KONIEC (wiersz)

PIG

I. Ktoś to rozpoczął

Weszła do środka z uśmiechem na ustach, jej oczy lśniły niczym dwa bezkresne jeziora na źrebistym okręgu nocy. Otrząsnęła włosy i ukazała swą bladą twarz z wargami oblanymi krwią, wydawała się być aniołem dekadencji. Szczegółowo penetrowała mgliste pomieszczenie. Wytarła niedbale czerwone usta. Nie odezwała się, gdy jeden z mężczyzn prosił o jej rękę. Błądziła opętańczo oczami po barze, lecz nic nie zamówiła. Podeszła chwiejnym krokiem do krzesła i usiadła. Z głową odchyloną do tyłu i szyderczym grymasem na twarzy wyglądała niczym kapłanka z piekieł, szukająca ofiary dla swych pradawnych obrzędów. Szukała mężczyzny, który dostarczy jej dzikich rozkoszy, tylko tego wieczoru.

Ruch w kostnicy. Martwi wstają z grobów. Krew sztywnego, zimnego trupa zaczyna wrzeć. Opętańcze wrzaski słabych ludzi. Denaci ucinają głowy śmiertelnym by pomóc im odkupić ich obrzydliwe grzechy. Ulice krwią ociekają, wszędzie rozlana krew tworzy jeziora czerwieni, męczeńskie krzyki wbijają się w kruchą świadomość bezbronnych dzieci. Oszpecone ciało denata, zmasakrowane zwłoki - bal wampirów na oczach niewinnych dziewczynek, gwałcone ich matki pragną umrzeć niźli jeszcze sekundę trwać na tym świecie. Zbliżenie ku odkupieniu, bliżej doskonałości, śmierć wybawieniem.

Uśmiech nie znika z jej twarzy, czyżby wiedziała co dzieje się na zewnątrz. Czy ona także wiedziała co się tu wydarzy i skryła się w twardej skorupie opętania?

Szeroko otwarte drzwi, płomień na silnym wietrze gaśnie, chłód wpada do środka, szarżuje na ciała i wypycha z nich wole istnienia.

Nieznany głos wypowiada dziwne formuły, zaklęcia, głuchy szept odbija się echem od zimnych ścian, szept cichnie, lecz echo wciąż niemo odbija się od ścian.

Gęsta ciecz leniwie spływa z oziębłych murów, wzrok przykuwają drzwi, które jaśnieją od ognisto-zimnego oddechu wiatru.

Zemdlała dostała konwulsji, chłód sparaliżował jej ciało. Niespodziewany atak zamroził jej serce i zabił duszę, nigdy nie ocknie się z tego lodowatego snu, nigdy się nie przebudzi. Nigdy już nie powie, że naprawdę żyje.

Ciecz szybko spływa po murze i ukazuje prawdziwe oblicze, ściana przemienia się w drzwi, które prowadzą tylko w jedną stronę, tak to drzwi do nieskończonego świata. Kto ośmieli się dotknąć gorącej klamki pozna nieskończoność.

Wampir podnosi głowę znad szyi nastoletniej dziewicy. Jego zielone oczy kierują się na budynek, gdzie wzrok przykuwają czarne jak węgiel zamknięte drzwi.

Jej oczy otwierają się by spojrzeć na mnie, jestem przy tobie. Ona wstaje, podaję jej dłoń, ręce ma zimne jak lód. Ona wie, co stało się z jej duszą, była tam, gdzie i ja niegdyś pragnąłem być. Ona nie żyje. Ona trwa.


II. Mokry sen króla Słowian

Cichy szept w mym uchu. To jej głos wydobywa się spomiędzy białych płacht zeszłego snu. Echo krąży gdzieś w mojej czaszce nie mogąc znaleźć drogi ucieczki. Nie mogę wyrwać się z tego koszmaru, adrenalina rośnie, osiąga swe apogeum wraz z pobudką by wyrwać mnie z tych koszmarnych wizji. Przeklęty sen. Tak bardzo chcę zasnąć by móc ujrzeć jej ciemne, mętne oczy, by znów dotknąć jej cudnych czerwonych włosów. Gdy śnisz świat urojony zlewa się z rzeczywistością, po pobudce znów nie możesz odróżnić snu od jawy. Piekło powraca.

Ludożerca kieruje swe kroki do drzwi by zmierzyć się ze swym przeznaczeniem, by dopełnić przeznaczenia, narodzić się na pustyni. Plastikowa pustynia bez złudzeń.

Wyszedłem by zmierzyć się z prawdą, lecz okrutna ręka rzeczywistości znów zagarnęła me myśli by pozostawić mnie bez żadnego wyjścia, w pułapce nie opisanego zmieszania i niewiedzy.

Jej oczy błyszczały nieskrępowaniem i wyczuciem przeszłych wydarzeń, nigdy zaś nie pozwalała odgadnąć czy sen pogrążył jej oczy w zamknięciu (drzwi percepcji nigdy nie otwierają się samoczynnie). Jej usta wyglądały tak ponętnie, gdy mówiła o horrorze spisanym w wielostronicowej książce. Teraz te same usta skrywały jakąś tajemnicę. W milczeniu nie ma wyrazu, w milczeniu nie ma co odgadnąć. Jej cichy szept stał się nieskończoną sekunda w istnieniu nieśmiertelnego.


III. Kapłanka z piekieł

Dzikie, nieświeże powietrze przedarło się przez okna do pokoju, w którym kapłanka ściskała młodego, sztywnego kutasa obślinionego uśmiechem jej ust. Wyczuła zapach mimo ciepłej spermy na jej policzkach, z zadowoleniem zaciągnęła się odorem, co jeszcze bardziej wyzwoliło w niej okazałą żądzę. Szybkim ruchem pochwyciła sztylet i odcięła penisa. Tryskająca krew ubrudziła jej twarz, a usta okryły się chłodną pulsującą krwią. Krew i sperma - to wyraźnie sprawiało jej radochę.


IV. Ćma

Wyłania się z mroku jak ćma, wyciąga swą dłoń (jego szpony głaszczą twoją szyję), ofiarujesz mu swe serce, jest takie brudne, gdy zbliża się do ciebie, czujesz jego zimny oddech na szyi, dotykasz jego piersi, czujesz jego gorące, bijące serce, dotykasz ponownie, bicie ustaje...

-Jesteś mą wybranką!
-To niemożliwe!
-Jestem tym, którego pragniesz!
-To niemożliwe!

Kiedy przejdziesz przez bramę mego nieba, uświadomisz sobie jak dobrze ci było w piekle: "wszystko co mówił stało się prawdą..." Teraz wiesz, nie ma powrotu do świata, który sobie wyśniłaś!


V. Potwór

Poznajesz mnie słysząc chropowaty syk metalicznego miecza szarpiącego twe ubranie. Gdy próbujesz spojrzeć naga broń, oblana krwią, wibruje twe piękne oczy, nie czujesz bólu, bo strach paraliżuje twe nędzne ciało. Czujesz ostre kły i wstrętny oddech na swej szyi. Nigdy wcześniej nie czułaś takiego bólu miedzy nogami. Wchodzę w ciebie sztyletem - pragniesz umrzeć (śmierć i zgnilizna zawieszona w powietrzu), lecz nie odejdziesz tak szybko jakbyś tego pragnęła. Twe zużyte ciało stanie się pokarmem dla milionów potworów, gdy będziesz jeszcze oddychać. śmierć za życia, nieustanny ból i upokorzenie. Twa krew zlizywana przez metaliczne chropowate ostrze mego języka, okaleczona i niewidoma, wykorzystana i nie-porzucona.


VII. Zakrzepła krew na łonie dziwki

Widziałem cię dzisiaj, w ten dzień niesamowity, poranek przynoszący na myśl wymioty. Słodko przeszłaś obok mnie, z twych oczu płynęła drwina i rozpływała się na mnie jak miód w mleku. Twoja postawa wymownie świadczyła o twym zgonie (ciche głosy się odezwały), trupie spojrzenie, od krwi zakrzepła ślina, wydawało się iż próbujesz skakać próbując dotknąć nieba ("to niemożliwe"), wierzgałaś jak dziki koń próbując odpędzić od siebie demony przylegające do twej duszy.

Ten dzień niesamowity przykryła garść gęstego wymiotu, a słońce dopiero budziło się do służby. Teraz, gdy księżyc próbuje oświetlić nagą noc, ten sam paw stwardniał na mojej głowie, jakby miało to coś znaczyć, jakby to miało jakąś wymowę (czy pragnę umrzeć jak kiedyś?)

Pustka w oku, rozbudzona przez zlane potem demony, powracające do swego żywiciela, proszące, domagające się, rozkazujące stawić się u bram przeznaczenia. Płomień na cichym wietrze znów zaczyna się kołysać, pragnąc wrócić prochom zmarłych ich dusze (czy pozwolę na powolny rozkład istnienia?)

W te dni przygasłe nastąpiło nieoczekiwane wyrównanie sił w szeregach zmagających się bestii i demonów (czyżby powrót do zamierzchłych losów mógł być prawdą?) Ponowne rozrywanie kartki na płonącym stosie. Brzmi znajomo w niemych, uśmiechniętych ustach Kurwy. Krzyki, wrzaski, rozkosze cierpienia, to wszystko dla Ciebie!


VIII. Koniec

Demon przeszłości, zjawa z lat młodości, zrodzony z iluzji, halucynacji i pragnień, osłabiony przez fontannę krwi i nagą dziwkę. Teraz jest większy, ciemniejszy, bardziej przerażający. Jego ślepia pełne są furii. Jego kły jak stal zahartowane, niezniszczalne, wielkie. Mordę demona spowija czerwona opłakana gorącymi łzami, zakrzepła, blado czerwona strużka krwii jego niedoszłej ofiary. Zielone oczy nie zapomniały o mnie. Demon stał się bardziej elastyczny, nieugięty, zmądrzał.

Przez czas jego absencji nie próżnowałem, zdobyłem nowe zdolności - umiejętność przewidywania przyszłości oraz rozmowy ze zjawami, zlikwidowałem moje słaby punkty, okupując je czarnymi jak smoła wyżyczeniami, potem i łzami.

Demon zaczął wojować podkopując fundamenty mojego życia. Rzucił się na mnie z opętaniem w oku, ostrymi kłami chwytając mój bark, szponami wbijając się w klatkę piersiową, naciska najmocniej jak potrafił, w czasie apogeum bólu obluzywał zacisk zębów abym nie przekroczył graniczy wytrzymałości. W czasie największego bólu i rozkoszy rozmawiałem ze zmarłymi przodkami uzmysławiając mu jaka piękna może być śmierć bez cierpienia, jednak popołudniu przestanę mu wierzyć, aby przeżyć i dotrwać nadstępnego apogeum cierpienia.

Zielone oczy nie zapomniały o mnie - zabił już jej duszę, teraz powrócił do mnie abym zmierzył się z nim, lecz odmówiłem - wskazał ręką na nią i wiedziałem wtedy, że nie tak łatwo mu odmówić. Walka rozpoczęta, jestem silny, ale on okradł wiele istnień z duszy i przeistoczył się w niezwykle mocnego wampira. Jego syk (to już nie jest skowyt) jest niczym czyste zło, jego jad zaczął odbierać nie tylko duszę.

Zobaczyłem oczy indianina - zaciśnięte tęczówki, obłąkane, głębokie źrenice i morza nieskończonej bieli. Wydawał się być opętany. Ale miał w sobie jednocześnie niespożyty spokój (ani się nie uśmiechał, ani cierpiał).

Krwawa walka rozgrywa się całą dobę - to nie jest już ten sam demon, który atakował pod wieczór i łagodził swe natarcia razem ze świtem - teraz walka trwa od świtu do świtu - aczkolwiek radzę sobie z natarciem w późnych godzinach po południowych, ale reszta dnia jest udręką - prawdziwą rozkoszą dla masochistów i przykładem dla wyrafinowanego sadysty.

Sunie niczym antyczny gad, z godnością i wyrafinowaniem przemierza centymetry mojej skóry, szuka szczeliny, przez którą mógłby dostać się pod skórę, do krwi, z którą mógłby przepłynąć od palców stóp aż po cebulki włosów, do krwi, dzięki której dostałby się do środka głowy, do przewodu, pomostu z duszą.

Pragnę wypędzić go spod skóry wytępić spod zgięć łokcia, przemieszcza się ku dłoni, próbuję go zabić żyletką, ale zamiast umierać rozpływa się razem z ciemnością i wnika zachłannie do układu krwionośnego. Tracę zmysły, szukam ucieczki oderwania się od siebie. Tracę świadomość...

To jest twój tekst.
Nie możesz na niego głosować.
słaby 4 głosy
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
ktos
ktos 14 listopada 2006, 07:37
Kupa we mgle
483 wyświetlenia
przysłano: 27 kwietnia 2001

Inne teksty autora

Gramofony, radia, aparaty

Topanaris, wiersz

...

karolaaa, wiersz

Spleen

Charles Baudelaire, wiersz klasyka

Moje życie

Artur Rimbaud, wiersz klasyka

Spleen

Charles Baudelaire, wiersz klasyka

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło