Ogniste promienie oświetlają mą ścieżkę,
stąpam boso po zielonej trawie.
Tak miękka niczym bawełna,
o jaskrawym odcieniu zieleni.
Lekki wiatr rozwiewa włosy,
unosząc za sobą zapach magnolii.
Skowronki wtórują swym śpiewem drzewom,
tworząc melancholijną kompozycję.
Krzewy rozstępują się z wdziękiem,
otulając delikatnie nogi.
Prowadzą nas do granicy,
nikt nie śmiał jej przekroczyć.
Popękane drzewa obserwują bacznie,
strzegąc swych tajemnic.
Na jednym z nich spoczywa wąż,
leniwie mi się przyglądając.
Jego żółte oczy przeszywają do kości,
lecz słowa ociekają przesłodzoną czułością.
Chwila nieuwagi i wbija swoje kły,
wstrzykując piekący jad.
Ostre pnącza wynurzają się zza drzew,
zabierając mnie do siebie.
Cała flora ocieka cierpieniem,
wszystko jest pozbawione ducha.
Na ciele rozciągają się ciemne żyły,
zmierzając ku sercu.
Jad mąci w głowie,
prowadząc w nieznane.
Trawa kłuje stopy,
gałęzie rozcinają skórę.
Wrony skrzeczą,
tworząc okalałe pieśni.
Docieram do jeziora,
woda jest czarna niczym smoła.
Spowija w sobie innych głupców,
którzy zaufali Kusicielowi.
Tracąc nadzieję wchodzę do wody,
rozciągając ręce kładę się na jego tafli.
Spoglądam ku zasłoniętemu niebu,
tęskniąc za pięknem słońca.
Jedna łza spływa do serca jeziora,
niczym trucizna dociera do mego.
Przez mgłę widzę ostatni promień,
przebił się przez zepsucie otulając mój koniec.
Za nim przebiły się kolejne,
spalają całe zło przywracając życie.
Kusiciel zmienia się boleśnie w skałę,
gdy moje ciało pokrywają delikatne pąki.