Młodzieniec po dwudziestej wiośnie,
z bordowym krawatem pod szyją dla lansu
(choć czasem założy i bluzę z pewną gąbką),
z włosami gładkimi i kasztanowymi jak samo drewno,
zalotnym głosem, malinowymi wargami.
Widziałem go niegdyś, gdzieś w kręgach Internetu —
wiem, moja pamięć działa czasem jak ser szwajcarski,
szczegółów sobie nie przypominam — paplał coś po angielsku,
nieraz rzucał wulgaryzmami, coś mu się wymsknęło
(ot, zdarza się) — wielka palma jęczała za jego biurkiem
(i dobrze, zieleń zawsze będzie w modzie).
Media społecznościowe, weryfikatorzy faktów,
sentyment do wszystkiego, co przemocowe, incelska mentalność.
Tylko transcendentna kurtyna szeleści podczas jego kazań.
Przyznaję, że dałem się omotać tej milusińskiej otoczce
przećwiczonej przed rozbitym lustrem, kolegami w pubie;
zapewne myślał, że uda mu się kogoś omotać,
zwieść wizerunkiem bad boya, szarmanckością Rhetta Butlera
i zaślepić na fakt, że wyraźnie zapomniał o rozumie,
o potędze rozumu, rozumu przenoszącego K2 na drugi koniec Nepalu.
Ironizowałem. Ironizowałem ze szczerego niedowierzania,
że ktoś podobny nie został zamknięty w więzieniu.
Usta człowieka wypowiedziały wprawdzie multum rzeczy
moralnie dwuznacznych, podejrzanych, budzących nerwowe tiki o północy,
ale czegoś takiego nie słyszałem aż do tej pory.
Teraz — niestety lub stety — siedzę naprzeciw niego.
Witaj, drogi człowieku, choć nie chciałbym nadużywać tego słowa
(widziano przecież wiele poczwar na przestrzeni dziejów) —
oto ja, Pielgrzym, mam jakimś cudem patrzeć ci w oczy,
próbować rozmawiać, gdy ty będziesz wybuchać śmiechem,
ale spróbuję — tylko nie próbuj zaprzeczać pewnym wydarzeniom,
mających miejsce w historii, jak masz w zwyczaju; zgoda?
„Do you know about something like freedom of speech, faggot?
Ha ha ha —” (To będzie ciężka przeprawa.)
— — — — — — — — — — — — — —
Zacznę od tego, że nie życzę ci śmierci na miarę twego kolegi
(możesz się krzywić, ale byliście do siebie jednak podobni);
nie wiem, jakie miałeś dzieciństwo, czy w ogóle miałeś jakieś dzieciństwo,
ojciec alkoholik, matka prostytutka? Nie mam pojęcia.
Dziadek rąbający drewno, babcia jedząca konfitury,
fortepian w tle, płonący Nowy Jork, szumiące radio.
Jestem ciekaw, czy interesowałeś się w ogóle historią,
choć czasem myślę, że spałeś, gdy nauczyciele gderali o wojnie secesyjnej,
niewolnikach z plantacji Południa, prawach Jima Crowa
czy Hitlerze marzącym o podpaleniu Ameryki.
Widziałeś politykę kotłującą się za twymi plecami,
powiedz — czy choć trochę cię to interesowało?
Czy może jednak wolałeś grać w jakieś gry wideo,
robić maratony Indiany Jonesa, czytać „Buszującego w zbożu”
czy czegokolwiek innego, podszytego buntem czy wulgarnością?
Jeszcze ta biała supremacja, która u was ma pole do działania,
jakby nie była… no, raczej wiesz, czym.
Kiedy cię to wciągnęło? Bo sam już nie wiem, słysząc twój obecny bełkot,
czy sam się zindoktrynowałeś, czy to rodzina podała ci to na tacy.
Chyba powinienem przytoczyć tu pewne cytaty. Wybacz.
„Żydzi rządzą społeczeństwem, kobiety muszą się, do cholery, zamknąć,
czarni powinni w większości trafić do więzienia — i żylibyśmy w raju.”
Poważnie? Czemu tak podnieca cię nienawiść do kogokolwiek?
„Can we get a round of applause for Russia?”
Czemu Rosja? Ewidentnie jesteś niedoinformowany, być może z wyboru. —
„And what about Trump, idiot? Didn’t you hear my streams?”
Milczę. Wiem, że on nie wie, czym jest kultura osobista.
Lustruje mnie źrenicami. „Come on! Maybe don't be so offensive?”
Nie wiem, jak odpowiedzieć.
Widziałem niewielu ludzi, którzy dorównaliby tobie w tym szaleństwie,
przepisującym fakty płonącym piórem, zagłuszającym muzea histerią —
choć z drugiej strony jest taki u nas, nad Wisłą. Przemilczę jego nazwisko.
Penetrowałeś uszy wyznawcom, wmawiałeś kłamstwa przebrane za prawdę
bez wstydu, bez honoru, byle wyświetlenia się zgadzały.
Z jednej strony gardzisz gejami, a z drugiej nie chcesz być z kobietą.
Niby nienawidzisz Żydów, a wielbisz Żyda na krzyżu.
Wszystkich nazywasz fanatykami, bo nie są tobą,
choćbyście byli dla kogoś z zewnątrz jednym i tym samym.
Mówi ci coś to imię: Charlie? Wiesz, czemu o tym wspominam?
Pewien człowiek miał to samo imię!
Ten sam, którego zastrzelili! („Come on, man…”).
Ten, którego fetowano zajętym stadionem i prezydentem na mównicy!
Wiesz co, człowieku? Oboje byliście fanatykami. Oboje.
Jądro waszych umysłów poczęło się z tych samych pierwiastków;
byliście jak ta sama farba: kolor ten sam, tylko odcienie inne.
Tak! (Milczy, jakby nie mogła w nim zakiełkować riposta.)
Wolność słowa. Piękne hasło.
Niestety widać, że zbyt wielu myli ją dziś z samowolą:
mogę uprawiać seks, to kogoś zgwałcę!
Mogę wyznawać chrześcijaństwo, to zabiję ateistę!
Mam mikrofon, to mogę go faszerować śliną z irytacji!
Nie w tym tkwi nasza mądrość, drogi człowieku,
żebyśmy nie stawiali sobie barier i mamili się rozpasaniem,
licząc, że nikt nie spojrzy na nas zażenowany.
Kim bylibyśmy, gdyby nie istniała odpowiedzialność?
Niech umysł zajaśnieje nad naszymi mózgami,
byśmy nauczyli się na nowo myśleć, nie prześcigać się w głupocie!
„Shut up! You don’t know what it means
to be intimidated for your own opinion.
You don’t understand yourself.”
Patrzę na niego skonsternowany, przewierca mi w zemście oczy.
Palma skomle za nim nieco głośniej niż zwykle,
usta zlepiają mu się w dziób, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć
i mruczy po chwili: „Fuck”, wychodząc w kłębach ciszy ze studia.
I oto ja, Pielgrzym, po raz pierwszy czuję, że przegrałem.
— 17 II 2026r.