Ile mam jeszcze dźwigać, powiedz, Panie,
ten wir myśli w rozpalonej głowie?
Pot na czole — jak znamię, jak zniewolenie,
a Ty milczysz. Czy naprawdę nic nie powiesz?
Ile mam słuchać świata krzyku,
wiadomości jak kul wystrzałów?
Obcych twarzy w każdym człowieku,
pustych gestów, świętych banałów?
Nadzieję wpychasz w beznadzieję,
jakby to była próba wiary.
Każesz mi wierzyć, kiedy się chwieje
grunt pode mną — pełen ofiary.
Mówisz: „kochaj”. A wokół noże.
Mówisz: „wybacz”. — gdy policzek piecze.
Ile wytrzyma ciało i serce?
Ile Twój człowiek jeszcze uniesie?
Błędy i kryzys — mój codzienny chleb.
Relacje spalone do nagiej ziemi.
Szukałem Ciebie wśród ciszy i mgieł —
odpowiedziałeś… cudzym milczeniem.
Kłamstwo ma dzisiaj złote ołtarze,
fałsz chodzi dumnie w imię wspólnoty.
Prawda jest bosa, stoi na skraju,
Ja nie pojmuje jej istoty
Praca pożera moje jutro,
jak wilk, co syci się cudzym czasem.
Życia szukam — życia, nie złudzeń —
a dostaję rachunek z hałasem.
Wojny na świecie i wojny w sercu,
kruszec cenniejszy niż ludzka krew.
Powiedz mi, Boże — gdzie jest granica?
Gdzie kończy się próba, a zaczyna gniew?
Nie chcę już szeptu w miękkiej modlitwie.
Nie chcę metafor jak bandaży.
Jeśliś mnie stworzył na swoje odbicie —
to czemu pękam w każdej twarzy?
Powiedz mi wreszcie, bez górnolotnych słów,
bez ciszy ciężkiej jak kamień w niebie:
ile wytrzyma z gliny Twój twór,
nim się rozpadnie patrząc na Ciebie?