Pochodzę z oblężonego miasta. Nie wiem, czy to zaszczyt.
Nie jestem żołnierzem, nie próbowałem strzelać z rewolweru
ukradzionego na podwórku czy karabinu naładowanego ołowiem.
Lekarz powiedział, że jestem zbyt wątły na wojsko,
tym bardziej szukam papieru, pióra, czegokolwiek,
czym mógłbym uwiecznić to wszystko, co tu się dzieje.
Mąka smakuje jak piasek, cukier przemieszano z solą,
papierosy wypalono, opatulono się sztucznymi futrami,
pociski świszczą na horyzoncie.
Huk — trzask — odłamki szkła na podłodze
skaleczyły komuś nogę, komuś wybiły oko,
ołów zadrasnął jeńca tak, że ten zaczął krzyczeć z bólu.
Świst na niebie. Cisza. Ogień płonie naprzeciw.
Kościół i cerkiew obok siebie zadęły w dzwony.
Oto wynoszą zroszone zwłoki na cmentarz,
tam, gdzie śmierć łypie niemal na każdym kroku,
gdzie jego rodzina zacznie płakać nad tym, że tu w ogóle jest.
I jeszcze ludzie za granicą, w polityce i spoza niej
śmią twierdzić, że właściwie sami jesteśmy sobie winni,
chcą zagarniać nam pomoc i wypędzać na front;
niektórzy z nich mówią już otwarcie — kibicują najeźdźcom!
A na początku chcieli zamienić się z nami prezydentami,
dawali koce, kromkę chleba czy pomoc u psychologa,
by po miesiącach zobojętnieć na to, co przeżywamy.
Niech te dzwony rozerwą tych, którzy ich omamili!
Gdzieś w chaszczach żołnierz kryje się przed ostrzałem
pod zasłoną nocy, gdy Księżyc wydrąża na sobie kolejne dziury
i strzela, słysząc przekleństwa wroga za krzakiem.
Krew rozrywa ziemię. Tylko ranny coś szepcze w malignie.
(Prawdopodobnie obelgi.)
Ktoś, kto nie przeżył podobnych godzin, drętwiejąc ze strachu,
nie powinien nas pouczać, jak mamy bronić swego honoru:
rozmawiając czy walcząc, milcząc czy nazywając pewne rzeczy po imieniu?
Nie jesteście nami! To prędzej wy konaliście w podobnych zdychalniach
pod Verdun, Sommą, Stalingradem czy Kurskiem,
licząc na to, że nie zostaniecie wypatroszeni
jak wasi oficerowie pod Katyniem lub Starobielskiem.
Przestańcie myśleć tylko o sobie!
Oblężenie nigdy nie jest zabawą. Przekonał się o tym każdy,
kto czekał w diabelskiej ciszy na wieści z frontu,
by wiedzieć cokolwiek o żołnierskich synach,
podczas gdy leżą już zapewne trupem na brudnej ziemi,
bez cienia szmeru, widząc przed sobą Zbawiciela.
Nie wiemy nic o świecie. Jesteśmy odcięci od wszystkiego.
Radio świszczy, telewizja wiecznie tylko o wojnie,
bez skretyniałych teleturniejów i dysput o modzie,
gazety straszą ciernią i oczami poległych męczenników.
Nawet Igrzyska Olimpijskie nie są dla nas takie same.
Gdzieś tam, na mieście, sterczy anioł w zardzewiałym złocie.
Ciemne od chmur niebo straszy rankiem krwawą poświatą.
Wróbel dziobie żyto z tłuszczem, gołąb przelatuje jak posłaniec pocztowy.
Prezydent w dresie jeździ do sojuszników,
słysząc imbecyli mówiących, że to nie jest ich wojna
i zbijających na tym osobisty kapitał.
Pocisk — jeden — drugi — znowu trzask — chowamy się — —
Pokój krąży jak duch po naszych schronach i cmentarzach,
jakbyśmy wreszcie mieli zaznać choć trochę spokoju;
nie chcemy w to wierzyć, podświadomie czekamy na kolejne ataki,
wiemy, że nasz wróg nie ma litości.
Czy doczekamy się sprawiedliwości? Bóg raczy wiedzieć.
Kiedyś mieliśmy jeszcze ludzi stojących za nami murem,
dyplomatę podśpiewującego na gitarze, ciut zdziwaczałego prezydenta,
ludzi rozumiejących, że nie jesteśmy sami sobie winni,
dzisiaj nie mamy nawet i tego.
Chcemy walczyć, choćbyśmy nawet ich nie obchodzili,
pokazać wrogowi, że jesteśmy godnymi dziećmi Olimpu,
które nie dadzą się zastraszyć w okopach, gdziekolwiek indziej.
Nie mamy nic do stracenia.
— 7 III 2026r.