Nie ma w nim zwykłej pokory
będąc dobrotliwie ubawiony
czyimś westchnieniem i żalem
nawet się nie zarumienił.
Nieprzejednany o swoim braku wiedzy
uśmiecha się łobuzersko do lustra
ja jestem książę
mnie pokłony bez gier salonowych.
Wcześniejsza generacja przyjaciół
wzdycha jak wieloryb
z ukrytym syrenim uśmiechem
nastrój nieustającej rekonwalescencji.
Przeczytał niejeden poemat
suchy liść z drzewa Apollina
spadł jemu na głowę
wziąwszy delikatnie w dłonie
zapachniał i zaśpiewał.
Jego myśli snują się po błękicie
chce być błyskotliwym w towarzystwie
z elegancką zawoalowaną aluzją
jako dżentelmen starej szkoły.
Mówi ze swobodą o ludzkich słabościach
zaplata słowa w zaczyn
żeby nie uleciały w zbitkę dźwięków
w rytuale modlitewnych młynków.
Zasznurować ust nie potrafi
rozradowany dla samego życia
ma uszy szeroko otwarte
w oczach zaświeciło światełko.
Przed świtem wszystko może się wydarzyć
bowiem nieraz już tak było.