Bellum parate, quoniam pace pati non potuistis.
— Tytus Liwiusz
Uderz prawdziwą ciszą w kamień, a ten rozpadnie się,
choćby uzbrojono go w szczęki żelaza i miotacze ognia,
nie wytrzyma on milczenia gotującego się ze wszelkich stron,
jak te, które słyszałem ostatnio chociażby w Tel Awiwie;
cicho jak po bitwie — jedynie wiatr strącał kasztany z pancerzy drzew,
okna parowały grobowym śmiechem,
asfalt jarzył się siarką i czadem betonu,
najcięższe cumulusy nie mogły przedziurawić horyzontu.
Pozorne niebo — powtórzmy, pozorne —
w tym niebie wciąż wyczekuje się bowiem tego,
czego nieświadomie wypatrujemy wszyscy:
pokoju — tak, pokoju.
Jakieś twarze, zapłakane chlorem źrenice
widziały przecież pokój spalający się na horyzoncie
niczym kometa Halleya poświęcona ołtarzowi Atlasa;
widzieli już pokój kruchy kruchością antycznego marmuru,
a którego żądają całą potęgą oddechu — jak cały nasz gatunek.
Drapacze chmur wyrastały jak tytani z ziemi,
kluby zatruwały nozdrza konopiami i trunkami,
tęcza jaśniała na gejowskich flagach,
doniczki wyrastały drętwo z parapetów,
Słonce przetapiało niebo,
jęczące śpiewy dochodziły z synagogi;
gdzieniegdzie gwiazda Dawida powiewała na miedzianym proporcu.
Pusto, próżno — jasno jak w czyśćcu.
Ktoś porwał niedawno w tej okolicy zakładników,
zaciągnął pod krzyk luf wylosowane twarze na festiwalu,
zatruwając karabinami psychodeliczne powietrze;
wybuchła wojna — rodziny czekały na swych bliskich,
mężów, ojców, dzieci et cetera,
z coraz większym zawodem patrząc na swego premiera,
któremu pieniądze wroga uwiodły całkowicie ducha,
nienawiść do sąsiada popchnęła w paranoję.
Co niby mieliby mieć ze sobą wspólnego
samotna matka i terrorysta,
szpital i kryjówka gwałcicieli?
Dla niego jest to jedno i to samo.
Wcześniej protestowano wyłącznie przeciw niszczeniu państwa,
od tamtych dni również przeciw niszczeniu cudzego narodu;
„nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie” —
to miało być ostrzeżenie przed pobłażliwością,
a nie apologia oka za oko.
Oba narody płakały jak nigdy w swej historii nad własnym losem,
chcąc być może zburzenia wszelkich murów,
tłamszących byty w czeluści zniszczenia;
oba narody prawdopodobnie nie mogły już znieść swej martyrologii,
schylającej ku pustocie zdrowy rozsądek,
rozbijającej do cna meandry historii
i prawie na pewno zapragnęły — pojednania.
Pojednanie — jest to wprawdzie piękne słowo,
lecz czy zdoła ono wzbić się kiedyś w azocie nienawiści,
przełamać pięścią szklane łzy,
otulić bliskiego samobójstwa ojca
i wypalić mieczem miecze rasizmu
przypominając, że jesteśmy dziećmi jednego Boga?
Niekiedy śmiem w to wątpić.
Otwarłem oczy w tym królestwie skrzywionych dróg,
gdy szabat owładnął swą ręką Tel Awiw;
ani jeden gołąb nie odważył się wzbić ponad Słońce,
stopa nie paliła haluksami chodnika,
trwa wojna — nie można wychylać się z cienia śmierci,
trwa dzień święty — nie można obrażać swego Stwórcy,
tykając lekkomyślnie przycisk w windzie,
przeglądając Instagrama z gumą balonową w ustach,
jeżdżąc samochodem po Hajfie czy Aszdodzie;
tu ma być cicho!
Chodziłem tam praktycznie niezauważony,
nikt nie próbował mnie zaczepiać ani szantażować,
było wręcz nienaturalnie spokojnie.
Jedynie świsty rakiet na rozdrożu kilometrów,
sporadycznie trzeszczące w uszach,
mogły szeptać niczym chór Sofoklesa:
nie próbuj bawić się w Antygonę — tu nie ma miejsca na bohaterstwo.
Spostrzegłem w końcu kogoś, kto wyglądał wyjątkowo nieswojo,
co z tego, że nie płakał, skoro oczy miał tak naprawdę na innej planecie;
marynarka kłuła ślepia wojskowym granatem,
T-shirt tak prosty, że wręcz żałosny sterczał mu na piersi,
włosy miał posiwiałe do ostatniej cebulki,
cera prawie pożółkła — żółta wstążka w klapie.
Szedł z lekko schyloną głową, milcząc jak zaklęty,
jakby jeden z tych ludzi, uprowadzonych w oparach października,
był z jego właśnie rodziny, kręgu znajomych, przyjaciół —
sześćdziesięciolatek ze spojrzeniem umarłego.
Potknęliśmy się — mniejsza o roztrząsanie, kto zaczął;
odburknął: przepraszam i podniósł głowę,
tak że niemal zadrżałem pod wagą jego spojrzenia.
Nie patrzył jak ktoś, komu jakkolwiek zależy,
kto wie, czy nie miał nawet pociętych po cichu tętnic
pod zbroją militarnego dress code’u i zaciśniętych zębów.
Wiertarki ze źrenicami, nie oczodoły.
Odszedł bez słowa, a mnie myśli kołatały się po głowie:
czyż nie widziałem kiedyś tej twarzy, tej surowości, tych oczu?
Cóż, okazało się, że tak.
Były dziennikarz — być może relacjonował podobne tragedie
na ojczystej ziemi, tak potężnie skrwawionej niezrozumieniem;
prezenter telewizyjny — a telewizja nigdy nie była przecież monolitem,
nadawano w niej i dziecięce wieczorynki i państwowe pogrzeby,
tak że świat jawił się w niej jak kosmiczny kalejdoskop goryczy i radości;
lider opozycji — niełatwa robota,
albo jesteś kochany jako alternatywa, albo oczerniany
tym bardziej, jeśli nie byłeś związany z tymi meandrami od zawsze;
były premier — czapki i czapeczki z głów,
szkoda tylko, że był tym premierem tak krótko.
Człowiek ten od zawsze marzył o państwie, które nie będzie skansenem,
którego nie będzie się wyśmiewać jako zaściankowego,
walczy o to do dzisiaj — ileż mój naród widział już takich buntowników,
zrywano się w środku nocy, by przećwiczyć bagnety i karabiny,
układano najpiękniejsze frazesy na swe iluzoryczne zwycięstwo,
myślano pięć lat do przodu, gdy trzeba było przeżyć następną dobę.
Może on osiągnąć więcej niż tamci
choćby dlatego, że nie jest populistą przyklejonym do megafonu,
ma plan, ma serce — (serce, dwuznaczne to miano);
i nie sprzedaje swej duszy za miskę soczewicy
jak Ezaw zrzekający się przywileju dla nędznej wydmuszki.
On wie, jak budować, a nie burzyć,
wie, że nie od razu taki Tel Awiw zbudowano
i że trzeba zrosić niejedną cegłę łzami i żółcią gniewu,
by pozostawić po sobie coś cenniejszego niż pustaki.
Uderz prawdziwą ciszą w kamień, a ten rozpadnie się,
bo nawet ona potrafi przecież wznosić prawdziwe potęgi;
nie bez racji Rzymianie czcili Angeronę jako jedną z patronek
i składali jej ofiary w Panteonie oraz świątyniach na skrajach imperium,
bo rozumieli, że gadulstwem nie da się stworzyć niczego nowego.
Oby i ludzie, jak ten właśnie przechodzień,
wykorzystali to jako swą broń przeciw głupocie
zalęgającej się dziś jak pajęczyna w mózgach i duszach
i sprawili, że w Tel Awiwie i wszędzie indziej na tym globie
cisza i mądrość odbiorą ostatnie słowo demagogom.
— 5 XI 2025r.