Łojezu (opowiadanie)

Inge Friedmann

Słońce świeciło bardzo mocno. Na niebie nie było ani jednej chmury. Gertruda stała na tarasie oparta o barierkę. Twarz wystawiała na działanie promieni UVA i UVB.
Słońce świeciło bardzo mocno. Na niebie nie było ani jednej chmury. Gertruda stała na tarasie oparta o barierkę. Twarz wystawiała na działanie promieni UVA i UVB. To zamykała, to znów otwierała oczy. Oprócz kota, leniwie snującego się chodnikiem, na ulicy nie ruszało się nic, nawet liście drzew w ogródkach. Temperatura musiała sięgać chyba czterdziestu stopni, było parno i duszno. Gertruda poczuła, jak po jej czole, a potem po policzku, płynie kropelka potu. Obróciła się od słońca i schowała się we wnętrzu domu. Wszystkie żaluzje były zasłonięte a okna pozamykane, dlatego w środku było ciemno i niezbyt gorąco. Przy odrobinie dobrej woli i szklance wody z lodem i cytryną, dało się wytrzymać.

Gertruda otworzyła lodówkę i wyjęła z niej zimną maślankę. Nalała sobie resztkę do szklanki, a pusty karton zostawiła na kredensie. Upiła łyk i wierzchem dłoni otarła usta. Ze szklanką w ręku przeniosła się z powrotem na rozgrzany taras. Szła boso, kafelki parzyły ją w stopy. Usiadła na drewnianym stołku. Włosy jej smętnie zwisały. – Ani krztyny wiatru – pomyślała. – Gdyby tak tędy przeszedł huragan, albo tornado… Zamglonym wzrokiem powiodła po okolicy. Sączyła powoli ciepłą już maślankę, nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Uniosła się ze stołka i pobiegła otworzyć. Nie była zaskoczona, gdy na progu zobaczyła Martę.

– Wejdź – zamaszystym gestem wskazała mroczny przedpokój. – Trochę za późno, bo Marta nie czekała nigdy na zaproszenie i ani się Gertruda obejrzała, jej przyjaciółka wstawiała wino do lodówki, wyciągając w zamian nie napoczęty karton maślanki i pokrojonego arbuza. Nie zdjęła nawet butów. Nalała sobie zimnego białka do szklanki i wypiła jednym haustem.

– Uff, ale gorąco, co? – uśmiechnęła się. Policzki miała czerwone, a czoło lekko wilgotne na potwierdzenie swoich słów.

– Przydałoby się trochę deszczu… Chodź, poopalamy się – Gertruda wzięła Martę za rękę i wyciągnęła ją na taras. Usiadły na stołkach i rozkoszowały się ciepłem i blaskiem, i oczywiście arbuzem. Chwilę rozmawiały, ale upał był tak męczący, że szybko zamknął im usta i oczy. Siedziały oparte o ścianę budynku i ogrzewały sobie znużone i naznaczone zmarszczkami twarze. Słońce paliło Gertrudę w nos, ale po chwili schłodziła go ogromna kropla wody. Gertruda otworzyła oczy i gdyby coś mówiła, natychmiast by zamilkła. Szturchnęła Martę, ta spojrzała w niebo i szepnęła:

– O, do diaska, co jest?

Wokół było szaro, ciemne chmury zasnuły całe niebo. Były tak czarne i skłębione, że nie pozostawiały wątpliwości: zaczynała się burza. Błysnęło. Naraz setki wielkich kropel uderzyły w ulicę, rośliny, płytki na tarasie i policzki zdziwionych przyjaciółek.

– Aaale leje… – w głosie Marty można było wyczuć podziw dla przyrody. – Aaale numer…

Obie wstały i schowały się w domu. Zagrzmiało. W jednej chwili zrobiło się okropnie zimno.

– To może spacer w deszczu dla ochłody? Jak szaleć, to szaleć – zaproponowała Marta i już wyciągała parasolkę z szafki w przedpokoju. Wyszły z domu bez butów, tak jak wtedy, kiedy były dużo młodsze i nic nie broniło im takiego zachowania. Gertruda zamknęła drzwi i wybiegły na ulicę, radośnie taplając stopami w kałużach. Śmiały się do rozpuku, chociaż bardzo marzły.

– Jejku, to już chyba wolę upał – Gertruda zadrżała, ale za chwilę zadrżała bardziej i to niekoniecznie z powodu spadającej temperatury ciała i otoczenia. Wskazała palcem na wschód. Odechciało jej się szaleństw.

– Aaale numer… – wyjąkała Marta. Ustąpiła krok do tyłu, ale to niewiele dało, bo wielka trąba powietrzna zbliżała się szybciej, niż ona była w stanie się oddalić. Tornado pochłaniało okolicę.

Słychać było dźwięk kruszonego betonu, roztrzaskiwanych drzew i gniecionych części samochodów. Niebo szalało, a pędzący wiatr już porywał parasolkę, już muskał policzki, już był tuż, tuż…

– O rany, to już chyba lepszy był upał – wyszeptała przerażona Gertruda.

– Łojezu, dziewczyno – skrzywił się Bóg. – Ale ty jesteś niezdecydowana.


niczego sobie 12 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
nocka 5 czerwca 2003, 23:23
swietna puenta, az zaczynam bac sie marudzic ;)
Czarna Boni 7 czerwca 2003, 22:07
ło jezu kochany no. wiesz, jesteś moją idolką:). żeby moje powiedzonko tak zgrabnie wykorzystać. jestem pełan podziwu. tylko wydaje mi się, że na początku za dużo jest szczegółów. i troche stylistycznie "nie tego". ale końcówka mnie rozwaliła, więc wybaczam:)
nF
nF 19 czerwca 2003, 22:57
A mnie jakoś nie zauroczył.
573 wyświetlenia
przysłano: 15 stycznia 2009 (historia)

Inge Friedmann

35
5 tekstów 8 komentarzy

Inne teksty autora

Pięćdziesiąt stopni

Inge Friedmann, opowiadanie

Julia

Inge Friedmann, opowiadanie

Tyle ptactwa

Inge Friedmann, opowiadanie

Marzec

Inge Friedmann, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło