Szepty, krzyki

Jakub Adamek

Zaprzysiężył się dzień kalendarza,

Ze stycznia dwudziesty czwarty,

Izba ogołocona spoczywała w bieli,

Na środku stolik z obrusa czerni.


Zająłem miejsce w wygodzie kruchej,

Bowiem zadręczał mnie głos od siódmej,

Zaciążał szumem krzyków i mrozem,

Zgorzkniały widok ukazał się przed oczem.


Posturą karykatury i śliną krwistą, cieknącą,

Usta rozgoryczone, kąciki szpiczastym ostrzem,

Rozcięte — jak gdyby prośbą szemrzącą,

Raz ujawniał się a ni raz ubywał mi przed nosem.


Gnębi mnie odkąd siedem lat ukończylem,

Zaglądał z kałuż i zaparowanych okien,

Nakazywał niczym car podwałdnym,

Iż założył na mnie kajdany.


Radowały mnie ucieczki w lasu świeże wichery,

Nim czasu skraplało więcej, tym zowąd ciemny,

Listek każdy się stawał, aż krajobraz pochłaniał,

Ujawniwszy — tylko jednym okiem się przedstawiał.


Wszystkie dobroci, szkarłatne, złote, szklane,

Skurszały się, spod tworzywa wypełzały robaki,

Wnet jak w uroczystej restauracji podali mi danie,

To wysnuły się tym razem pluskwy i larwy.


Przyjacielski orszak zwrócił się ku wschodzie,

A mój dom przecież ustawał w zachodzie,

Jak na złość, przesunąć się tam nie raczył,

Rychło pojąłem, iż opuścili mnie na zawsze,


Czego ON chce? Wyrywam kartki, dym wchłania zasłony,

Zapalę ściany i nikt nie ujdzie żywy,

Czy to zwierzę, człowiek, czy wyrwany z czerni,

ON, ustanie mnie gnębić!


(...)


Zmęczonym ruchem padam śród płomieni,

Ciemięży się duchota, a ja nawet nie szlocham,

Ogniste bramy rwą się jak

lwice,

A mnie jednooki obserwuje w udręce.


Jakub Adamek
Jakub Adamek
Wiersz · 6 stycznia 2026
anonim