Literatura

Przyzwyczajenie (dramat)

Marek Jastrząb

 

Patrzyłem na rozmigotaną daremność reklam. Wepchnął mi się we wzrok i zgwałcił pozostałe zmysły widok przyprawy maczanej w egzotyce. Rozbrzmiał sceniczny szept zachęty do kupowania proszku lepszego od gorszego i tańszego niż droższy, bo za bezpłatną cenę.

 

Podeszła mi do gardła poezja golarki wyrywającej intymne owłosienie razem z czapką. Zostałem dopieszczony wokalizą faceta wyznającego mi, że odkąd został szczęśliwym posiadaczem smarowidła na hemoroidy, poznikały mu wszelkie utrapienia i teraz krótko a wydajnie siedzi na sraczu.

 

Kolejna reklama poinformowała mnie, gdzie za tanie pieniądze mogę nabyć całkiem sympatyczną trumienkę. Za chwilę wyskoczył z pudełka przedstawiciel ZUS i poradził, jak mam dożyć do wizyty u lekarza ostatniego kontaktu.

 

Byłem przeganiany po mieszkaniu ścigającymi mnie bełkotami paniusi na Diecie — Cud, której udało się „schuść” sto kilo przez dwa dni bez traumatycznego przerywania obżarstwa. Oglądałem umięśnionego ciapciaka w złotych cynglach, który namawiał mnie na zaciąganie kredytów i ze spokojem uczciwego oszusta twierdził, że im więcej kupię za darmo, tym mniej wydam na psychiatrę.

*

Zbliżał się koniec puszczania reklam, toteż, ze zziajaną ulgą zabrałem się za słuchanie wiadomości. A tam, chcąc nie chcąc, uczestniczyłem w nieustającym festiwalu nieszczęść, zbiorowych masakr i pojedynczych dramatów. Z ekranu na powierzchnię zdarzeń wyskakiwały co rusz, to świeższe klęski. Jak nie susza, to powódź, jak nie klęska urodzaju, to oberwanie chmury. Tragedia goniła tragedię. Mnożyły się relacje z wrednego traktowania ludzi o ideologicznym pochodzeniu, a po moim przerażeniu frygały rozwrzeszczane sprawozdania z jazdy wariata środkiem zatłoczonego sklepu. Docierały do mnie selfiki z tłuczenia dziewczyny w tramwaju pełnego klaszczących pasażerów. Takie zachowanie jest rezultatem celowego nakłaniania do zła. Codziennego budowania międzyludzkich przepaści. Napuszania na siebie i metodycznego sączenia jadowitych myśli. Odnosiłem wrażenie, jakby cały naród błagał dziennikarzy o dostarczenie mu bodaj maciupeńkiej katastrofy. Jakby na kolanach prosił o zbawczy łyk codziennej porcji tragedii. Czułem się wtedy niczym wnuczek oskubany przez babcię. Zrozumiałem wówczas, że między reklamami, a programem informacyjnym, nie ma różnicy, ponieważ tak jedna, jak druga audycja, bombarduje bzdurą i prowadzi donikąd. Tak jedna, jak druga, uzależnia, jak narkotyk serwowany bez przerwy. Sprawia, że po większej dawce przestajemy uważać ją za zło, a zaczynamy traktować jako normę.

 


wyśmienity 2 głosy
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
dafne
dafne 21 maja 2024, 17:36
W niewymuszony sposób rozbawić, a jednocześnie doprowadzić do głębszych sensów - to mieszanka , która tutaj się świetnie udała, pozdrawiam.
Arian
Arian 21 maja 2024, 18:34
Zaczyna się od stwierdzenia daremności reklam, a kończy na uzależnieniu od reklam-informacji.
Sprzeczność tez.
przysłano: 21 maja 2024 (historia)

Inne teksty autora

Porażka przez aklamację
Marek Jastrząb
Spacerkiem po księgarni
Marek Jastrząb
Ściganie króliczka
Marek Jastrząb
W koło Wojtek
Marek Jastrząb
Wiek cyborga
Marek Jastrząb
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca