Mowa pogrzebowa Marilyn Monroe (wiersz klasyka)

Leonard Kamiński Gabriel










Kiedy moja matka wypluwając płuca
zdmuchiwała  pięćdziesiątą drugą
urodzinową świeczkę,
ja w różowym Cadillacu,
z małym tortem na dłoni, mówiłam,
patrząc na jedną świecę:
Oto moje całe życie.
A tak jestem tylko wielką karlicą z Long Island.
To złudzenie, że obiektyw dodawał mi ciała.
Nie jestem rzeczywista,  tylko urodziła mnie rzeka,
wychowałam się pod mostem Golden Gate.
Kolekcjonowałam ból, nie wierzycie, ale tak było;
w każdej obłej pastylce "rozpuszczałam" go w sobie. A on
wypełniał moje ciało od stóp do głowy. To mój podręczny Czyściec
- to lepsze niż otwierać ciało
i rozdawać siebie pod postacią filmowych klatek.
Wszystkie moje fobie zamknęłam w naparstku.

Byłam pramatką waszych marzeń, praojcem waszych klęsk.
Chodziłam po pokoju od ściany do ściany, liczyłam,
zapominałam, potem zaczynałam od początku.
To było jak w transie, bez odpoczynku. Pamiętajcie, jak w tym
filmie "Czyż nie dobija się koni" albo "Do utraty tchu".
Znałam te filmy na pamięć, żyłam tylko na taśmie filmowej.
Poza nią malałam w oczach jak stopklatka. Wy oglądaliście
tylko moją kliszę, najczęściej prześwietloną...
Jak można było inaczej uciec, jak nie w historie opowiadane
na filmowym planie. I tak nie uwierzylibyście
w prawdę. Była nieciekawa, czarno-biała; taka sama
w poniedziałek, jak i w niedzielę.
Nie, nie chciałam was okłamywać, moja matka nie
opowiadała mi bajek, nie znam wyobraźni na wylot,
nie umiem pisać pod dyktando, uśmiechać się pod publiczkę.
Ta, która to robiła za mnie, powstała w paramount studio,
wśród innych dekoracji, nie grała nawet głównej roli. Miałam
dublerkę. Nie wierzycie, przypatrzcie się moim oczom; są
puste, mam duże dłonie, musiałam je ukrywać. Sama
też się ukrywałam, od pierwszego dnia.
Teraz stoję przed wami, może leżę -
wybierzcie, którąś z tych opcji.
Tu i tak mnie nie ma, w tym ciele, w tej ziemi...to jeszcze
jedno złudzenie...

Ja żyję, w każdym z was, boicie się do tego przyznać?
Nie martwcie się, będę cicho, tak jak kazała mi matka,
przestanę oddychać, ale tylko na moment. To ta chwila,
kiedy przychodzimy na świat, przestraszeni,
niepewni, śmieszni, spuchnięci. Nagle
dostajemy klapsa i od razu musimy reagować.
Inaczej będziemy bez klasy, bez miłości,
zostaje nam tylko gra, wieczna
nieśmiertelna gra.


21.07/25/08/2011



Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
633 wyświetlenia
przysłano: 5 marca 2010

Leonard Kamiński Gabriel

Inne teksty autora

Mendele

Leonard Kamiński Gabriel, wiersz klasyka

Anna - handlarka liniami życia

Leonard Kamiński Gabriel, wiersz klasyka

Będę...

Leonard Kamiński Gabriel, wiersz klasyka

Grudzień na górce Blacharskiej

Leonard Kamiński Gabriel, wiersz klasyka

Jaka mi jesteś....

Leonard Kamiński Gabriel, wiersz klasyka

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło