Pokaz mody

Szymon Pękalski

Serpentyna, muślin, len, bawełna —

wszystko rzucić ludowi do degustowania oczami.

Niech zobaczy chociaż na chwilę inny świat,

gdzie nawet najmniejsze troski zapija się likierami,

a ubóstwo straszy jak ułuda czy sen dziecięcy.


Wełna, jedwab, tafta, wszelkiej maści dzianiny.

Czas zapalić metalowe lampy pod metalowym sufitem,

albowiem nawet światło zapomniało, czym jest ciepło.

Horda celebrytów przyjedzie tu na dywan

czerwony, żółty, choćby i wściekle fioletowy.


Wszyscy będą pozować przed obiektywami

i ich wulgarnie otwartymi oczami.


Tutaj zwykły smoking jest bastionem konserwatyzmu,

a krzyżyk na szyi apostołem zabobonów.

Odradza się tu brać przykład z Beatlesów!

Ich proste garnitury koszmarnie się zestarzały.


Przyjadą tu aktorzy, modele, piosenkarze

i pisarze bajdurzący o Thomasie Mannie.

Błyszczyki w dłoń! Oto wjeżdża pierwsza limuzyna

z mężczyzną mizdrzącym się jak stripitzerka.


Jego usta wykute jakby z żelaza i malin,

a spodnie mienią mu się sczerniałymi brokatami.

Nawet jego quasi-koszula nie ma nic z bieli.

Czy to jakiś czarnoksiężnik przyszedł się popisać?

Nie, aktorzyna niegrający od dziesięciu lat.

Jego sztyblety zapewne mają ich tyle samo.


A co to za brunetka po drugiej stronie?

Cała w różu opadającym jej aż do stóp!

Niegdyś uwodziła na pęczki Luksemburczyków,

teraz upatrzyła sobie niemieckiego kaszalota za męża.

Jej kapelusz aż do ronda zmiażdzyły strusie pióra.

A obcasy! Boże! Co za bezguście śnieżnej prostoty!


Jeden celebryta przesuwał się obok drugiego

jak Alfa Centauri jaśniejące w przepaści kosmosu.

Płaszcze, żakiety, męskie kolczyki, naszyjniki, tatuaże.

Oczywiście nie mogło zabraknąć politykierstwa.

Chodzono z kąta do kąta, promując wegetarianizm

będący jedną szklanką orkiszu w ciągu miesiąca.


Można byłoby tu wyciągnąć dość klarowny wniosek:

należy szczerzyć zęby, pachnąc na metr Chanel No. 5

i grzmieć o swym nowym filmie albo i powieści.


Należy płakać, myśląc o ubóstwie na świecie

i dumnie pozować w piórach z Mozambiku.


Oto kolejna kobieta, której nikt nie zapraszał.

Chociaż z drugiej strony przynajmniej nie epatuje

biustonoszem jak skrzynką na listy albo samochodem.

Nie pamiętam, co napisała, chyba jakiś tam kryminał.

Z tym błękitem jest jej nawet do twarzy.

Ciekawe, czy kiedykolwiek czytała „Braci Karamazow”,

„Zbrodnię i karę”, tym podobny quasi-kryminał.

Przecież trzeba czerpać skądś inspiracje.


Co to za wystrzał za sceną?

Jakiś ochroniarz biegnie w kierunku kulis.

Krawcowa przechodzi chyłkiem obok schodów

i ze wstydem patrzy na stroje, które sama uszyła.

— Chyba nikt nie zginął, chwała Bogu.

Może tylko oszpecił krwią garderobę. Nieważne.

Inny ochroniarz biegnie w stronę dywanu,

krzycząc o śmierci głównego organizatora.

Został zamordowany przez byłego wielbiciela.

Modelka i niemiecki kaszalot ignorują jego głos,

uśmiechając się do kamer jak głupi do sera.


— 30 V 2026r.

Szymon Pękalski
Szymon Pękalski
Wiersz · 30 maja 2026
anonim