Ta wyspa nie była dla niego Scyllą czy Charybdą.
Nie musiał słyszeć wrzasku wody i drewna,
nie musiał widzieć miasta, które pomógł zburzyć
ani uciekać od koni siedmiorakiego rodzaju.
Słyszał tylko szum piasku i spokojne tętno serca.
Czemu więc teraz myśli o tym z bólem?
To prawda, że wszędzie dobrze, ale w domu idealnie.
Stał jakby z boku — to nie on był w centrum walki.
Królewska głowa była zbyt cenna, by tak ją poświęcać,
zwłaszcza pamiętając te wszystkie imprezy w Itace
(tylko piszczące niemowlę mogło im przeszkadzać).
Porwana heroina skryła się gdzieś w górach z oprawcą,
sama nie wiedząc, z kim chce spędzić życie.
Na tej wyspie nie był w stanie tego pamiętać.
Przed sobą widział prawie wyłącznie morze —
żadnego horyzontu, tylko szumiąca woda.
Teraz nie ma pojęcia, co tak go tam przykuło.
Przypominało to życie na pustkowiu bez cienia życia.
Gdzieniegdzie widział wydmy, które znikały i pojawiały się
albo jakiegoś ptaka ćwierkającego o białym świcie.
Ona tuliła go, pieszcząc go miękkością głosu,
delikatnością włosów, morską aparycją ust
i kosztowała kwiatem tak mocnym, że zaraz zasypiał.
Krzyk Polifema ani płacz żony nie mogły go tam dosięgnąć.
Czuł ten kwiat w przełyku — trochę mdły, trochę słodkawy —
na początku bez zachwytu, później z upojeniem.
Raz wspomniała, jak nazywa się ten kwiat.
Szafran? Lotos? Dla żadnego z nich nie było to ważne.
Nie pamiętał kropel potu wewnątrz konia pod Troją,
oddechu żołnierzy, trzasku wioseł marynarzy
czy euforii Greków na początku wojny.
A jednak bywały noce, gdy budził się obok niej
i krzyczał, jakby przebito mu żebro na polu bitwy.
Wyglądało to tak, jakby niepamięć walczyła w nim z traumą.
Raczej nie myślał o synie, niemal czując bezkres morza
czy o swym dowódcy dobitym przez własną żonę,
a i tak czuł jakiś ból, tępy i ogłuszający zarazem.
Ona niezmiennie pilnowała, by o tym zapomniał.
Masowała mu plecy, całowała z wyrafinowaniem anioła
i namawiała, by słuchał nieistniejących fal.
Jedna nimfa też próbowała go tak ujarzmić.
Wyznawała mu miłość, obiecywała wolność od zmarszczek
i rozprawiała o ojcu dźwigającym nieboskłon.
Teraz pamięta wszystko, co przeżył później.
Wir trzeszczący z każdym statkiem, który pożerał,
bydło zadźgane przez zachłannych towarzyszy,
olbrzymy, przed którymi dało się tylko uciekać
czy anielski i szatański zarazem śpiew syren.
Pulsowało to w jego mózgu raczej powoli —
tak od czasu do czasu, gdy myślał, gdzie właściwie jest,
aż raz przebudził się, na darmo powstrzymując płacz
i mówiąc tej, która tu rządziła: „Chcę do domu”.
Nieraz przypominał sobie to, do czego się przyczynił.
Najdziwniejsza w tym wszystkim była… ich naiwność.
Być może nikt nigdy nie dawał im takich prezentów,
a może nie chcieli wydawać się obrażalscy.
Wciąż pamięta zaduch i tę głupią ciszę w jego środku.
Mogli usłyszeć nawet skwierczenie pochodni na ulicach,
aż wychodzili jeden po drugim, z łukami u boku.
Dali sygnał dowódcy, a ten wpuścił żołnierzy,
by spalili wszystko, co tutejsi ludzie nazywali domem.
Gwałty, kradzieże, rozboje, burzenie za burzeniem.
Nawet kwiat lotosu nie wyparłby mu tego z pamięci.
Tym bardziej chciał zobaczyć żonę rozpruwającą krosna,
syna, który pewnie potraktuje go jak obcego człowieka
i przestrzec go tak szczerze, jak potrafi:
„Możesz myśleć, że witasz bohatera wojennego
i że sięgnęliśmy chwały, ale uwierz mi: to było piekło”.
Ktoś już raz powiedział to w prawdziwym świecie.
Jakiś generał, który mógł zaczytywać się w jego przygodach
i nie dostrzegł w nich przestrogi przed samym sobą.
Człowiek ten wierzył, że tylko ogień może zniweczyć ogień.
Rozkazał podpalać linie kolejowe i pola bawełny,
spożywać nadgniłe jabłka napotkane na drodze
i zaciągać tych, którzy dotąd nie mieli prawa głosu.
Szedł wśród nich jak zbyt pewny siebie ryzykant,
jakby wierzył, że to czyni go największym z wojskowych.
Kto wie, czy nie zleciłby zbudować podobnego konia
tuż pod stolicą wroga mówiącego w tym samym języku,
by pokazać, że nie cofnie się przed czymkolwiek, kimkolwiek.
Nie wiemy, jak wyglądałaby ich rozmowa jeden na jeden.
Brodacz wyzywający fotografa spojrzeniem w jakiejś opasce
oraz król, który czasem mógł już zapomnieć, że jest królem.
Być może popatrzyliby sobie w oczy (w zupełnej ciszy),
on przeżułby resztki lotosu, widząc wojskowy mundur
i twarz mężczyzny gotowego bawić się w playboya,
aż rzuciłby mu się w ramiona, zgadzając się aż nadto,
że obaj widzieli upadek starego i obaj rozumieją,
że było to największe piekło, jakiego doświadczyli.
— 31 VII 2026r.
Wybaczcie przerwę. Miałem spore zacięcie weny, ale teraz może uda mi się zrealizować moje inne plany w poezji. Jest tam dość różnorodnie 😁🤭
Bezpiecznego odpoczynku!