Melancholia

Szymon Pękalski

Już zakwitły krokusy w przepaści nieba,

znów w duszy mojej melancholia.

Zieleń wypełza jak dżdżownica.

Sosny otulają się liśćmi cienkimi jak mgła.

Choć cytrynki i słowiki latają pod cirrusami,

mnie ciągle czegoś brak.

Nie chcę chodzić opatulony w czerni,

bez uśmiechu, muszę komuś o tym powiedzieć,

gdy serce we mnie jęczy zamiast śpiewać,

o, śpiewać choćby i powstańcze pieśni.


Wielką i ciężką jest melancholia.

Mój duch odpływa od ziemi tam, gdzie chce odetchnąć,

na trawnik w miejskim parku, do ogrodu botanicznego,

gdy lilie błyszczą w przezroczystej tafli.

Anegdota o szkole wlatuje do pamięci,

uśmiecham się — chwilowo — wraca zaduma.

Nie chcę słodzić kawy ani herbaty.

Odechciewa mi się wypełniać sudoku.

Przychodzą po mnie ciężkie, duszące sny,

gdzie żona zdradza ze śmiechem męża,

a krzak bzu płonie, oddycha sercem piorunu.

Budzę się później spocony, z zamglonymi oczami

i nie wiem, co robić.


Milczenie jak w grobie.

Powietrze szumi jak posłaniec podziemi,

ściemniała chmura wchodzi na horyzont. Bzyczą pszczoły.


Nie myśl, przyjacielu, że przeżywam teraz jakieś tortury,

krzyczę, chodzę od ściany do ściany, mam myśli samobójcze.

Dni zawsze będą strzelały pociskami,

noce już zaczynają czernieć jak sadza.

Wielkanocne jajko upadło mi na podłogę

i nie chciałem go podnieść.

Hostia sfrunęła z moich ust na posadzkę

ku memu najwyższemu szokowi.


Słychać połysk szkła.

Znudzona sąsiadka zajada majonez,

jakby dzięki niemu umierała w niej melancholia.

Ksiądz paraduje z paschałem i wyłącza światła.

Podchodzę z lornetką do niewidzialnych gwiazd

teraz, gdy słońce rozcapierza swe promienie jak pająk;

przyglądam się chmurom ciemnym, cienkim,

przerzedzonym przez transcendentne sito

i myślę, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu,

czemu nie są niebieskie.


— 4 IV 2026r.

Szymon Pękalski
Szymon Pękalski
Wiersz · 4 kwietnia 2026
anonim