Zaprzysiężył się dzień kalendarza,
Ze stycznia dwudziesty czwarty,
Izba ogołocona spoczywała w bieli,
Na środku stolik z obrusa czerni.
Zająłem miejsce w wygodzie kruchej,
Bowiem zadręczał mnie głos od siódmej,
Zaciążał szumem krzyków i mrozem,
Zgorzkniały widok ukazał się przed oczem.
Posturą karykatury i śliną krwistą, cieknącą,
Usta rozgoryczone, kąciki szpiczastym ostrzem,
Rozcięte — jak gdyby prośbą szemrzącą,
Raz ujawniał się a ni raz ubywał mi przed nosem.
Gnębi mnie odkąd siedem lat ukończylem,
Zaglądał z kałuż i zaparowanych okien,
Nakazywał niczym car podwałdnym,
Iż założył na mnie kajdany.
Radowały mnie ucieczki w lasu świeże wichery,
Nim czasu skraplało więcej, tym zowąd ciemny,
Listek każdy się stawał, aż krajobraz pochłaniał,
Ujawniwszy — tylko jednym okiem się przedstawiał.
Wszystkie dobroci, szkarłatne, złote, szklane,
Skurszały się, spod tworzywa wypełzały robaki,
Wnet jak w uroczystej restauracji podali mi danie,
To wysnuły się tym razem pluskwy i larwy.
Przyjacielski orszak zwrócił się ku wschodzie,
A mój dom przecież ustawał w zachodzie,
Jak na złość, przesunąć się tam nie raczył,
Rychło pojąłem, iż opuścili mnie na zawsze,
Czego ON chce? Wyrywam kartki, dym wchłania zasłony,
Zapalę ściany i nikt nie ujdzie żywy,
Czy to zwierzę, człowiek, czy wyrwany z czerni,
ON, ustanie mnie gnębić!
(...)
Zmęczonym ruchem padam śród płomieni,
Ciemięży się duchota, a ja nawet nie szlocham,
Ogniste bramy rwą się jak
lwice,
A mnie jednooki obserwuje w udręce.