Mówią, że mam coś w spojrzeniu,
ale spokojnie —
to tylko zmęczenie materiału
i odrobina niebezpiecznego uroku.
Trochę skromna,
trochę pewna siebie,
taka mieszanka,
przy której nie wiesz,
czy chcesz podejść,
czy lepiej się ogarnąć najpierw w lustrze.
Bywam słodka,
ale bez przesady —
cukier i tak mam w oczach,
reszty nie trzeba dosładzać.
Bywam chłodna,
ale to tylko intro,
bo każda dobra historia
zaczyna się od lekkiego dystansu.
Nie jestem femme fatale,
ale potrafię spojrzeć tak,
że nagle zapominasz,
co miałeś powiedzieć.
Zdarza się.
Umiem być sexy,
ale bardziej w stylu:
„chodź, pośmiejemy się z życia
i zobaczymy, gdzie nas to poniesie”,
niż w stylu czerwonej szminki
i dramatycznego wejścia.
Wiesz…
ja działam jak push-up dla męskiej odwagi:
trochę podnoszę,
trochę poprawiam,
trochę sprawiam,
że serce bije ci odrobinę głośniej
niż powinno.
Znam swoje wady —
niektóre są wręcz urocze,
inne to klasyczne „proszę, nie uciekaj”.
Ale jakoś tak wychodzi,
że ludzie zostają dłużej
niż planowali.
Flirtuję lekko,
z uśmiechem,
tak żebyś nie wiedział,
czy żartuję,
czy jednak naprawdę mam ochotę
przysiąść się trochę bliżej.
Bo w gruncie rzeczy
jestem prosta:
lubię śmiech,
ładny zapach,
i ludzi, którzy widzą mnie dalej
niż moje rzęsy.
A jak coś wyjdzie z tego więcej —
to spoko.
A jak nie —
też dobrze.
Bo ja zawsze trzymam dystans…
przynajmniej na początku.