Naiwność lotosu

Szymon Pękalski

Ta wyspa nie była dla niego Scyllą czy Charybdą.

Nie musiał słyszeć wrzasku wody i drewna,

nie musiał widzieć miasta, które pomógł zburzyć

ani uciekać od koni siedmiorakiego rodzaju.

Słyszał tylko szum piasku i spokojne tętno serca.

Czemu więc teraz myśli o tym z bólem?


To prawda, że wszędzie dobrze, ale w domu idealnie.

Stał jakby z boku — to nie on był w centrum walki.

Królewska głowa była zbyt cenna, by tak ją poświęcać,

zwłaszcza pamiętając te wszystkie imprezy w Itace

(tylko piszczące niemowlę mogło im przeszkadzać).

Porwana heroina skryła się gdzieś w górach z oprawcą,

sama nie wiedząc, z kim chce spędzić życie.


Na tej wyspie nie był w stanie tego pamiętać.

Przed sobą widział prawie wyłącznie morze —

żadnego horyzontu, tylko szumiąca woda.

Teraz nie ma pojęcia, co tak go tam przykuło.

Przypominało to życie na pustkowiu bez cienia życia.

Gdzieniegdzie widział wydmy, które znikały i pojawiały się

albo jakiegoś ptaka ćwierkającego o białym świcie.

Ona tuliła go, pieszcząc go miękkością głosu,

delikatnością włosów, morską aparycją ust

i kosztowała kwiatem tak mocnym, że zaraz zasypiał.


Krzyk Polifema ani płacz żony nie mogły go tam dosięgnąć.

Czuł ten kwiat w przełyku — trochę mdły, trochę słodkawy —

na początku bez zachwytu, później z upojeniem.

Raz wspomniała, jak nazywa się ten kwiat.

Szafran? Lotos? Dla żadnego z nich nie było to ważne.

Nie pamiętał kropel potu wewnątrz konia pod Troją,

oddechu żołnierzy, trzasku wioseł marynarzy

czy euforii Greków na początku wojny.

A jednak bywały noce, gdy budził się obok niej

i krzyczał, jakby przebito mu żebro na polu bitwy.


Wyglądało to tak, jakby niepamięć walczyła w nim z traumą.

Raczej nie myślał o synie, niemal czując bezkres morza

czy o swym dowódcy dobitym przez własną żonę,

a i tak czuł jakiś ból, tępy i ogłuszający zarazem.

Ona niezmiennie pilnowała, by o tym zapomniał.

Masowała mu plecy, całowała z wyrafinowaniem anioła

i namawiała, by słuchał nieistniejących fal.


Jedna nimfa też próbowała go tak ujarzmić.

Wyznawała mu miłość, obiecywała wolność od zmarszczek

i rozprawiała o ojcu dźwigającym nieboskłon.


Teraz pamięta wszystko, co przeżył później.

Wir trzeszczący z każdym statkiem, który pożerał,

bydło zadźgane przez zachłannych towarzyszy,

olbrzymy, przed którymi dało się tylko uciekać

czy anielski i szatański zarazem śpiew syren.

Pulsowało to w jego mózgu raczej powoli —

tak od czasu do czasu, gdy myślał, gdzie właściwie jest,

aż raz przebudził się, na darmo powstrzymując płacz

i mówiąc tej, która tu rządziła: „Chcę do domu”.


Nieraz przypominał sobie to, do czego się przyczynił.

Najdziwniejsza w tym wszystkim była… ich naiwność.

Być może nikt nigdy nie dawał im takich prezentów,

a może nie chcieli wydawać się obrażalscy.

Wciąż pamięta zaduch i tę głupią ciszę w jego środku.

Mogli usłyszeć nawet skwierczenie pochodni na ulicach,

aż wychodzili jeden po drugim, z łukami u boku.

Dali sygnał dowódcy, a ten wpuścił żołnierzy,

by spalili wszystko, co tutejsi ludzie nazywali domem.

Gwałty, kradzieże, rozboje, burzenie za burzeniem.


Nawet kwiat lotosu nie wyparłby mu tego z pamięci.

Tym bardziej chciał zobaczyć żonę rozpruwającą krosna,

syna, który pewnie potraktuje go jak obcego człowieka

i przestrzec go tak szczerze, jak potrafi:

„Możesz myśleć, że witasz bohatera wojennego

i że sięgnęliśmy chwały, ale uwierz mi: to było piekło”.


Ktoś już raz powiedział to w prawdziwym świecie.

Jakiś generał, który mógł zaczytywać się w jego przygodach

i nie dostrzegł w nich przestrogi przed samym sobą.


Człowiek ten wierzył, że tylko ogień może zniweczyć ogień.

Rozkazał podpalać linie kolejowe i pola bawełny,

spożywać nadgniłe jabłka napotkane na drodze

i zaciągać tych, którzy dotąd nie mieli prawa głosu.

Szedł wśród nich jak zbyt pewny siebie ryzykant,

jakby wierzył, że to czyni go największym z wojskowych.

Kto wie, czy nie zleciłby zbudować podobnego konia

tuż pod stolicą wroga mówiącego w tym samym języku,

by pokazać, że nie cofnie się przed czymkolwiek, kimkolwiek.


Nie wiemy, jak wyglądałaby ich rozmowa jeden na jeden.

Brodacz wyzywający fotografa spojrzeniem w jakiejś opasce

oraz król, który czasem mógł już zapomnieć, że jest królem.

Być może popatrzyliby sobie w oczy (w zupełnej ciszy),

on przeżułby resztki lotosu, widząc wojskowy mundur

i twarz mężczyzny gotowego bawić się w playboya,

aż rzuciłby mu się w ramiona, zgadzając się aż nadto,

że obaj widzieli upadek starego i obaj rozumieją,

że było to największe piekło, jakiego doświadczyli.


— 31 VII 2026r.

Szymon Pękalski
Szymon Pękalski
Wiersz · 31 lipca 2026
anonim
Szymon Pękalski
Tak na marginesie: widzieliście już Odyseję Nolana? Ja tak, w zdecydowanej większości polecam 👍 Spór o czarną Helenę czy greckie zbroje naprawdę nie ma tu znaczenia...
Wybaczcie przerwę. Miałem spore zacięcie weny, ale teraz może uda mi się zrealizować moje inne plany w poezji. Jest tam dość różnorodnie 😁🤭
Bezpiecznego odpoczynku!

· Zgłoś · 1 tydzień