

- Coś go napadło. Zaczął walić głową w mur. Aż do momentu...Nie zdążyliśmy...

- To będzie formalność. Zabieramy go.

Zabrano ją do więziennej świetlicy, gdzie napiła się ciepłej herbaty. Robiła wszystko to, co jej kazano – podobno dla jej dobra. Nie obyło się bez rozmów z psychologiem i pocieszających gestów. To już jednak nie miało żadnego znaczenia.

***

Wróciła do domu pod wieczór. W pokoju gasła właśnie ostatnia żarówka. Zrobiło się ciemniej, niż kiedykolwiek mogła przypuszczać. Podjechała do okna. Za wysoko...Poza tym te ściany naprzeciwległego budynku...Nie uda się.

Podjechała do środka pokoju i spojrzała w górę. Skoro nie dosięgnie żarówki, to nie zawiesi tam sznura telefonicznego.

Zrezygnowana pojechała do kuchni, by pokroić chleb.

Koniec


niczego sobie+ 7 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Bartek 13 marca 2003, 13:55
Napiszcie proszę komentarz, bo mi smutno...
forever 13 marca 2003, 18:46
To ja się wypowiem. Strasznie niepokojące jak dla mnie, przerażająco wręcz, jednak wrażenie pozostaje i lekki dreszcz przechodzi przez kręgosłup - a to jest jak najbardziej pozytywne. Pozdrawiam:)
Bartek 13 marca 2003, 20:53
wielkie dzięki forever - o to mi chodziło, żeby nikt nie uznał tego opowiadania jedynie za sentymentalny obrazek, ale za coś jednak poruszającego.
forever 13 marca 2003, 20:56
Myślę, że Ci się udało...
vea 13 marca 2003, 21:35
... i mi tez sie podoba :)
:) 20 marca 2003, 00:46
masz wyczucie, by nie pisac dluzyzn. wszystko trwa tyle ile powinno. masz wyczucie i piszesz tak jak ma byc napisane.
dziala tak jak dzialac powinno. :)

ocenie jak przeczytam po raz drugi. ;P
Bartek 20 marca 2003, 08:43
cieszę się sotes że mogłem się doczekać twojego fachowego komentarza. Tym bardziej, że przeczytasz tekst jeszcze raz;-)
:) 21 marca 2003, 00:44
wczoraj wydawalo mi sie, ze koncowka duzo psuje. slusznie, ze wczoraj o niej nie wspomnialem, bo dzis jest o.k. :)
stawiam b.dobry, bo:
staraj sie i pracuj dalej ;P

[a powaznie, lubie magie, a w tancu, mimo, ze swietny, zaklecia uciete sa i ograniczone, niestety nie potrafie powiedziec czym - tak mi sie wydaje, nie sa skonczone]
:) 21 marca 2003, 00:48
wczoraj wydawalo mi sie, ze koncowka duzo psuje. slusznie, ze wczoraj o niej nie wspomnialem, bo dzis jest o.k. :)
stawiam b.dobry, bo:
staraj sie i pracuj dalej ;P

[a powaznie, lubie magie, a w tancu, mimo, ze swietny, zaklecia uciete sa i ograniczone, niestety nie potrafie powiedziec czym - tak mi sie wydaje, nie sa skonczone]
:) 21 marca 2003, 01:19
prosze panie bartlomieju bez zadnych pochlebstw. ;P
spodobalo mi sie to, ze potrafiles rozwijac postacie, zmieniac je. a to na wywrocie jest sprawa zadka. zwykle osoby sa od poczatku do konca takie same. :(
:) 21 marca 2003, 01:22
rzadka, nie zadka
[to jest blad ortograficzny i prosze na podobne uwazac]
to do wczesniejszego mojego postu.



<hr>
sot
zatta.smoczy.net
przysłano: 9 marca 2003

Inne teksty autora

Ballada o złodzieju snów
Bartosz Jeglejewski
Spadanie
Bartosz Jeglejewski
Fotografie
Bartosz Jeglejewski
Erotyk
Bartosz Jeglejewski
Wielokropki
Bartosz Jeglejewski
Człowiek z gazety
Bartosz Jeglejewski
Zakochani
Bartosz Jeglejewski
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca