Pamięci mojej siostry, Natalii.
Przychodzi do ludzi w kostiumie niby-mnicha,
z oczami czarnymi jak próżnia, zsiniałymi ustami,
pytając, czy jest ten, kogo chce zabrać ze sobą.
Jeśli ten się znalazł, uśmierca go bez wątpliwości.
Na nic zda się płacz rodziny i kościelne dzwony
dudniące, gdy po raz ostatni wyprowadza się urnę na cmentarz.
Czas musi wybić ostatnią godzinę.
Potrafi wcisnąć się wszędzie. Każdego porazi swymi palcami,
zaciągnie za gardło do transcendentnej czerni
i zostawi samemu sobie niezależnie, kim był za życia.
Przestępcy, zakonnicy, sędziowie, bezdomni.
Jeden zmarł w więziennym szpitalu, drugi w klasztorze,
trzeci we własnym domu, a ostatni na ulicy.
Część z nich mogła pogardzać wonią kadzidła,
zapełniającego powietrze zapachem Lewantu;
teraz i tak będzie ono cuchnieć nad ich trumną.
Istniała jak najstarszy byt świata, zanim ludzkość w ogóle się narodziła.
Nikt nie podałby daty jej narodzin, nikt nie wie, kiedy odejdzie.
Nie ma człowieka, którego nie zmiażdżyłaby swą siłą.
Czuwała po cichu nad zwłokami Hektora i Achillesa,
widziała krew i wodę barwiące skały Kalwarii,
Joannę d’Arc i Husa płonących na stosie,
ofiary hiszpanki w przeludnionych szpitalach,
Żydów uśmiercanych kominem w mrokach Auschwitz.
Niewiele jest w stanie ją zaskoczyć.
Trudno wierzyć w jakieś inne życie,
gdy już tu widać ludzi odchodzących przez widzimisię losu;
nieraz nie dało się z nimi pożegnać, powiedzieć czegokolwiek
tak, że pozostała tylko pamięć, ta ludzka i modlitewna.
Ale jeszcze trudniej w to wierzyć, patrząc na życie jako takie.
Ludzie ze skrwawionym sumieniem uciekają przed karą,
ci uczciwi są prześladowani przez stalkera czy nożownika.
Jeden człowiek ma wodę pitną, drugi już nie.
Jakiś mężczyzna umrze jako stulatek, inny jako ośmiolatek.
Nadzieja łamie się jak źdźbło trawy.
Pewien poeta zrozumiał, że to tylko jedna strona medalu,
gdy sam nie mógł znaleźć drogi, pośród czerni skostniałych drzew
i dopiero największy mentor wskazał mu drogę —
człowiek bez przerwy myślący o poemacie idealnym
mającym sławić cesarza pod świętą maską mitologii,
którego i tak nie skończył, pisząc po trzy wersy dziennie.
Dotarł z nim, zmrożony widokiem dusz zgniłych czy stęskniałych
tam, gdzie mógł już spostrzec swą dawną królową,
pogrzebaną w wieku anioła, wciąż widzącą w nim ukochanego.
Opuściła go dopiero tam, gdzie nie powinna już mieć otwartych oczu.
Jednak wiele ludzi, wypłakujących się w chusteczki na cmentarzach,
zdaje się lepiej pamiętać inny moment,
ten słynny napis nad bramą do dziewięciu kręgów:
„Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate”.
Nie. Nie powinniście porzucać nadziei.
Źdźbło trawy złamie się pod byle naporem wiatru,
czarna dziura zabije każde światło, jakie przejdzie przez jej horyzont,
zaprószony proch zawsze wystrzeli ogniem ku niebu.
To prawda. W tych rejonach śmierć nie zna miłosierdzia.
Lecz jeśli potrafimy tworzyć siedmiorakie barokowe sztuczydła,
symfonie fałszujące jak czyśćcowa kakofonia dla grzeszników,
romanse plujące na miłość, nacjonalistyczne manifesty,
to czemu nie zadbamy o pamięć tych, których już z nami nie ma?
Róża z Empireum przebiła burzowe chmury.
Żonkile pachną rozsypane po ulicach, tuż obok szczątków getta,
forsycja wypełza ze sczerniałej gleby, by zaczerpnąć powietrza.
Śmierć nie ma nad tymi kwiatami władzy.
Nawet Tanatos i Hades nie wyssą z nich życia.
Niech choćby i te kwiaty będą naszą bronią
przeciw przemijaniu, gniciu zmarłych w próżni czasu,
jak ta róża, jako najświętszy monument Empireum
czy forsycja zabarwiająca świat po bezduszności zimy.
Powiedzmy „nie”, postawmy mur widmu zapomnienia,
by zamilczeć przez chwilę nad ciałami pod murami Troi,
Persami pod Issos, Rzymianami na Polach Katalaunijskich,
nad wiecznością, nadzieją, kruchością ludzkiej pamięci
i nad wszystkim, co transcendentne.
— 29 III 2026r.