Witamy w Czytelni – przestrzeni dla twórców i pasjonatów literatury!

Czytelnia to miejsce, gdzie poezja i proza spotykają się z sercami odbiorców, a słowa zyskują nowe życie. To tutaj każdy może opublikować swoje wiersze, opowiadania czy fragmenty powieści, dzieląc się swoimi emocjami, przemyśleniami i artystycznymi wizjami. Niezależnie od tego, czy jesteś doświadczonym pisarzem, czy dopiero stawiasz swoje pierwsze kroki w literackim świecie, Czytelnia jest otwarta na Twoją twórczość.

Zapraszamy do odkrywania różnorodnych tekstów, komentowania i inspirowania się dziełami innych autorów. Wywrota od lat łączy ludzi, których łączy pasja do słowa pisanego – dołącz do naszej literackiej społeczności i pozwól, by Twoje słowa zainspirowały innych!

Czytelnia - najnowsze teksty

zostawię to miasto

Yaro

odchodzę drogą w cień słońca

nie będę kolcem w sercu

nie będę belką w oku


już czas spakować marzenia

świat pokochać zbudować coś nowego

napić się wina z przypadkowym człowiekiem

całkiem przypadkiem nie mówić nic


pozdrawiać łąki góry

cześć oddać lasom

napełniam płuca

wyrzucam klamki

po co mi drzwi do lasu


zamulony po drodze ułożę się spać

gdzieś na uboczu wśród drzew

zbolałe kości czas odpocząć


w moim mieście ciasno betonowy wiatr

zapach cementu w nozdrzach tkwi


zapomnieć zostawić to jak nieopłacony czynsz

nie trzyma mnie nic prócz mały dług za M trzy


szkoda jedynie parku

mam tam parę spraw

ulubiona ławka

tanie wino i żarty Leona

zbraknie słów z nadzieją że wrócę tu


samotne mgły pomiędzy wieżowcami

urokliwe gdy miasto tuli się w sen

Yaro
Yaro
Wiersz · 16 lutego 2026
anonim

nie przeżywaj

Yaro

nie przesiąkaj światem

iluzja życia ułamkiem sekundy

przyciąga jasne myślenie

złe zawsze będzie nieodpowiednie

droga prawdy promieniem świtu


kochaj wszystko dobre

skąpany w miłości nie uciekaj

chowają myśli w słowa ubrane

chowają przed nami serca


prawda jest jedna

zapisane na zwojach

gliniane naczynie wody żywej

ugasi spragnione gardła


złe zawsze będzie nieodpowiednie

droga prawdy promieniem świtu

chwila na ziemi wieczność w niebie

nie przeżywaj chwała najwyższemu

Yaro
Yaro
Wiersz · 16 lutego 2026
anonim

Szepty anielskie

Kamil Olszówka

     Tam gdzie milczące aniołów posągi,

Obejmują spojrzeniem swym dumnym,

Rozległe panoramy miast średniowiecznych,

Spoglądając wymownie ku horyzontowi,


Tam gdzie przecudne aniołów twarze,

Wykute w drewnie, piaskowcu, marmurze,

Niekiedy szczerym złotem pokryte,

Niekiedy miejscami nadkruszone…


Nad krajami Grupy Wyszehradzkiej,

Niosą się niesłyszalne szepty anielskie,

Rozbudzając nasze uśpione emocje,

Czule dotykając naszych serc,


A każdy taki anielski szept,

Dla wielowiekowych tradycji jest hołdem,

Przez niezliczone hufce niebiańskie,

Z nabożnością złożonym ufnie…


Gdy w samym sercu Europy,

Ludzie z dziada pradziada pobożni, pracowici,

Składając wieczorami ręce do modlitwy,

Ofiarowują Bogu ufnie trudy codziennych dni


W czterech krajów zacisznych zakątkach,

Gdzie z każdego kąta spogląda historia,

Da się posłyszeć i szept anioła,

Mówiący o tym co zatarł czas.


W sercu Europy cztery dumne narody,

Wierne pozostając swych ojców tradycji,

Dla świata całego przykładem są wymownym,

Szacunku do ojczystych korzeni,


Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy,

Dumni, szlachetni, niezłomni,

Przez dziesięciolecia sowietyzacji się oparli,

Przykładem dziś będąc dla całej ludzkości…


Dziś gdy w mroku globalnego bezprawia,

Tli się Grupy Wyszehradzkiej idea,

Niczym z jednego złoconego świecznika

Czterech świec płomieni jasny blask,


Niegasnącemu zacieśnianiu więzi,

Pomiędzy czterema bliskimi sobie narodami,

W cieniu wielowiekowej pobożności,

Z niebios błogosławią dziś anioły…


I od piaszczystych plaż Pomorza,

Poprzez tonące w chmurach szczyty Tatr,

Przez zabytkowe rynki czeskich miast,

Po urokliwe kawiarnie w budapesztańskich zaułkach,


W każdym z krajów Grupy Wyszehradzkiej,

Pośród zwyczajnej codzienności szarej,

Szepty anielskie da się posłyszeć,

Wlewające w serca otuchę…


Gdy w starych drewnianych kościołach Podlasia,

Przesuwają rozmodlone staruszki paciorki różańca,

Wyszeptując cicho modlitw swych słowa,

Wypraszając swym rodzinom obfitych łask,


Bacznie przysłuchujące im się anioły,

Gdy mrok ziemię otuli,

Zanoszą je wszystkie przed tron Boży,

By wysłuchania i spełnienia doczekały…


Gdy pośród licznych mazowieckich wiosek,

Gdzie od lat wciąż niezmiennie

Przeszłość z przyszłością nierozerwalnie splecione,

Wyznaczają kolejnych dni bieg,


Stare pobożne gospodynie,

Swych prababek zwyczajem,

Starannie naostrzonym nożem,

Czynią znak Krzyża na chlebie,


Także identyczny Krzyża znak,

W blasku jasnego poranka,

Kreśli niewidzialna dłoń anioła,

Błogosławiąc wierne Bogu domostwa,


By codzienny prosty posiłek,

Okraszony anielskim błogosławieństwem,

Smakował niczym dania najwyszukańsze,

Na niejednym królewskim dworze…


Gdy o poranku krakowskie kwiaciarki,

Zaplatając kolejne bukietów wiązanki,

Wymieniają między sobą uprzejmości,

Często przyodziane w ciepłe uśmiechy,


Pośród trzepotu gołębich skrzydeł,

Gdy w skupieniu wsłuchamy się w ciszę,

Da się czasem słyszeć anielski śmiech,

Strun naszej wrażliwości dotykający czule.


A gdy z wieży gotyckiego Kościoła,

Pośród gwaru Starego Miasta,

Ku wszystkim czterem stronom świata,

Hejnału Mariackiego niesie się melodia,


Czasem i podniebne anioły,

Pod nieboskłonem skrzydła rozpostarłszy,

W skupieniu wsłuchają się w jej dźwięki,

Skrycie roniąc niewidzialne swe łzy…


Gdy w skupieniu prascy zegarmistrzowie,

Z pieczołowitością reperują zegary stare,

Od lat niezmiennie całe swe serce,

Wkładając z czcią w codzienną pracę,


Niekiedy niewidzialne anioły,

Uważnie przypatrując się ich pracy,

Zamyślone oddają się refleksji,

Nad dziejami całej ludzkości.


Gdy czasem stary siwowłosy Czech,

Przytykając do ust złocistego piwa kufel

Z rozrzewnieniem rozmarzy się tęsknie,

Wspominając lata swe młode,


Niekiedy niewidzialny anioł,

Kładąc na ramieniu jego swą dłoń,

Poruszony jego tęsknotą,

Zanuci mu do ucha pieśń swą anielską…


Gdy w cieniu słowackich Tatr,

Na wiejskich zacisznych plebaniach,

Przy drewnianych kościołach i cerkwiach,

Gdzie dawno temu zatrzymał się czas,


Oddani Bogu słowaccy księża,

Biorąc wieczorami do ręki brewiarz,

Z nabożnością czyniąc znak Krzyża,

Składając wieczorami ręce do pacierza,


O pomyślność narodu słowackiego,

Przodków swych powierzone im dziedzictwo,

W ciszy i w skupieniu się modlą,

Okraszając swe modlitwy niejedną łzą,


Zasłuchane w nie za oknami anioły,

Gorące z oczu ich łzy,

Nanizują na złote swe nici,

Niczym kryształowych różańców paciorki,


By na szczycie Krywania,

Gdy rozproszy mroki nocy świtu blask,

Przed obliczem samego Boga,

Ofiarować Mu je niczym najwyszukańszy dar…


Gdy wraz z złotego słońca wschodem,

Starzy słowaccy górale,

Wypasając bladym świtem liczne stada owiec,

Snują gawędy swe barwne,


Niekiedy anioł świetlisty,

Choć ludzkim okiem niewidzialny,

Na porośniętym mchem głazie polnym,

Przysiądzie w zadumie w nie zasłuchany…


Gdy węgierscy uliczni muzycy,

Przytykając do ust złote saksofony,

Delikatnymi ruchami dłoni,

Najcudowniejsze wyczarowują z nich dźwięki,


Niekiedy zasłuchane w nie anioły,

Przystanąwszy na rogach ulic,

Pięknem ich poruszone do głębi

Niebiańskie do nich nucą swe piosnki.


Gdy dostojne węgierskie damy,

Gotyckich katedr przekraczają progi,

By do mosiężnych skarbon kościelnych

Z oddaniem wrzucić hojne swe datki,


Czasem wsłuchując się w siebie,

Przed bogato zdobionym ołtarzem,

Posłyszą jakby anioła szept,

Chwalący dobre ich serce…


Wypraszajcie anioły niebiańskie,

Łask obfitych narodom Grupy Wyszehradzkiej,

By zawsze odznaczały się odwagą i męstwem,

Do wielowiekowych tradycji przywiązaniem,


By wielowiekowe pradziadów dziedzictwo,

Cenniejszym im było niż całego świata złoto,

Zawsze więcej dla nich znaczyło,

Niż złudna pogoń za nowoczesnością,


By w godzinie próby nieubłaganej,

Gdy wicher historii zawieje,

Zakulisowym knowaniom nie dali się zwieść,

Dumni Polak, Czech, Słowak i Węgier.


By w milionów ludzi sercach,

Ten sam płonął nieugaszony żar

Co na dawnych bitew polach,

Co w narodowowyzwoleńczych powstaniach,


By na współczesności bezdrożach

Także i dziś drogowskazem im była

Prastara odwieczna ta prawda,

Niegdyś na kartach kronik spisana,


Iż poszanowaniem historii i ducha niezłomnością,

Wierne Bogu narody wciąż trwają,

Gdy inne stopniowo wymierając,

Z biegiem wieków obracają się w proch,


By Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy,

Zawsze honorowi, lojalni i solidarni,

Jak bracia pozostali sobie wierni,

Co w jednym domu byli wychowani…


Wiersz opublikowany w dniu 15 lutego w międzynarodowy dzień Grupy Wyszehradzkiej.



Idea zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej zawsze zajmowała szczególnie ważne miejsce w moim światopoglądzie… Z czasem jednak zacząłem zastanawiać się czy nie byłoby dobrym pomysłem spróbować włożyć w tę ideę pierwiastek duchowy... I tak narodził się pomysł tego wiersza...    


Wiersz ten jest próbą włożenia pierwiastka duchowego (motywu opiekuńczego anioła) w ideę zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej.

Kamil Olszówka
Kamil Olszówka
Wiersz · 15 lutego 2026
anonim

Ragana

marcinolszewski

Półmrok, świece wokół. Muzyka przodków

Leżę. Czekam na twoją wiedzę. Co odczytasz

Oliwa na rękach twych, oliwa na moim ciele

Piszesz i czytasz, od głowy do stóp mapę ciała


Co widzisz? Zmęczenie. Spokój. Ciepło i blask

Skóry, po której ręce w blasku ognia świec, piszą

Delikatnie, powoli, to, co chcą odczytać. Z wnętrza


Kark, ramiona, plecy, pośladki, nogi. Poddają się

W śnie na jawie, w lustrze ciał. Gdzie już nie ręce

Lecz całe twoje ciało ociera się o mnie. Raz za razem

Ogień ciał, twoje westchnienia, podróż po mapie ciała


Odkrywasz kolejne punkty, pokrywasz je oliwą

Jej blask na ciele, w ogniu świec, wzdychasz mocniej

Siłą przewracasz mnie na plecy. W lustrze życia

Wijesz się po mnie niczym wąż. Czuję każdą część


Twojego ciała w jedności z moim ciałem. Blisko

I jeszcze bliżej. Jeszcze szybciej i jeszcze mocnej

Ujeżdżasz mnie mówiąc niezrozumiałe zaklęcia

Dotykasz wszędzie. Dlaczego przyszedłem, co widzisz?


Spełnienie. Magia poznanego ciała. Nie ma. Odleciałem

Odkryłaś co chciałaś, poddałaś swoim próbom

Leżę bezwolnie na skórach. Tulisz się powoli

Poznałaś mnie lepiej niż ktokolwiek. Poznałaś tajemnice


marcinolszewski
marcinolszewski
Wiersz · 14 lutego 2026
anonim

Księga Wyjścia 6, 14 - 16

Potencjan Bratnicki

"Oto naczelnicy rodów: synowie Rubena pierworodnego Izraela: Henoch i Pallu, Chesron i Karmi, czyli naczelnicy rodów ojcowskich synów Rubena według ich imion. To są rodziny, czyli naczelnicy rodów ojcowskich synów Rubena według ich imion" "Synowie Symeona, czyli syna Izraela: Jemuel i Jamin, Ohad i Jahin, Sochar i Saul, syn Kananitki, czyli z dwóch rodów Sema i Chama, naczelnicy rodów ojcowskich, synowie Symeona według ich imion. To są rodziny, czyli naczelnicy rodów ojcowskich, synów Symeona według ich imion" "A oto imiona synów Lewiego, czyli syna Jakuba według ich rodowodów do 4 pokolenia: Gerszon, Kahat i Merari, czyli w linii rodowej Sema (Rdz 11, 10-27) Do Abrahama, ojca Izaaka, którego mu urodziła Sara z jednego rodu Sema (Rdz 20, 12) Izaak ojcem Ezawa i Jakuba, braci bliźniaków, których mu urodziła Rebeka z rodziny Nachora, brata Abrahama (Rdz 25, 19-26; 22, 20-23) Jakub miał dwie żony Leę i Rachelę, córki Labana, brata matki Jakuba z jednego rodu Sema (Rdz 28, 2) Lea urodziła Rubena pierworodnego Jakuba (Rdz 29, 32-35; 30, 17-20) Symeona, Lewiego, Judę (Rdz 46, 12) Issachara (Rdz 46,13) i Zebulona (Rdz 46, 14) z jednego rodu Sema. Natomiast niewolnica Racheli Bilha urodziła Jakubowi synów, Dana (Rdz 46, 23) i Naftaliego (Rdz 46,24) służąca Lei Zylpa urodziła Jakubowi synów, Gada (Rdz 46, 16) i Aszera (Rdz 46, 17;30, 9-13) Rachela urodziła Jakubowi Józefa (Rdz 30, 22-24) i Beniamina (Rdz 35, 16-18) Józefowi urodzili się w ziemi egipskiej synowie, których mu urodziła Asenat córka Poti-fera kapłana z On: Manassesa i Efraima z dwóch rodów Sema i Chama (Rdz 46, 20) Synami Beniamina byli (Rdz 46, 21) A Lewi (Rdz 29,34) dożył 137 lat, czyli czas trwania destrukcji Lewiego, czyli rodzaju zamieszczonej informacji w formie energetycznej, w oddziaływaniach informacyjnych ze wszechinformacją (Wj 6, 14-16)

Potencjan Bratnicki
Potencjan Bratnicki
Opowiadanie · 14 lutego 2026
anonim

nieskończenie

Yaro

życie odwieczna wędrówka

bez początku i końca

włóczymy się pośród tych

co mają się za panów


łapiesz rytm

za jeden oddech

za łyk wody


oddam diamenty Nairobi

w życiu ukryty sens


by nie narobić się

nie robić kompletnie nic


po co mi wszystko

gdy piękno otacza mnie

czuję się tak bogaty


ślę uśmiechy szczere


duch wibruje słyszę czar

po nutach biegnie rym


zabiorę cię na wyspę wyobraźni

gdzie wszystko coś znaczy

gdzie owoc słodyczą zaraża


oddaj się marzeniom

odkrywaj przestrzeń


myślą pochłania

miłość w każdym

nie pozwól jej usnąć


nieskończenie kocham cię

pragnij życia takie to proste

Yaro
Yaro
Wiersz · 13 lutego 2026
anonim

***(piosenki o miłości lub poziomki XXI)

Andrzej Feret

***(piosenki o miłości lub poziomki XXI)


ten tytuł był na afiszu:

„wariat w ogrodzie i mleko”

a w podtytule: „poezja

Apollinaire i ja i Europejczycy” –

słuchali Głosu Warszawy

o przebywaniu ciągłym

w brzuchu niemej poezji w Warszawie

w Polsce

i w pospiesznym pociągu co nie ma czasu

dla spóźnialskich na swoje miłości

i potrzeby dotyku


po domach wtedy dmęło

dym szedł z kominów

żar buchał

i jedna polewaczka o świcie

lała mleko – raz głodem a raz

na chłodno i dym się ścielił

na głodno kiedy w sumieniach

poetów grały anioły gwiazdy

i środek jak twardy korzeń co miał

umrzeć, nie umarł – zwyciężył i był

niezbladły i niepobladły

gdyż dumał


i nagle jak spod ziemi

wyrosła pelargonia - czerwona

cała pąsowa – w ogniach czerwona

jak kwiat jednej nocy

co dymi w zmysłach

i stawia wszystko chłodne

w gorące…

gotowe do rozkoszy które

się zawsze pamięta,


gołębie gruchały: amant

i kilka pań spod parasoli

zerkało na amanta

któż on czy gav i czy pan paniom pozwoli?

pytały gołębie wolne czy panie znają

amanta?

bo żadnej pani na skwerku

nie potrzeba oszusta – bo paniom

spod parasola nie potrzeba kadzideł

lecz jednej iskry co mówi – nieangielskim akcentem

dziś? i o której godzinie? i co za serce

ściska - co chwyta panie za serce gdy

amant jest paniom tak blisko


i nim się pani oglądanie to już ma

to coś

o czym ten amant rzucił całym ciałem

tej pani

jak oczekiwany gość –

czyli dziś

i o godzinie wiadomej co żywemu

nie przepada jak requiem obiecane

jak pomarańcza z czekoladą


a wy bracia słuchajcie opowieści

pana amanta co paniom spod parasoli

życzył miłości do szczęścia

i kiedy panie pozwolą iść w duszy

panów amantów to Europejczycy co

słuchali Głosu Warszawy

na łączach

twardych słów o miłości

które są zawsze tak ważne

i ten głos od stolicy był

Europejczykom nie ważny

bo mieli swój głos, TO:

voice of freedom and pace

democracy and guys and gavs


taki to pogląd na sprawy:

gdzie miłość tam voice of dogs

a u nas w Polandzie spoko:

pan amant Polska

Europa i panie i swój głos co leczy

naród głęboko

lecz już nie opłakany

OK

dla pana amanta

tam panie amant a panie

zerkają wciąż spod parasoli bo paniom

spod parasoli nie trzeba żadnych oszustów

kadzideł lecz jednej iskry co mówi

nieangielskim akcentem:

„dziś” i „o której godzinie”

a każde słowo na ustach obraca się w jedno

kocham


12 lutego, 2023

Andrzej Feret

-------------------------------------------------------------------

fotografia z Internetu - obraz Michał Jasiewicz


foto: (9) Facebook : https://www.facebook.com/photo?fbid=751154309681255&set=a.104900010973358


komentarz: https://www.facebook.com/andrzej.feret.56/posts/pfbid05EtjCGd6XAeHSga1Lw1jGy5gMDh3GK45J2rSUa7RCr71tdsY7UTYLgofGBz9EXdml

Andrzej Feret
Andrzej Feret
Wiersz · 12 lutego 2026
anonim

odlotowi

Yaro

zaciągam się dniem

co przeze mnie mknie


napełniony powietrzem

dławię się promieniami słońca

wypuszczam dym w płucach młyn


ciepło dzisiaj blaski cienie

przenikają przestrzeń

pod chmurą gołębie


w eterze błądzą ciała

ziemskie i niebieskie

rozlała się droga mleczna


w jednym kosmosie

biegniemy dzięki grawitacji

nastawieni przeciwko wojnie


co pozostawia nas na miejscu zdarzeń

niewyjaśnione siły miłości

każą szukać kości

Yaro
Yaro
Wiersz · 11 lutego 2026
anonim

A na końcu,

Norbi_i

A na końcu świata będę siedział sam.


Nie koniec świata- to nasz piękny Bałtyk.


Będę oglądał falę, podziwiał morski świat.


Wiatr zwieje łzy z policzków, słońce ogrzeje wypłowiałą czapkę.


A na końcu wstanę, wejdę do wody i popłynę.


Daleko, daleko ku falom

Ku morskiemu horyzontowi snu.


Popłynę, popłynę, zanurkuje raz na zawsze.

Przejmie mnie morze, a świat dalej będzie trwał. 

Norbi_i
Norbi_i
Dramat · 10 lutego 2026
anonim

S.W.

Arian

Bogaty kupiec

Biedny marzyciel

Nieszczęsny fantazjator


Mógł osiągnąć kolejny szczyt kariery

Gdyby tylko chciał

Ale zamierza kupić pustą lalkę

Trwoniąc fortunę na szczęście


Może serce jest ślepe

Może oczy widzą miraże


Przyjaciel leczy ból głowy

Ale serce naprawdę boli

Nie ma lekarstwa na złamane serca


Uczony Geist przemówił w Paryżu:

„Wrócisz do mnie, panie Siza

Kiedy ostatnie złudzenia zostaną roztrzaskane

Nie będzie już wiary w systemy

Kiedy tłum hipokrytów stanie się nudny

Zapał do spraw ziemskich osłabnie

Wrócisz do mnie, by studiować naturę

Razem dokonamy wielkich rzeczy


Może serce jest ślepe

Może oczy widzą miraże

Umysły ożywione są wielką ideą




Arian
Arian
Wiersz · 10 lutego 2026
anonim

Dziś nie trzeba już tablicy...

Irena Świerżyńska

Równość

równość - równowaga

godność miarą słowa prawa


sprawiedliwość

piękna dobra wzniosła sprawa


tylko gdzie - się przędzie - ścieli

od niedzieli do niedzieli


w chacie

w klasie

na Urzędzie

w Sądzie

w Rządzie - czy na ulicy.


Mały płacze - duży krzyczy


duch kałuży - gryzie w oczy

wszędzie

kapie


cisza - ryczy...

Irena   Świerżyńska
Irena Świerżyńska
Wiersz · 10 lutego 2026
anonim

Słońce o kolorze pszczoły

Lilyonia


kiedyś paliłem fajkę z najzieleńszych traw

błyszczących tak mnie oślepiając

bym zrozumiał że ścieżka Alicji to żałosna iluzja

zwiększałem się zmniejszałem

z mięsa tak czerwonego

ciągle w ciężkości stałem

rozpłynąć się nie dałem!


widząc to wszystko z parteru budynku na coś więcej niż wszechświat

dostałem wizję dwóch istot mnie trzymających życia prawdy drogi i bloku on tak ubogi


pośrodku planety Ziemi

skoczyła kula nektaru

oblepiając każdy zakątek

swoim jakże kwitnącym złotem

ujawniającym jakby wysłannika pana zastępów

wśród krętych strumyków mózgu

rzucając cienie tak ostre tak błękitne


pośrodku tunelu niezliczonych oczu

w każdym kolorze nie umieszczonym w żadnym wzorze

patrzą się jak przenikam je w sennej ekstazie

czuję jakby stracenie rozbicia świadomości

gdzie albo nic albo coś małego z aureolą wieńca natury

uciekającego od myśli nad ruchem konia albo wieży

pomaga pływającym ptakom wbić się w sferę słodkiego ognia

będącego centrum wysokiej rozległej a ponad to sypkiej Sahary


widzę pałac


och mój kwiecie słodki

co twoją lekkością doznałem zaniku ciała

teraz jestem jak koliber pijący pałac wieczności nektaru lilii


zdobyłem go

niebem kłaniającym się z każdym krokiem

dwunastu bezdomnym duszom wypełnionym łukiem tęczy

aż dotarli do południka 0 brokatowego oceanu

gdzie fale wyniosły ich wysoko! wysoko! by zaczerpnąć tego pięknego trunku

z dwunastoma bramami czekającymi na bose stópki małych dzieci

i na pół dzieci i na pół dorosłych o skaleczonym sercu

odłamkiem brudnej skóry kruka szkła nie jaspisu

zawieszonego między Merkury a Neptun


to wszystko by ujrzeć jak

książę przeciął horyzont mieczem ciernistej róży na wieki wieków

dzięki temu Izajasz objawił wizję szaty uszytej z rozlanych gwiazd

dawno zostawiając w tyle lśniące okno o wyglądzie zapachu mięty


Pieśni Dawida malowały już przed wiekami

plaże i Eliasza stojącego na milionach sypkich potomków Abrahama

tak długo lśniących ludzkości na pejzażu harmonii księżyca


biegnij ty który wybrzeżami zalany łzami podczas ciemnej mgły dusz ludzkości padłeś

z rękami wyciągniętymi w melancholijnym triumfie wonią porannej rosy

na widok niepokoju zjednoczenia planety Ziemi z niewidzialnym duchem

strzelają fajerwerki lecą kule ognia wybrzmiewają trąbki jazzmanów leci konfetti biją dzwony

bo w końcu znów przyleciał rydwan księcia o pokoju! otoczonego pląsającymi aniołami


chuchną wiatrem wywiewając prosto w kulę nektaru

Lilyonia
Lilyonia
Wiersz · 8 lutego 2026
anonim

Czas Embriona

falkon

Badania prenatalne wzburzyły wody płodowe i mnie przy okazji do takiej diagnozy:

Kręgosłup sztywny, nie giętki. Nie będę mógł kłaniać się wszystkim jak leci. Ani schylać się po pieniądze, gdzie podobno leżą na ulicy. U rąk, zamiast palców środkowych, będą tylko serdeczne. Nogi też nieproporcjonalne do reszty budowy. Zatem też nie będę miał karnetu na siłownię. Zapomnieć trzeba o walkach w oktagonie. Jedynie ośrodek odpowiedzialny za uczucia wyższe rozwija się zadowalająco. Migotanie jednego przedsionka sugeruje, że czeka mnie miłosna przygoda.

 

Znam tutaj jednego. Już nie embrion, ale też kaleki. Zdrowo pokancerowany przez życie. Zawsze tu się kręci. Jego magiczne powiedzonko to "Cholera, może z tego coś się narodzi" Zawsze tak mówi, gdy pisze wiersze. Jednocześnie jest to hasło wywoławcze dla wszystkich embrionów w okolicy, gdy są na nasłuchu. To jedyny człowiek na świecie, który zna mowę embrionów. On często łapie focha i trudno z takim artystą nawiązać kontakt. Ale może ja go namierzę. Często rozmawiamy ze sobą. On zna mnie, ja jego.

 

Jest! Słyszę go. Siedzi na ławce nad strugą. Zadumany jak zwykle. Dobrze, że kobieta u której jestem w środku, też lubi tam chodzić. - Nie śmiej się do siebie, Bo Ona wystraszona odejdzie wraz ze mną. Rozmowa:< Zaczynasz ty! Do wierszy można dosypywać trochę perfumerii. Ja osobiście wierzę w romantyzm. No co? Jest takie słowo!

Ale pan naiwny, mówi kobieta. Słowa trzeba zaplatać w węzeł kosmiczny, to jest prawdziwa poezja.

 

Czuję wzruszenie u kobiety. Tylko ostrożnie . Żeby nie poroniła, bo jak sobie poradzisz beze mnie. Też mnie wzięły twoje opowieści. Robię obroty i skręty, niczym kosmonauta, podpięty rurą tlenową. Muszę być jednak ostrożny, żebym nie zacisnął pętelki z pępowiny na szyi. Toż byłaby dopiero tragedia. - A ty nie trzepocz rzęsami! Kobieta czuje moje wygibasy i dlatego się uśmiecha. Opowiedz jej o zachodzie słońca, twój ulubiony temat. Kiedy zaczniesz mówić o wschodzącym złotym krążku, to nie odwracaj się tyłem, do byłej sytuacji. Kobieta odbierze to jako afront. Tylko nie o stylach, epokach, izmach. Czasami myślę, skąd się tutaj wziąłeś człowieku.

 

Wiesz! Kiedy wczoraj wyszliśmy z kobietą z Metra na patelnie, to zauważyłem, że tam nic kompletnie się nie dzieje. Gdy będzie już "PO WIELKIM KRZYKU!!! My dwaj. Staniemy pod tym murkiem z naszym skromnym performance. Ty przygrywałbyś na grzebieniu. Ja na wózku czytałbym miłosne wiersze. Do taktu, stukniesz od czasu do czasu laseczką, żebym nie zgubił rytmu. :< Tego pudełka po waniliowym ptasim mleczku nie wyrzucaj. Postawimy przed sobą. Ludzie są hojni, może groszem sypną. Mówiłeś kiedyś, że

jeden drugiego jakby mógł, to by utopił w łyżce wody. Ja jednak wierzę w człowieka. A ty pisz więcej wierszy o miłości, bo ostatnio to tylko same smutasy majstrujesz.

 

Wkrótce ja przejmę pałeczkę i będę teksty ciekawsze niż twoje. Będą wyrażały melodyjne uczucia. Nowe idee, nowy styl i rytm. Moją prawdziwą dusze. Migotanie przedsionka skoordynuję z fazami księżyca. To wszystko, co tobie się nie udało, ja wydobędę. Nie poddam się tak łatwo jeszcze.

 

Czuję lekki głód. Tak samo jak kobieta. Dziś było dużo wrażeń. Za dużo jak dla mnie. Ja muszę jeszcze się rozwijać. Musimy się oddalić.

- A ty idź do domu, nie szwendaj się samotny po ulicach. Mieszkasz na obrzeżach miasta, a tam grasują dziki. Na osiedlu, zryte są wszystkie trawniki. Widziano nawet lisy. pozamykaj rozgrzebane projekty, bo możesz nie zdążyć. Ale nie martw się. Ja dokończę. Twój embrion.


falkon
falkon
Opowiadanie · 8 lutego 2026
anonim

Gra

marcinolszewski

Centrum Warszawy, światła naszego wielkiego miasta

Neony, szklane tafle budynków. Sen życia na jawie

Przyzwyczajenie od urodzenia. Praca, rozrywka

Poszukiwanie wrażeń i szczęścia na sali marzeń


Rozsiadam się wygodnie w fotelu. Piwo, odpalony

Papieros i chęć wzbogacenia. Wokół znajomi taksiarze

Właściciele kantorów, ludzie szukający szczęścia

Wielki ekran, małe przy stolikach. Odczytywanie


„Linia”! „Bingo”! Wygrywam!


Każdy dzień z nadzieją na lepiej i więcej. Każdy inny

Kiedy roztropnie wstać i zachować posiadaną kwotę

Lub wierzyć w swoją gwiazdę. I grać „na całego”

Cienka linia pomiędzy radością a smutkiem. Co zyskasz?


Co stracisz? Uważaj


Można wygrać. Przegrać więcej niż przy zielonym stoliku

Nigdy za wszystko. Ważne kiedy wstać, powiedzieć „dość”

Pierwsza wygrana nie czyni domina. Nie „teraz i już zawsze”

Szybka kasa, pytanie co z nią zrobisz? Złapiesz, przepuścisz


Przez ręce jak wodę?


Żetony wzbijają się do góry. Z radości, z wściekłości


Opadają na stolik. Upadasz i podnosisz się


Jak w życiu


marcinolszewski
marcinolszewski
Wiersz · 8 lutego 2026
anonim

Znad oszronionych partyzanckich mogił…

Kamil Olszówka

     Śniłem dziś że jestem płomykiem znicza,

Upamiętniającym poległego przed laty partyzanta,

Tlącym się w cieniu brzozowego krzyża,

Smaganym wciąż przez zimny wiatr,


A choć wkoło sroga dotkliwa zima,

Naokoło mroźna noc głucha,

Jedynie nikły srebrzystego księżyca blask,

Tańczy na wielkich śniegu połaciach,


Na oszronionej partyzanckiej mogile,

W mroku nocy migocąc samotnie,

Głośno krzyczę o należną mu pamięć,

Choć wkoło tylko śnieżne zawieje,


Lecz może tej nocy mój krzyk,

Posłyszą choć duchy przeszłości,

By opowiedzieć o ciężkiej doli,

Setek i tysięcy partyzantów niezłomnych…


I znad oszronionych partyzanckich mogił,

Poniesie się cichy szept historii,

O czynach ich bohaterskich chwalebnych,

O Honorze nigdy nie zatartym…


Niekiedy kilku braci partyzantów,

Wszyscy rodem z jednego domu

Brało na siebie partyzanckiego życia trud,

Gdy zawezwało ich poczucie obowiązku,


Pozostawili rodzinne swe domy,

By trudom partyzanckiego życia czoła stawić,

Choć długimi nieprzespanymi nocami,

Wypłakiwały oczy za nimi ich matki…


Gdy tylko bladym świtem,

Skrzące gwiazdki na niebie,

Gasły jedna po drugiej,

Oni swe karabiny brali w dłonie,


Z rozległych lasów i nieprzebranych borów,

Gdy padał rozkaz do ataku,

Młodzi partyzanci wyruszali w bój,

Choć nieobce im było uczucie strachu…


Choć rozległe lasy i bory,

Wielkie czapy śniegu pokryły,

Oni niewzruszenie na posterunku wciąż trwali,

Mimo siarczystych mrozów Ojczyźnie swej wierni,


Przemarznięci, zziębnięci partyzanci,

Dotkliwym chłodem przeszyci,

Zmuszeni w leśnych bunkrach się kryć,

W milczeniu znosili losu przeciwności,


Nad dogasającym z wolna ogniskiem,

Ogrzewając w kilku zziębnięte dłonie,

Przemarznięte gwałtownie pocierając o siebie,

Z ust wdmuchiwali w nie parę…


Pamiętający kampanię wrześniową pistolet,

Często był największym ich skarbem,

Ostatnimi nabojami uzupełniając magazynek,

Strzegł go każdy jak oka w głowie,


Często zdobyczny trzonkowy granat,

Nikłą jedynie nadzieję dawał,

Na zadanie okupantowi dotkliwych strat

W kolejnych zasadzkach i potyczkach…


Nie straszne im były najsroższe zimy,

Wszystkie najcięższe wyrzeczenia i trudy

Z godnością w milczeniu wytrwale znosili,

Trwając na przekór okrutnemu losowi,


A rozłożyste drzewa oszronione,

Widząc ich smutek i niedolę,

Choćby najcichszym nawet szumem,

Pociechy zimą nie mogły im nieść…


I tysiącami niezłomni partyzanci,

W walce o naszą wolność polegli,

Choć często mizernie uzbrojeni,

Do walki z okupantem zawsze gotowi…


Dziś gdy ognia płomyki,

Tańczą nam wesoło w kominkach ceglanych,

Sypiąc niekiedy złote iskierki,

Cieszące tak oczy roześmianych dzieci,


Unosząc kubek gorącej herbaty,

Pobiegnijmy swymi myślami,

Ku tamtym partyzantom niestrudzonym,

Zmuszonym w rozległych borach cierpieć srogie zimy…


I za dusze partyzantów zapomnianych,

Których często nie znamy nazwisk,

Którzy grobów nie mają własnych,

W skupieniu i w ciszy gorąco się pomódlmy...

Kamil Olszówka
Kamil Olszówka
Wiersz · 8 lutego 2026
anonim