Trzymał nas od siebie cichy lęk,
taki, który nie krzyczy,
a jednak prowadzi nas w różne strony.
Nie wiem, dlaczego łatwiej udawać dystans,
niż przyznać, że komuś naprawdę zależy.
Zmęczenie przychodzi samo —
tym czekaniem, tym patrzeniem
odrobinę dłużej, niż powinniśmy.
Każda myśl o bliskości
wydaje się zbyt odważna,
a jednak nie znika.
Jak dotknąć czyjegoś ciepła,
gdy druga osoba wciąż się cofa?
Byliśmy dla siebie jak zakazany owoc,
choć niewiele o sobie wiemy.
A jednak jest w tym coś,
co mówi, że jeśli się odważymy,
możemy przestać się bać.
Czy cuda jeszcze się zdarzają?
Czy warto zaczynać coś,
co może nas zmienić?
Może to tylko sen,
krótkie marzenie o bliskości,
która przychodzi bez słów,
po cichu, zwyczajnie.
Telefon milczy, godziny uciekają,
a ja chcę tylko położyć głowę
blisko czyjegoś ramienia,
albo pozwolić, by ktoś
oparł się o moje.
Poranek budzi jak zawsze,
a jednak myśl zostaje:
że ktoś, o kim śnię,
ciągle jest tuż obok.
Może wystarczy jeden krok.
Może wystarczy chwilę nie uciekać.
Może wystarczy pozwolić sobie
na bycie znalezionym
przez tych, którzy nie chcą ranić.