ból

Dawid Motyka

kiedy niebo jak ołowiany wór

w krwisto tłumi wrota spiętrzonych głów

gdy z cienia niemrawy odór rodzi ból

barbarzyńsko się wolno wlecze w rów


kiedy powietrze nabiera stęchlizny nabrzmiałej

skąd umiera chciwość ten parszywy wróg

jak pajęcze myśli w złość zaradcze chyli się to w chwałę

rozwesela swą twarz o kamienny róg


gdy słońce z zaćmienia robi więzienie

i kraty nabierają ostatnie tchnienie zapomnienia

i na sztormie w swe sidła rozprzestrzenia swe cierpienie

żywy diament co mieścił swe padliny ze zranienia


krzyże nagle z uskrzydloną ponętnością się zwalniają

posyłając wątły cios anioła

jak poganie co od czeluści się to drwiną a zmagają

i nocami narzekają na los kościoła


a w belce oko zaś spleśniałe

w bezludnym dźwięku ktoś tu jęczy

w mojej twarzy schyłek znów przegrałem

mieczem zatykam groźny lęk co dręczy

Dawid Motyka
Dawid Motyka
Wiersz · 2 lutego 2026
anonim