Witamy w Czytelni – przestrzeni dla twórców i pasjonatów literatury!

Czytelnia to miejsce, gdzie poezja i proza spotykają się z sercami odbiorców, a słowa zyskują nowe życie. To tutaj każdy może opublikować swoje wiersze, opowiadania czy fragmenty powieści, dzieląc się swoimi emocjami, przemyśleniami i artystycznymi wizjami. Niezależnie od tego, czy jesteś doświadczonym pisarzem, czy dopiero stawiasz swoje pierwsze kroki w literackim świecie, Czytelnia jest otwarta na Twoją twórczość.

Zapraszamy do odkrywania różnorodnych tekstów, komentowania i inspirowania się dziełami innych autorów. Wywrota od lat łączy ludzi, których łączy pasja do słowa pisanego – dołącz do naszej literackiej społeczności i pozwól, by Twoje słowa zainspirowały innych!

Czytelnia - najnowsze teksty

Wspólnota

Oliwia Gołąbek

Z nad horyzontu nadciąga smolista burza,

a wraz z nią i kres nasz ubogi.

Ukrywajmy się w gliniastych norach

niczym szczury, którymi jesteśmy.


Łapmy się za ręce,

pokutujmy z nieszczerymi umysłami.

Czyśćmy języki psalmami,

brudząc fałszerstwami.


Tulmy nasze pociechy,

torturując je nocami.

Płaczmy nad umierającymi,

okradając ich majętności.


Krwiste pioruny oznajmiły Ich przybycie,

wszyscy jesteśmy zgubieni.

Niszczą wszystko wokół,

tańcząc na naszych zgliszczach.


Długie szpony rozrywają szkliste Niebo,

wpuszczając ciemną maź.

Wszystkich nas pochłonie!

Wszyscy zatoniemy w niej rozkosznie!


Pożerajmy własne dzieci,

oddawajmy się rozpuście.

Niechże obserwują mętnymi oczami,

oto nadszedł dzień błogosławiony.


Rozrywamy nasze ciała,

wyjadając wzajemnie swe organy.

Wszyscy upadliśmy w zepsucie,

zaprowadzając tym upragnioną ciszę.


Oliwia Gołąbek
Oliwia Gołąbek
Wiersz · 26 lutego 2026
anonim

zagubieni w świecie

Yaro

róże symbol piękna miłości i chwil zwątpienia

wszystko jakby na swoim miejscu a jednak nie takt

szczęście sprzyja miłość umiera jak złodziej


ktoś odbiera telefon że to koniec inaczej odbierasz


świat dookoła małego stolika cieszyło cię to co zabiło

chowam myśli modlę się za rodzinę by jakoś przeżyć kilka lat

podłość nienawiść gdy coś się podwinie a słowa bolą i leczą


wszystko płynie a gdzieś się nam zgubiło między wersami

to radość w piękno nie jesteśmy tutaj wieczni pamiętam

bez sensu są choroby dziwny stan dziwny świat gdy walczysz

Yaro
Yaro
Wiersz · 26 lutego 2026
anonim

***(piosenki o miłości i poziomki XXVIII)

Andrzej Feret

***(piosenki o miłości i poziomki XXVIII)


a jeśli w nocy wspomnisz

i ja nie przyjdę na pokoje

to nie mów wiele przyjaciółkom

i nie pisz w pamiętniku – moje


lepiej za światłem w czerń nie klęknij

i siostrze wołaj by odeszła

i mamie powiedz że przegnała

tego małego wśród snu księcia


i radość uknuj tylko sobie

na jezdni w chłodnym dźwięku ciszy

i porusz drzewem drewna słojem

i zasłonami wstrząśnij liśćmi


bo jeśli wojna to we dwoje

się przytul smutkiem zaczernieniem

i zdobądź strzelbę dla mej duszy

która jak strzeli to Bóg powie


16 sierpnia, 2024

Andrzej Feret


Otto Eerelman

1839-1926

Two horses pulling the plough, near Arnhem

watercolour on paper 47.6 x 69.6 cm, signed l.r. and painted ca. 1902-1907


foto: https://www.facebook.com/photo?fbid=1063318105131539&set=a.104900010973358

Andrzej Feret
Andrzej Feret
Wiersz · 25 lutego 2026
anonim

"Boga nikt nigdy nie widział, " - "ten zaś, kto czyni źle, Boga nie widział."

Andrzej Feret

CYTAT: "Boga nikt nigdy nie widział, " J 1, 18

CYTAT: "ten zaś, kto czyni źle, Boga nie widział." 3 J 1, 11

CZY ROZUMIECIE?


(3) Andrzej Feret - CYTAT: "Boga nikt nigdy nie widział, " J1, 18... | Facebook


https://www.facebook.com/photo?fbid=1477054560424556&set=pcb.1477054837091195


Andrzej Feret
Andrzej Feret
Dramat · 25 lutego 2026
anonim

kawał drogi

Yaro

spocznę na kozetce

rozepnę szary prochowiec

zobacz duszę czystą


zdejmę beret

w nim schowam serce

które pragnie bić dla ciebie


z kieszeni wyjmę pomięte wiersze

przeczytam ci jeden

może zmiękniesz


przygarniesz mnie do swego życia

będę śpiewał poezję


czystym wreszcie

obmyję stopy

przebyłem kawał drogi

od narodzin po kłamstwa i pożogi

skonałbym bez wybaczenia

pod mostem życia

Yaro
Yaro
Wiersz · 24 lutego 2026
anonim

Bezsenność

Pan H.

Oni chcą być wolni, a ja znam nawet zapach samotności.

Ludzie są prości, gdy ja żyję w ciągłej bezsenności.

Trawa się znów kopci, bo przeszło to już do codzienności.

Znów kurwa mnie nosi, uwolnię trochę swojej zwierzęcości.


Oni szukają sensu w kościołach, ja w Twoich oczach.

Ludzie chcą zatonąć w pieniądzach, ja w Twoich włosach.

Każdy pochłonięty w nałogach, moje mnie trzymają w szponach.

Oni znów marzą o drogich klejnotach, mi brakuje sił w nogach.


Bezsenność to mój męczący kolega.

Nie jest Mateuszem z Sandomierza.

Czasem mi ulega, ale wzrokiem pożera.


Tafla wody zamarznięta, a nadzieja utonęła.

Minutnik już czas mojego życia odmierza.

Dłoń na kierownicy się zacisnęła, w podróż do dna ruszam bez pasażera.

Pan H.
Pan H.
Wiersz · 24 lutego 2026
anonim

Lilith

Pan H.

Spotykałem ją, gdy nocą do mnie przyszła

Nie spadła, ona sama z nieba wyszła

Imię zakazane, jakby miał trafić do czyśćca

Jej cień wciąż przy mnie, chociaż nas zakończyła


Jej oczy jak ciepła noc, źrenice jak kota mruczenie

Włosy ciemne, niemal czarne, żyją własnym cieniem

Usta w kolorze krwi, skóra porcelanowa, powieki malowane węglem

Gdy idzie, światło robi krok w tył, śmiertelnicy patrzą z lękiem


Pachnie dymem, nocą i niedopowiedzianymi słowami

Jej dotyk zostawia ślad, bliskość działa jakby była narkotykami

Dłonie znają skróty do grzechu, są moimi jedynymi kusicielami

Pocałunki jak podpis krwią, wabi nogami, zdobywa biodrami


Noc jest jej naturalnym środowiskiem, dzień przerwą techniczną

Ma spokój drapieżnika, nie da się zabić nawet wiedźminom

Nie szuka akceptacji, tylko prawdy, jest dumną grzesznicą

Wciąż mam nadzieję, że wyjdzie nocnym oknem, choć nie odpowiada listom


Jej dotyk gorący, spojrzenie mrozi, jestem dla niej obcy

Flirtuje z grzechem, poznasz ją naprawdę patrząc w oczy

Nie potrzebuje zgody, w księżycu jej wzrok lśniący, ja wciąż lekko tlący

Wygnana jak królowa, czuła jak trucizna, święta dla mnie i nocy

Pan H.
Pan H.
Wiersz · 24 lutego 2026
anonim

z depresją

Yaro

minęło parę miesięcy 

a to męczy 

dręczy ciało duszę  


dzień i noc 

wielkie oczy 

długa i niejasna jak cierń


kto uleczy 

kto utopi 

w kuble zimnej wody 


są wywody

warto żyć wierzę że

wygrasz ze słabością  


posyp głowę popiołem 

spójrz w niebo otwórz oczy

spojrzysz prawdzie w twarz


nikt i nic cię nie zaskoczy 

pozwól wstać z kolan 

stań w miejscu

świat się rozpędził 


niepotrzebne tryby się usuwa 

nie pozwól sobie na usterkę


Yaro
Yaro
Wiersz · 23 lutego 2026
anonim

"Ona"

Dawid Motyka

czymże jest miłość

czy to latający latawiec pośród traw

a może taniec, który zabiera nas do wytrawnych spraw

czymże jest miłość

czy to rozterek kilka czy może łódka pływających kwiatów

co zabiera do dwóch zakochanych światów

czymże jest miłość

czy to morze pełnych fal i tajemnic

gdzie zabiera aby siebie wielbić

czymże jest miłość

czy to ona radość i pojednanie

co wieje wiosennym wiatrem

nie tylko mi, ale i mamie

najszczęśliwszą pośród gwiazd

jest miłość nie tylko w snach

to siebie doczekanie,

jak na zawołanie

najpiękniejszą poezji wymową

to serca dotykanie głową

co jak liść wędruje po świecie

kochać to być kochanym,

ale to już wiecie

czymże jest miłość

może skraplaniem deszczu na łące

co śpiew ptaków czuje i w biedronce....

Dawid Motyka
Dawid Motyka
Wiersz · 22 lutego 2026
anonim

Wartość

marcinolszewski

Masz wartość? Będę Twoim rzeczoznawcą uczuć

Operat szacunkowy, podejście dochodowe. Metoda

Zysków. Zyskasz. Zapewniam Cię. Przecież kochasz?

Jak bardzo? Pokaż na co Cię stać. Inaczej nie będę


Julią na balkonie


Wybierz ten hotel. Podoba mi się. Ma 4 gwiazdki

Pozwólmy sobie na odrobinę luksusu. Płać i płacz

Idziesz na smyczy mając w oczach marzenia. Myśl

Nie tym co wszyscy. Myśl tym co pozwala na luksus


Jeleń na rykowisku


Pójdziemy do tego salonu biżuterii. Wybiorę co chcę

Wszystko ma swoją cenę. Ty płacisz, ja korzystam

Chcę jeszcze to i tamto. Nie chcesz mi kupić?

Bo się pogniewamy. Czyli już mnie nie kochasz?


Tylko tyle jestem dla Ciebie warta?


Gdy już ostatnie marki wyciągniesz z konta

Wyczyszczony do cna w drodze iluzji o miłości

Której pozór łatwo dać i omotać pajęczyną zjawisk

Powiem Ci „baj”. Jak Syty do Cyrka w „Ekstradycji”


Za mało masz. Za mało



marcinolszewski
marcinolszewski
Wiersz · 22 lutego 2026
anonim

Pasaże

falkon

Poranek w mieście. Gołębie pocałunki w różowawym świetle na szczytach dachów zwiastują nowy dzień mojego istnienia. Kaskada barw rozbrzmiewa w wilgotnym powietrzu, dyryguje przebudzenie. Pierwszy dzwonek tramwaju przestraszył ptaki. Płatki piór ocierają się o szyby, nikną w szczelinach murów. Mnożą się już cienie, niebawem zostaną zdeptane przez przechodniów. Później Upał-Kronos połknie jednym haustem różową chwilę miasta.


Postanowiłem odwiedzić śródmieście. Pokręcę się, popatrzę, pooglądam.

Jubiler zachęca do środka. Chodnik przed wejściem upstrzony błyszczykiem z diamentów. Na ulicę wylał 20-karatową złotą polewę. Będzie rozdawał błyszczące owoce. Dla zakochanych różowe perły, czarne dla wdów, kremowe dla dzieci.

Piękne dziewczyny przeglądają się w witrynach sklepowych i łysiejący facet. Z pawlaczy wyjęte sandały, podkoszulki i krótkie szorty.

Konceptualne formy wizualne, jak małe dzieła sztuki rozmieszczone na elewacjach. Rzeźby stoją bez oczu, jakby w depresji. Chodzę po gwiazdach, przyklejają się do podeszwy. Deptakiem płyną kapelusze, rewia mody, publiczne występy, każdy czuje się kontent, jest w centrum.

Fontanna unosi się, opada, faluje, zdziwiona niebywałą sytuacją. Wiatr wszedł z nią w komitywę, kropelki wody roztrzaskuje o głowy w podzięce za grosik.

Kuchnie świata penetrują nozdrza, można się oblizać, albo wstąpić na grzaniec i czekoladowy pudding z wisienką, choćby na małą chwileczkę, byle się nie ubzdryngolić.

Przy pustym futerale, uliczny grajek rzępoli ciągle marzenie Schumanna, w całkiem niemodnym stroju. Dwóch klownów cudaków rozśmiesza przechodniów, wciskają ulotkę i balonik.

Zrobię jeszcze zdjęcie Nikonem, pewnie będzie jasne i uśmiechnięte. Wsiądę w 9-tkę na Gocławek .Już blisko stąd wydobyć się poza miasto. Teren przeczeszę odpocznę:


Idę szerokim duktem leśnym. Jest przyjemny chłód. Aleja usłana liśćmi. Tegoroczne suche lato zrobiło spustoszenie wśród roślinności. Chociaż jest lato, drzewa zrzucają z siebie zielone okrycie. Idę po nich, szeleszczą, chcą coś powiedzieć. Słońce podpiera się na wierzchołkach drzew. Jasne smugi światła chyboczą refleksami na ścieżce, głaszczą mnie przyjemnie. Zaglądam pod słońce, przydałby się Clear-view.

Nagle gdzieś w ogniskowej perspektywie, ogromna rzesza biegaczy i rowerzystów

Ale skąd w lesie masa krytyczna? Kolorowa kula stawała się coraz większa, falowała i kiedy padł strzał, sunęła ku mnie, trzymana sztywno w szpalerze drzew. Niklowane szprychy iskrzą w słońcu. Kamizelki odblaskowe migocą.

Jeśli zostanę, ta lawa przetoczy się po mnie i popłynie dalej.

Słyszę głos! Uciekaj!!! Nie mam czasu ustalić skąd dobiegł. Rzuciłem się w gęstwinę. Połamane drzewa i paprocie hamują bieg. Pnącze jeżyn kaleczą łydki. Gałęzie jak bicze smagają twarz. Chcę unieść się ,pofrunąć. We śnie łatwo się fruwa, trudno biega. Przewracam się co chwila.  Byle jak najdalej, do mojej polany, trzech dębów, tam będę bezpieczny.

Wreszcie dotarłem. Odgłosy ucichły. Cały byłem pokancerowany. Rozerwane spodnie, szyszka utkwiła w podeszwie, but pokazał paszcze rekina. Teraz dopiero odczuwałem ból, pieczenie twarzy. Żeby tylko jakiś pies mnie nie wytropił tutaj. Ludzie spuszczają psy ze smyczy w lesie. Zostawiłem krwawy ślad po sobie. Jestem ranną zwierzyną. Upatrzyłem sobie drzewo, ma nisko gałęzie, Wdrapię się szybko, w razie czego. Oparłem się sztywno o pień drzewa, z tyłu nikt mnie nie zajdzie. Może tylko Driady, one poruszają się bezszelestnie, są wszędzie w lesie, to moje przyjaciółki nie zrobią mi krzywdy.    Wystarczy podejść do pnia drzewa, co najmniej 120 w pasie, wypatrywać, jeśli ukształtowania kory pokażą twarz Driady, tam właśnie jest Ona.

Na tej polanie, w śród trzech dębów, na najwyższej gałązce, jak na odgromniku, wysiadywał często czarny ptak i gaworzył z zasypiającym słońcem. Inny znowu wołał do znudzenia - Witia Kiryłło, Witia Kiryłło. Życie w samotności to komfort, nie rozumiem rozterek Robinsona Cruzoe.

Za chwilę zrobi się ciemno. Mam kontuzjowane kolano, lekko utykam, podpieram się gałęzią. Znalazłem swój Nikon, leżał rozbity na mchu. Muszę jednak dotrzeć do ludzi. Skradam się cichutko do szerokiej alei. Spoglądam w obie strony, jest pusto, tylko ja jestem. Muszę tę ciszę wcisnąć w siebie, wcielić. Odgrodzić się murem od zgiełku, głupich pytań, jazgotu pojazdów uprzywilejowanych. Wysokie drzewa kiwają do mnie z aprobatą. Nic nie mówią.

Uliczne latarnie zapaliły się samoczynnie


falkon
falkon
Opowiadanie · 22 lutego 2026
anonim

W cieniu każdej wojny...

Kamil Olszówka

     Po zimnym ulewnym deszczu,

Gdy spowił okolicę dotkliwy chłód,

Ucichł plusk wody w rynsztoku,

Zastygać począł ulicznych kałuży brud,


W starego kościoła cieniu,

Przystanął bezszelestnie smutny duch,

Oblicze jego cienisty krył kaptur,

A zamyślił się pogrążony w smutku.


Tyleż posępny co tajemniczy,

Choć wicher przeszył go mroźny,

W milczeniu stał niewzruszony

Starym murom nie mówiąc nic,


Samemu przybywając z przeszłości,

Dziwiąc się czasom współczesnym,

Choć pozostając niewidzialnym,

Skrycie łzy gorzkie uronił.


Niewidzialne jego łzy,

Pochmurnemu niebu się skarżyły,

A przeraźliwy straszny ich krzyk,

Niósł się ludzkim uchem niesłyszalny,


A ich żałosna skarga,

Niesłyszalna choć głośna,

Zdolna poruszyć każdego anioła,

W takie oto ubrana była słowa:


,,Każda jedna wojna...

Tonie we mgle fałszu i kłamstw,

Niczym zburzonego kościoła wieża,

W opustoszałej wsi zapomnianej przez czas,


Przemilczane, zapomniane bitwy,

Niewygodne dla rozdmuchanej propagandy

Niekiedy więcej kryją o niej prawdy,

Niż historycznych opracowań opasłe tomy…


W cieniu każdej wojny,

Wyrastają nowe, niekiedy bezimienne groby,

Posępne wdowy w czerni,

Pośród szlochów wypłakują swe oczy,


Niezliczone starcia i potyczki

Których nie znajdziemy w podręcznikach historii

Kryją swoje wielkie sekrety,

Strzeżone przez duchy żołnierzy poległych…


W cieniu każdej wojny...

Politycy i biznesmeni z czystymi dłońmi,

W garniturach nienagannie skrojonych,

Brylują w blasku fleszy,


Gdy tymczasem w okopach,

Pośród wszechobecnego cuchnącego błota,

Każdy kęs chleba i każda konserwa,

Na wagę są srebra i złota…


W cieniu każdej wojny,

Biznesowi magnaci majątek chcą zbić,

Nie licząc się z cierpieniem maluczkich,

Milionów matek nie obchodzą ich łzy,


I choć poorana wybuchami ziemia,

Nasiąka krwią niczym stara gąbka,

Oni liczą zyski w siedmiocyfrowych sumach,

Zatajając przed światem prawdziwy ich bilans…”


Gdy spomiędzy gęstej jak mleko mgły,

Uliczne latarnie z wolna zaświeciły,

A blask ich z początku nikły,

Przez szarugę z wolna się przebił,


Duch poległego przed laty partyzanta,

Tonąc w niewidzialnych swych łzach,

Nieśpiesznie począł się rozpływać,

Zakryła go zmierzchu kurtyna…


Gdy przeminą kolejne wojny,

Kolejne poległych żołnierzy duchy,

Pochmurnemu niebu wykrzyczą swe skargi,

Niesłyszalne uchem ludzkim.


I przez nikogo niezauważone,

Rozpłyną się z wolna we mgle,

Najcichszym nie zdradzą się szelestem,

Czasem gorzką pozostawią łzę…

Kamil Olszówka
Kamil Olszówka
Wiersz · 22 lutego 2026
anonim

Księga Wyjścia 6, 17 - 19

Potencjan Bratnicki

"Synowie Gerszona: Libni, Szymei według ich rodzin, czyli od Gerszona, syna Lewiego, pochodzi rodzina Gerszonitów. Od Libniego, syna Gerszona pochodzi rodzina Libnitów. Od Szimejego syna Gerszona pochodzi rodzina Szimeitów. Według ich rodzin ojcowskich. To są rodziny Gerszonitów" "Synowie Kahata: Amram, Ishar, Hebron i Uzziel, czyli od Kahata, syna Lewiego pochodzi rodzina Kahetytów. Od Amrama, syna Kahata pochodzi rodzina Amramitów. Od Ishara, syna Kahata pochodzi rodzina Isharytów. Od Hebrona, syna Kahata pochodzi rodzina Hebronitów i od Uzziela, syna Kahata pochodzi rodzina Uzzielitów. To są rodziny Kahetytów. A Kahat dożył 133 lat, czyli czas trwania destrukcji Kahata rodzaju zamieszczonej informacji w formie energetycznej, w oddziaływaniach informacyjnych ze wszechinformacją" "Synowie Merariego: Machli i Muszi, czyli od Merariego, syna Lewiego pochodzi rodzina Merarytów. Od Machli, syna Merariego pochodzi rodzina Machlitów. Od Muszi, syna Merariego pochodzi rodzina Muszitów. To są rodziny Merarietów, syna Lewiego, syna Jakuba, syna Izaaka, syna Abrahama z jednego rodu Sema według ich rodowodów ojcowskich (Wj 6, 17-19)

Potencjan Bratnicki
Potencjan Bratnicki
Opowiadanie · 21 lutego 2026
anonim

zwątpienia w prawdę

Yaro

ciemne drogi

mroczne wnętrza


dookoła nie jest jasno

szare zgniłe miasto

umarło


uciekam

przed samym sobą

znajdę przystań z przejrzystą wodą

obmyję grzeszne ciało


gdy zajrzę w niebo

za ostatnią gwiazdą

umrze świat

na naszych oczach

zbudzimy świt

zgniły martwy


uciekam przed złym

powiewem słów

brudnych rąk

splamionych krwią


nie przyniosłeś pokoju


miecz ciężki

wolę walkę od śmierci

wybaw nas

otwórz oczy zamknięte

sztucznie zmęczeni

w oczach z lękiem


wielu zwątpiło

wielu poddanych

idą drogą łatwą

uśmiechają się zadowoleni

przed drogą ostatecznie

Yaro
Yaro
Wiersz · 21 lutego 2026
anonim

nad rzeką

Yaro

zwiń mi ręce

jak wąż opleć

konary drzew jak ręce


duś nie za długo bo usnąłbym

tutaj nad rzeką w twoich ramionach

pośród liści późnego września


kochane usta całuję

smak owoców dzikiej róży

przestań z zabawą nie na żarty

pójdźmy dalej brzegiem miłości


Yaro
Yaro
Wiersz · 21 lutego 2026
anonim

Nasza historia

Igor Zalewski



Gdy słoneczko rano wstaje,

Mówię: dzień dobry, kochanie.

Kocham cię, słonko moje,

Dam ci buzi w czółko twoje.


Gdy patrzę na ciebie, myślę, złotku:

Matko piękna jesteś kotku.

Taka miła i kochana,

Jesteś moim światem, mała.


Nasza miłość, nasza chwała,

Bardzo ona długo trwała.

To nadzieja, dobro nasze,

Nigdy nie zatrze jej piasek.


Już jesteśmy razem roczek,

Wiem, to tylko pierwszy kroczek.

Byśmy byli razem zawsze,

O to proszę Boga zawsze.


Sobie życie poświęcamy,

I zaręczyn doczekamy.

To urywek tej historii,

Której nic już nie zakończy.

Igor Zalewski
Igor Zalewski
Wiersz · 19 lutego 2026
anonim

kobieca pupa

Dawid Motyka

dosięgła mnie twoja pupa

będzie smakować mi jutro zupa

jest ona ładna, zgrabna i śliczna

spośród tych dziewcząt taka nieliczna


wokół niej wszystko się układa zgrabniej

jak Wenus z milo rzeźba pozuje przykładniej

jest taka miękka i okrąglutka

w ten weekend będzie smakować mi wódka


potrafi swym dźwiękiem mnie oczarować

jedynie do tego trzeba nos przypudrować

jak się porusza to gwóźdź na ścianie

obraz już ten zawieszam mamie


gdyby tak dotknąć ją delikatnie

na pewno stałbym się mocnym w matmie

ona na prawdę emanuje się pięknie

już się mój pies ani kot nie zlęknie


chciałbym ją posiąść na własność

lecz mam swoją aby zasiąść

jednak ja wolę mieć ją dla siebie

ona wynosi mnie w luminarz

w chabrowym niebie

Dawid Motyka
Dawid Motyka
Wiersz · 18 lutego 2026
anonim

Przez Pryzmat

falkon

W starej kamienicy dunder świszczy

przy listwie podłogowej bździągwa szlocha

nikt nie wie co to znaczy

każdy myśli, to rzecz święta.

 

Figury proste i retoryczne

nakręcają siły awanturnicze

teksty bełkoczą, cham wcina się na salony.

To czas tworzy sztukę, on rezonuje ze mną.

 

Antycypuję w metafory kulturowe

trzeba bronić treści głównych

inaczej rozsypią się w drobiazgi

na cząsteczki czyste

i te wykoślawione.

 

Stereotypy >< abstrakcja

orientacja >< komizm

dwuznaczność >< aktualizacja

wiadomości gazetowe

moje horrendum.

 

Poezja sama wybierze

co jest archetypalne.

falkon
falkon
Wiersz · 18 lutego 2026
anonim

Święte świętych

Szymon Pękalski

Młodzieniec po dwudziestej wiośnie,

z bordowym krawatem pod szyją dla lansu

(choć czasem założy i bluzę z pewną gąbką),

z włosami gładkimi i kasztanowymi jak samo drewno,

zalotnym głosem, malinowymi wargami.

Widziałem go niegdyś, gdzieś w kręgach Internetu —

wiem, moja pamięć działa czasem jak ser szwajcarski,

szczegółów sobie nie przypominam — paplał coś po angielsku,

nieraz rzucał wulgaryzmami, coś mu się wymsknęło

(ot, zdarza się) — wielka palma jęczała za jego biurkiem

(i dobrze, zieleń zawsze będzie w modzie).       

Media społecznościowe, weryfikatorzy faktów,

sentyment do wszystkiego, co przemocowe, incelska mentalność.

Tylko transcendentna kurtyna szeleści podczas jego kazań.


Przyznaję, że dałem się omotać tej milusińskiej otoczce

przećwiczonej przed rozbitym lustrem, kolegami w pubie;

zapewne myślał, że uda mu się kogoś omotać,

zwieść wizerunkiem bad boya, szarmanckością Rhetta Butlera

i zaślepić na fakt, że wyraźnie zapomniał o rozumie,

o potędze rozumu, rozumu przenoszącego K2 na drugi koniec Nepalu.

Ironizowałem. Ironizowałem ze szczerego niedowierzania,

że ktoś podobny nie został zamknięty w więzieniu.

Usta człowieka wypowiedziały wprawdzie multum rzeczy

moralnie dwuznacznych, podejrzanych, budzących nerwowe tiki o północy,

ale czegoś takiego nie słyszałem aż do tej pory.

Teraz — niestety lub stety — siedzę naprzeciw niego.


Witaj, drogi człowieku, choć nie chciałbym nadużywać tego słowa

(widziano przecież wiele poczwar na przestrzeni dziejów) —

oto ja, Pielgrzym, mam jakimś cudem patrzeć ci w oczy,

próbować rozmawiać, gdy ty będziesz wybuchać śmiechem,

ale spróbuję — tylko nie próbuj zaprzeczać pewnym wydarzeniom,

mających miejsce w historii, jak masz w zwyczaju; zgoda?

„Do you know about something like freedom of speech, faggot?

Ha ha ha —” (To będzie ciężka przeprawa.)

— — — — — — — — — — — — — —


Zacznę od tego, że nie życzę ci śmierci na miarę twego kolegi

(możesz się krzywić, ale byliście do siebie jednak podobni);

nie wiem, jakie miałeś dzieciństwo, czy w ogóle miałeś jakieś dzieciństwo,

ojciec alkoholik, matka prostytutka? Nie mam pojęcia.

Dziadek rąbający drewno, babcia jedząca konfitury,

fortepian w tle, płonący Nowy Jork, szumiące radio.

Jestem ciekaw, czy interesowałeś się w ogóle historią,

choć czasem myślę, że spałeś, gdy nauczyciele gderali o wojnie secesyjnej,

niewolnikach z plantacji Południa, prawach Jima Crowa

czy Hitlerze marzącym o podpaleniu Ameryki.

Widziałeś politykę kotłującą się za twymi plecami,

powiedz — czy choć trochę cię to interesowało?

Czy może jednak wolałeś grać w jakieś gry wideo,

robić maratony Indiany Jonesa, czytać „Buszującego w zbożu”

czy czegokolwiek innego, podszytego buntem czy wulgarnością?

Jeszcze ta biała supremacja, która u was ma pole do działania,

jakby nie była… no, raczej wiesz, czym.

Kiedy cię to wciągnęło? Bo sam już nie wiem, słysząc twój obecny bełkot,

czy sam się zindoktrynowałeś, czy to rodzina podała ci to na tacy.

Chyba powinienem przytoczyć tu pewne cytaty. Wybacz.


„Żydzi rządzą społeczeństwem, kobiety muszą się, do cholery, zamknąć,

czarni powinni w większości trafić do więzienia — i żylibyśmy w raju.”

Poważnie? Czemu tak podnieca cię nienawiść do kogokolwiek?

„Can we get a round of applause for Russia?”

Czemu Rosja? Ewidentnie jesteś niedoinformowany, być może z wyboru. —

„And what about Trump, idiot? Didn’t you hear my streams?”

Milczę. Wiem, że on nie wie, czym jest kultura osobista.

Lustruje mnie źrenicami. „Come on! Maybe don't be so offensive?”

Nie wiem, jak odpowiedzieć.


Widziałem niewielu ludzi, którzy dorównaliby tobie w tym szaleństwie,

przepisującym fakty płonącym piórem, zagłuszającym muzea histerią —

choć z drugiej strony jest taki u nas, nad Wisłą. Przemilczę jego nazwisko.

Penetrowałeś uszy wyznawcom, wmawiałeś kłamstwa przebrane za prawdę

bez wstydu, bez honoru, byle wyświetlenia się zgadzały.

Z jednej strony gardzisz gejami, a z drugiej nie chcesz być z kobietą.

Niby nienawidzisz Żydów, a wielbisz Żyda na krzyżu.

Wszystkich nazywasz fanatykami, bo nie są tobą,

choćbyście byli dla kogoś z zewnątrz jednym i tym samym.

Mówi ci coś to imię: Charlie? Wiesz, czemu o tym wspominam?

Pewien człowiek miał to samo imię!

Ten sam, którego zastrzelili! („Come on, man…”).

Ten, którego fetowano zajętym stadionem i prezydentem na mównicy!

Wiesz co, człowieku? Oboje byliście fanatykami. Oboje.

Jądro waszych umysłów poczęło się z tych samych pierwiastków;

byliście jak ta sama farba: kolor ten sam, tylko odcienie inne.

Tak! (Milczy, jakby nie mogła w nim zakiełkować riposta.)


Wolność słowa. Piękne hasło.

Niestety widać, że zbyt wielu myli ją dziś z samowolą:

mogę uprawiać seks, to kogoś zgwałcę!

Mogę wyznawać chrześcijaństwo, to zabiję ateistę!

Mam mikrofon, to mogę go faszerować śliną z irytacji!

Nie w tym tkwi nasza mądrość, drogi człowieku,

żebyśmy nie stawiali sobie barier i mamili się rozpasaniem,

licząc, że nikt nie spojrzy na nas zażenowany.

Kim bylibyśmy, gdyby nie istniała odpowiedzialność?

Niech umysł zajaśnieje nad naszymi mózgami,

byśmy nauczyli się na nowo myśleć, nie prześcigać się w głupocie!


„Shut up! You don’t know what it means

to be intimidated for your own opinion.

You don’t understand yourself.”

Patrzę na niego skonsternowany, przewierca mi w zemście oczy.

Palma skomle za nim nieco głośniej niż zwykle,

usta zlepiają mu się w dziób, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć

i mruczy po chwili: „Fuck”, wychodząc w kłębach ciszy ze studia.

I oto ja, Pielgrzym, po raz pierwszy czuję, że przegrałem.


— 17 II 2026r.

Szymon Pękalski
Szymon Pękalski
Wiersz · 17 lutego 2026
anonim

wykształcenie...

Irena Świerżyńska

Kiedyś kiedyś - wykształcony

człowieczeństwo bez ogonów


dziś na topie - świeża miara

gorzka

gwara


godność klasa - gdzieś za lasem

wiotkie

uszy


człowieczeństwo byt nieznany

trochę liźnie i już

panicz

czy paniczek dla odmiany - depcze

niszczy zdrowe plony


kiedyś, kiedyś - aula toga - pierwsza klasa

to coś znaczy

Autorytet i wzór wielki - ważny

honor

twarz


dziś się ścieli - uśmiech krzywy z lisią skórką

kombinuje


jak pod górkę....



Irena   Świerżyńska
Irena Świerżyńska
Wiersz · 17 lutego 2026
anonim