Mądrze piszą ci ludzie
o relacjach, o swawoli,
ale jak to wprowadzić w życie,
które czasem kopie w tyłek
i pyta: „no to co dalej?”
Wiem, że wy to widzicie.
Srebrne wersy układam w piosenki,
czasem chciałabym za kimś zatęsknić,
ale póki co mam w sobie
tylko pół kubka herbaty
i głuche nic.
Pr przyszłej prawniczki —
inteligentna, poważna…
No, przynajmniej na papierze.
A ja? Tańczę nago przed lustrem,
bo życie to teatr,
życie to gra,
czasem kabaret,
czasem szkło na podłodze —
ale hej, przynajmniej mam widownię!
Włącz mi coś śmiesznego, głośno,
jakoś to wszystko ogarnę,
przecież czas jeszcze mam.
Jak zdobędę szczyty,
to przynajmniej zgarnę nagrodę —
ale duszy nie sprzedam,
maszyną nie zostanę,
bo wtedy zginę,
a ja lubię, jak życie płynie,
czasem jak woda w fontannie — kręci i bawi.
Ile można się śmiać z siebie?
Ile można wydawać na pierdoły?
Można wszystko!
Można zgubić się idąc do szkoły
sześć minut drogi,
i jeszcze udawać, że to trening na maraton.
Dryfuję dalej,
pseudo-inteligentna,
trochę błyskotliwa,
trochę zwykła,
ale ciągle zabawna.
Lubię ludzi,
co coś czują,
i mówią mi, że jestem piękna,
nawet jeśli wyglądam jak poniedziałek o szóstej rano.
Wypakowałam trzy walizki,
ostatnia jeszcze czeka.
Chrzanić to wszystko i wszystkich —
życie nie ucieka,
a ja wrzucam bieg
i jadę,
z uśmiechem i sneakersami w ręku,
bo kto powiedział, że dorosłość musi być nudna?
Dryfuję dalej,
pseudo-inteligentna,
trochę błyskotliwa,
trochę zwykła,
ale ciągle zabawna.
Lubię ludzi,
co coś czują,
i mówią mi, że jestem piękna,
nawet jeśli wyglądam jak poniedziałek o szóstej rano.