Z nad horyzontu nadciąga smolista burza,
a wraz z nią i kres nasz ubogi.
Ukrywajmy się w gliniastych norach
niczym szczury, którymi jesteśmy.
Łapmy się za ręce,
pokutujmy z nieszczerymi umysłami.
Czyśćmy języki psalmami,
brudząc fałszerstwami.
Tulmy nasze pociechy,
torturując je nocami.
Płaczmy nad umierającymi,
okradając ich majętności.
Krwiste pioruny oznajmiły Ich przybycie,
wszyscy jesteśmy zgubieni.
Niszczą wszystko wokół,
tańcząc na naszych zgliszczach.
Długie szpony rozrywają szkliste Niebo,
wpuszczając ciemną maź.
Wszystkich nas pochłonie!
Wszyscy zatoniemy w niej rozkosznie!
Pożerajmy własne dzieci,
oddawajmy się rozpuście.
Niechże obserwują mętnymi oczami,
oto nadszedł dzień błogosławiony.
Rozrywamy nasze ciała,
wyjadając wzajemnie swe organy.
Wszyscy upadliśmy w zepsucie,
zaprowadzając tym upragnioną ciszę.