Literatura

Gigant (opowiadanie)

Szluger

"uciekłem z domu zanim zaczął się ulubiony serial mojej mamy... "
***

Uciekłem z domu zanim zaczął się ulubiony serial mojej mamy. Wenezuelska telenowela przejmowała mnie zawsze tym szczególnym rodzajem politowania, jakie czujemy, kiedy mądry i zdawałoby się idealny człowiek zaczyna zajmować się prawdziwymi bzdurami.

Kiedy tylko zaczynał się film, mama popadała w szczególny rodzaj otępienia i obojętności, jaki przerwać umiała tylko Laura...

No właśnie, Laura. Uciekłem, bo w pewnym sensie miałem jej dosyć. Krzywiłem usta, kiedy słyszałem jej przesłodzony, a jednocześnie alkoholowo- nikotynowy głos:

- Mamo, słuchaj, napisałam biologię najlepiej w klasie...

- Niemożliwe , córeczko! Jesteś taka wspaniała...- zawsze odpowiadała jej mama, nieprzyzwoicie dumna nawet z cellulitisu i krzywych kostek własnej córki. I tak w kółko.

Nieraz miałem ochotę popsuć tę idylle, rzucając na stół plastikowy, dilerski woreczek, w którym bieliły się jeszcze resztki mózgu mojej siostry, a raczej tego, co pobudzało Laurę do jakiejkolwiek aktywności. Jednak zawsze, kiedy wyciągałem ten dowód rzeczowy z kieszeni, ogarniało mnie poczucie strachu, że mogę zniszczyć spokój mojej mamy, tak szczęśliwej w swoim ograniczonym, pustym świecie...a wtedy nastąpi dla niej tylko chaos i noc. Nie chciałem, żeby mama pogrążyła się w tym samym bezsensie, który przeżywałem codziennie, wyjąc jak pies, z którym nikt nigdy nie wychodzi na spacer...Chyba trochę ją kochałem.

Dla moich rodziców moja osoba kojarzyła się chyba z czystym powietrzem, bo konsekwentnie nie zauważali mojej obecności, nie słyszeli mojego głosu i w ogóle pomijali wszelkie moje próby zwrócenia na siebie ich uwagi. Starałem się z początku być wzorowym uczniem, ale ta metoda zawiodła, bo Laura, moja młodsza siostra , okazała się prawdziwym geniuszem i nie byłem w stanie jej doścignąć. W odpowiedzi na to postanowiłem przerazić ojca i matkę moim moralnym zepsuciem, ale oni optymistycznie stwierdzili, że z tego wyrosnę i nie ma się co martwić. Z tym, że ja po prostu pragnąłem, aby oni się mną martwili- skoro nie umiałem być radością, za wszelką cenę chciałem być ich zmorą. Kiedy i to zawiodło, zapragnąłem zostać homoseksualistą, bo rodzice nie znosili pedałów- już było mi całkowicie obojętne, czy będą mnie kochać, czy tez nienawidzić, chodziło mi tylko o to, abym budził ich jakiekolwiek emocje...Ale oni pozostawali obojętni jak skały, przechodzili koło mnie codziennie, mówiąc mi Dzień dobry, synku, a ja wiedziałem, że ten dzień tylko dla nich jest dobry, bo dla mnie oznaczał kolejne dwadzieścia cztery godziny odrzucenia i pustki...Liczyła się tylko Laura, bo ona była dziewczyną, a duży chłopiec powinien radzić sobie sam. Więc poradził sobie. Pewnego cichego popołudnia wyszedł z domu i wsiadł w pierwszy lepszy pociąg ...byle tylko uciec jak najdalej od własnej samotności...

Mama zapomniała o mnie w momencie, kiedy urodziła się Laura- od tamtej chwili ona pochłonęła cały ocean jej uczuć, wcześniej ześrodkowanych jedynie na mnie. Każdy jej krzyk był witany z entuzjazmem i dziką radością, nawet, jeżeli darła się jak opętana, a mamie puchły uszy. Mama nigdy nie biła mnie, ale też nie przytulała, od kiedy wyrosłem na tyle, że mogłem już iść do szkoły. To samo ojciec ( nie nauczyłem się nigdy mówić na niego Tato, on po prostu był moim Ojcem, człowiekiem wiecznie wciśniętym w fotel, skąd gromił cały świat swoimi wszystkowiedzącymi spojrzeniami). Oni byli zaczarowani Laurą, a ja byłem dla nich tylko jakąś cichą, ukrytą w kącie istotką, o której przypominali sobie wtedy, kiedy znów nic nie kupili mi na święta, a Laura chciała obejrzeć moje prezenty.

Mama siedziała na kanapie z pilotem w ręce, jej włosy były ściśle nawinięte na różowe lokówki. W ciągu tej krótkiej chwili, kiedy się jej przyglądałem, zrozumiałem, że naprawdę chcę wyrwać się z tego pachnącego harmonią i zakłamaniem świata. Nie zastanawiałem się długo. Po prostu zbiegłem szybko po schodach, mijając drzwi sypialni, gdzie był cukierkowy świat mamy i Laury.

***

Dworzec kolejowy pachniał najprawdziwszym gnojem. Pociągi, wytatuowane sprayami jak ramiona marynarzy, mknęły po szynach, oślepiając mnie przy okazji swoimi roziskrzonymi oczami. Pomarańczowe światło zalewało ławkę, na której siedziałem- patrząc w puste, czarne niebo nade mną. Kolory wokół mnie zdeformowały się w zwykły, nocny sposób.

Drugi dzień. Ciekawe co słychać w telenoweli mamusi- pomyślałem szyderczo.

Nie tęskniłem zupełnie za tym wszystkim, co zostało gdzieś daleko, w miejscu , którego nienawidziłem. Mama, ojciec, Laura- wszystko zlało się w jeden obraz, który stopniowo bladł i rozpływał się w mroku nocy...Byłem najzwyczajniej w świecie wolny, ale ta wolność jeszcze nie zawładnęła mną bez reszty. Wciąż chciałem uciekać, a każdy przebyty kilometr przybliżał mnie do raju...

Pragnąłem tylko jednego- spotkać człowieka, dla którego będę chociaż odrobinę ważny.

***

- Co się kurwa pchasz, pedale?- usłyszałem, kiedy próbowałem przecisnąć się przez najmniej zatłoczony wagon. Byłem zmęczony i wściekły, marzyłem tylko o tym, aby ten pociąg nareszcie się zatrzymał- tak, żebym w spokoju mógł się wysikać.

W kiblu usiadłem na spuszczonej desce klozetowej i zapaliłem obrzydliwego w smaku papierosa. Mimowolnie zacząłem się zastanawiać, co takiego w tym paleniu widzi Laura, a po chwili śmierdziałem jak stary amator klubowych.

Patrząc przez okno na migające drzewa i zielone plamy łąk uświadomiłem sobie, że jestem sam. Pędzę gdzieś donikąd, pozostawiając wszystko za sobą i nie mając żadnego celu mojej wyprawy...Przykre uczucie. Żeby zagłuszyć pustkę i dziwny smutek wyciągnąłem drugiego papierosa, tym razem stał się moim przyjacielem.

***

Zapaliłem osiemnastego papierosa i zjadłem kawałek bułki. Czułem się brudny, zarówno fizycznie jak i psychicznie, bo w końcu dopadły mnie wyrzuty sumienia. Jak mogłem zburzyć lukrowany mur, jaki przed światem zbudowała sobie mama? Jak mogłem zniszczyć mit zawsze grzecznego synka....? Co za głupie pytania, najlepiej jest nigdy się nie rodzić, wtedy ominie cię pocisk bólu i żalu, jakim mierzy w ciebie świat...Nie jestem już dzieckiem, muszę okazać się godny mojego buntu, zapanować nad nim, nie pozwolić mu uciec od siebie.

Bunt. Cóż to za bzdura...Wszystko co robię i tak nie ma sensu, ale lepiej jest przeżyć coś ciekawego, zanim zdominuje mnie instynkt życia w rodzinie.

Ostatni przystanek- morze.

***

- Hej, mogę się dosiąść?

- No jasne, chodź.

Popatrzyła na mnie przenikliwie, jakby chciała powiedzieć :Już wiem o tobie wszystko.

- Jesteś na gigancie, nie?

- Ja? Powiedzmy...po czym poznałaś?

- Po zapachu...- zaczęła głupkowato chichotać, a ja poczułem się jak wywleczony ze śmietnika szczur.

Była dużo niższa ode mnie. Przypominała trochę Laurę, w każdym razie miała podobne, pochlapane utleniaczem włosy- z tą różnicą, że były one bardzo długie i zwinięte w niedbały kok. Twarz wysmarowana pudrem odcinała się ciemniejszą plamą od jej jasnych włosów i nieopalonej szyi.

Szmata- pomyślałem sobie. Do tego ten głos...Niski i ochrypły, jak u starej kurwy. Niech się ona ode mnie odwali...

- Masz ładne oczy, kolego. uśmiechnęła się do mnie znacząco. Miałem ochotę stamtąd zwiać.

- Muszę lecieć, na razie..- wykrztusiłem, wstając z krawężnika.

Biegnąc co jakiś czas oglądałem się za siebie, żeby sprawdzić, czy ta kurewka jeszcze ciągle tam siedzi. Po jakiejś minucie zniknęła.

Nie mogłem określić, co właściwie odrzuciło mnie od niej, od jej towarzystwa...bo z drugiej strony coś mnie do niej ciągnęło, tak, że chciałem pobiec za nią i zapytać ją o imię.

***

Teresa. Miała na imię Teresa.

Zobaczyłem ją po raz drugi, kiedy rozmawiała na plaży z małym dzieckiem. Tak po prostu podeszła do płaczącego chłopca i spytała go, jak może mu pomóc. Dzieciak wył, bo rodzice zbierali się już do zejścia z plaży, ale nie to było najważniejsze...liczył się jej uśmiech. Szczery, pełen życzliwości...jak wesoła piosenka.

- Cześć. powiedziałem do niej, wychodząc zza zasłony wysokich traw.

Od trzech dni spałem pod gołym niebem na wydmach, całe ciało miałem obolałe i oblepione piaskiem. Wolność zgrzytała mi w ustach twardymi, kwarcowymi ziarenkami.

- Ach, to ty...- znów się uśmiechnęła.- Widzę, że dzisiaj jesteś już czystszy...

- Bardzo zabawne...- mruknąłem.- Teraz tutaj jest mój dom, mogę chodzić jak tylko chcę, nawet nago. I nie wpuszczam nieproszonych gości.

- Rozumiem, że jestem, jednym z nich.

- Tego nie powiedziałem. Po prostu nie czepiaj się mojego wyglądu, zgoda?

- Dobra, stoi. trochę spochmurniała i zaczęła grzebać stopą małą jamkę w piasku.

- Coś nie tak?

- Nie...w porządku...- odparła, patrząc na morze.- Po prostu chciałam pobiegać z tobą nago po plaży...

Zamurowało mnie.

- Poczekaj, nawet nie wiem, jak masz na imię...

- Teresa. Wystarczy ci? A teraz chodź...

Pociągnęła mnie na pustą plażę, oświetloną tylko żółtymi promieniami zachodzącego słońca. Wiał słony wiatr, a morze huczało i burzyło się, bijąc zielonkawymi falami o brzeg. Teresa pobiegła w kierunku falochronu, potem zwinnie na niego wskoczyła. Po kilkunastu sekundach stała już na jego drugim końcu, wysuniętym daleko w morze.

Falochron przypominał grzebień do czesania powierzchni morza. Co jakiś czas wielka, groźna masa wody rozbijała się o jego zęby.

Zacząłem bać się o nią, stała tak daleko ode mnie, a każda fala o mało nie zmiatała jej z wąskiego pala.

- Hej, popatrz! Podpłynę do mew...- usłyszałem jej pełen entuzjazmu krzyk.

Między nią a częścią falochronu, gdzie siedziały mewy, była jakaś dziesięciometrowa przerwa, długie dziesięć metrów groźnych fal...Pochłoną ją, ona tam się utopi...O Boże, dlaczego? Zwariowała, czy co?

Zacisnąłem dłonie w pieści i zatkałem nimi oczy. Bałem się. Huk morskich fal stawał się dla mnie nie do zniesienia, tym bardziej, ze słyszałem jej śmiech, dobiegający jakby z wielkiej głębiny...

- Michał, patrz, to wspaniałe!

Dla mnie morze już nie szumiało, ale ryczało, jak smok, który chce pożreć dziewicę. Nie mogłem zrobić ani kroku naprzód, klęczałem skulony na zimnym i mokrym piasku, zasłaniając oczy rękami...Ona się tam utopi, Boże, co jej wpadło do głowy?

Mewy wzbiły się w powietrze z charakterystycznym, przenikliwym wrzaskiem.

- Michał, chodź tutaj, jestem w zupełnie innym świecie...

Teresa stała na oblepionych glonami palach falochronu, jej mokra skóra połyskiwała w ostatnich promieniach dnia. Balansowanie na wąskiej powierzchni pala wcale nie sprawiało jej trudności, przykucnęła jak mewa, mocno wczepiając się stopami w ciemne drewno. Przez moment wydawało mi się, że ma skrzydła- dwa olbrzymie białe skrzydła jak albatros, i że za moment poderwie się do lotu, ginąc gdzieś w oślepiającym blasku wieczornego słońca.

***

Miała przy plaży mały domek, w którym znajdowała się jej pracownia malarska. Miała małego kota, który reagował na własne imię i mruczał, kiedy pociągało się go za uszy. Miała niebieskie oczy, w których odbijało się morze, zupełnie jak w lustrze- i mnóstwo piegów na twarzy, kiedy zmyła z siebie cały puder.

A ja miałem ją, Teresę Szaloną, która każdego dnia budziła się i zasypiała inna...Miałem ja wtedy, kiedy tylko chciałem poczuć, że nie jestem sam. I nie byłem.

***

Przeciągnąłem palcem po jeszcze wilgotnym płótnie, pozostawiając w tym miejscu długą białą krechę. Oczy płaskiej, błękitnej kobiety nien zmieniły swojego martwego wyrazu...teraz dotknąłem jej twarzy resztką granatowej farby, która zatrzymała się pod moim paznokciem. Lepiej, zdecydowanie lepiej.

Lubiłem niszczyć jej obrazy, kiedy dowiadywałem się o jej byłych kochankach. Uwielbiałem znęcać się nad tymi kawałkami płótna, w które jeszcze nie została tchnięta dusza. Dopiero tak przeze mnie okaleczone stawały się prawdziwą sztuka, czymś wartym oglądania tylko po to, żeby doświadczyć chociaż odrobiny furii, z jaka pracował artysta...

- Powiem ci prawdę, Michał. Oni chcą ciebie zabić...

- Jak to?- starałem się nie patrzyć na jej szczupłe ciało, owinięte tylko niebieskim ręcznikiem.

- Kurwa, zostaw ten obraz, posłuchaj mnie!- krzyknęła, ciągnąc mnie za rękę. Opadłem ciężko na podłogę, z plama zasychającej farby na wskazującym palcu...- To nie jest takie proste, jak myślisz...Wydaje ci się, że jestem wolna? Że byłam wolna, zanim cię poznałam? Muszę cię rozczarować.

- Kurwa!- wyrwało mi się, ze złości i z żalu. Dlaczego nie powiedziała wcześniej...dlaczego? Boże, czy ja jestem już zupełnie przegrany?

- Pablo chce cię zabić...

- KURWA! Gówno mnie to obchodzi...Jesteś zwykłą szmatą...tyle, że dajesz za darmo...- krzyknąłem i rzuciłem ją na ścianę , pełną niedokończonych obrazów.

Nie obchodziło mnie już nic, tak, jakby cały świat po raz kolejny przestał dla mnie istnieć, a zamiast niego pojawiła się olbrzymia i głęboka studnia...wskoczyłem do niej, nie zastanawiając się, czy nie rozbiję się o jej kamienne dno. Ale nic się nie stało, a to było gorsze od śmierci.

***

- Kto to jest Pablo? spytałem, kiedy już uspokoiłem się i przysiadłem na podłodze przy jej kolanach, prosząc o przebaczenie za moją gwałtowność...

- Mój kochanek, który nie zasługuje na nic, tylko na nienawiść.

- Bandyta?

- Coś w tym stylu. Handluje bronią...właściwie on handluje wszystkim, wszystko rabuje i we wszystko się miesza...jest wielki i wstrętny...

- A jednak cię posuwał, dlaczego?

- Potrzebowałam pieniędzy dla mojej rodziny. Potrzebowałam forsy na tą pieprzoną pracownię, na farby, na ciuchy, na wódkę i papierosy. Na wszystko...kurwa, co za życie...

- Czyli jesteś dziwką.

- Nie! Zrozum to, nigdy nie zarabiałam dupą. On mi płacił...nie sądziłam, że będzie to robił...

- A jednak powiedziałaś , że jest wstrętny. Nie zrobiłabyś tego, gdyby ci nie zapłacił.

- Poderwał mnie w dyskotece i zgwałcił. Potem wszystko szło już jak lawina.

- Nie wierze ci. Wyobraź sobie, ani jedno twoje słowo nie wydaje mi się prawdziwe. Jesteś dziwką , rozszyfrowałem cię już od razu...Ale do rzeczy. Skąd wie o mnie?

- On ma szpiegów wszędzie.

- Powiedz mu, że się z nim rozprawię. Jutro w samo południe , w pierwszej kafejce przy plaży. Czekam na niego. Jak nie przyjdzie, to sam do niego przyjdę, żeby rozwalić mu jego śmierdzący łeb...

- Obawiam się, że będzie odwrotnie, Michał. Lepiej stąd uciekaj.

- Nie.- i to było moje ostatnie słowo.

Nie byłem pewien tego , co robię, bo wszystko pachniało mi bardziej tanim filmem akcji, niż czymś, co może zdarzyć się realnie. Teresa zachowywała się jak aktorka, doskonale wyuczona swojej roli, cała sceneria dodawała mi wiarę w to, ze śnię, albo wszystko co teraz przeżywam jest jakimś ponurym żartem, Dopiero, kiedy wyszedłem na plażę, aby zebrać myśli przed nadchodzącym dniem, dotarło do mnie, że znów jestem sam.

Dom. Miejsce, z którego uciekłem przed kilkoma tygodniami zaczęło wydawać mi się oazą. Nie było mi nawet tak źle, nie...czułem tylko potrzebę pokazania, że stać mnie na więcej niż tylko monotonne życie miejskiego nastolatka. Gówno. Wszystko jedno wielkie gówno, na wieki wieków amen. Teraz jestem sam, wpakowałem się w historię , z której nie ma wyjścia. Zwariowałem...dlaczego byłem taki głupi?

Piasek nabrał fiołkowego odcienia, a nade mną otwierał się olbrzymi parasol gwiazd. Siedząc na plaży czułem, że spływa na mnie dziwna samotność, pustka z która nie może się równać nic. Wszystko , co przeżywałem było zniekształcone. Nie odbierałem tego we właściwy sposób, nie wzbudzało to moich żadnych emocji...tak, jakbym patrzył na wszystko z boku. Nie mogłem nawet płakać. Nie miałem siły, żeby wyrwać się z tego ponurego filmu.

***

Pablo miał trzy kolczyki w prawym uchu i jeden mały diament w lewym, poza tym wyglądał całkiem przyzwoicie. Spodziewałem się jakiegoś ohydnego mięśniaka o twarzy idioty, a tu zobaczyłem niskiego, chudego blondynka, który nie wyglądał na starszego ode mnie. Nie miał nawet cienia zarostu. Siedział przy barze z bandą zarośniętych osiłków.

- Masz przesrane, Michał. Spałeś z moją Teresą i za to dostaniesz w dupę.- powiedział na powitanie.- Ale jak na razie trzyma się ciebie szczęście, bo czekam na kogoś, kogo muszę rozpieprzyć przed tobą. Napijmy się zatem odrobinę piwa.

Po godzinie byliśmy ze sobą w miarę zaprzyjaźnieni. Tymczasem do knajpy weszła siedmioosobowa grupka ludzi, którzy jak najbardziej wyglądali na przestępców.

- Zginiesz, Pablo!- krzyknął jeden z nich, wyciągając w kierunku Pabla pistolet. Huknął strzał. Pablo podskoczył i upadł na podłogę z krwawą dziurą w okolicy serca.

- Patrz i ucz się, synu!- zdążył wykrztusić do mnie przed śmiercią.

***

To nie był film Quentina Tarantino. Siedziałem w knajpie, wokół mnie było czerwono od krwi, a na podłodze leżało przynajmniej dziesięć ciał,

- Co ja tutaj robię?- zapytałem sam siebie, ścierając zabłąkaną, bordową kroplę z mojego kciuka.

Niewiele myśląc wstałem z barowego stołka i ostrożnie, żeby przypadkiem nie poślizgnąć się na krwawej kałuży, poczłapałem do wyjścia. Dzień był słoneczny...

***

- Pablo nie żyje.- powiedziałem Teresie, witając się z nią na plaży.- A ja wracam do domu.

Popatrzyła na mnie z wyrzutem.

- Dlaczego?

- To nie mój świat, wybacz...Było mi niezwykle miło ciebie poznać.

Pobiegłem na stację, aby wsiąść w najbliższy pociąg i pomknąć przed siebie, w nieznane, do miejsca, gdzie wreszcie mogłem stać się sobą.

Do domu...

Co za magiczne słowo.

***

Kiedy otwierałem drzwi, zaczynała się właśnie wenezuelska telenowela mojej mamy. Poznałem ją po pierwszych patetycznych taktach utworu, który wcześniej doprowadzał mnie do wściekłości...Teraz ta hałaśliwa czołówka była dla mnie czymś cudownym.

Jestem w domu.

Wróciłem....

Pomyślałem, że wszystko, co widziałem, jest bajką. Pełnym kolorów snem, który mimo wszystko pozostawia po sobie pustkę. Snem, który przemija niezauważalnie, podczas kiedy ja usiłuję go na siłę zatrzymać, chociaż to nie mój świat...

***

Uciekłem z domu na chwilę przed czołówką ulubionego serialu mojej mamy. Wenezuelska telenowela przejmowała mnie zawsze tym szczególnym rodzajem politowania, jakie czujemy, kiedy mądry i zdawałoby się idealny człowiek zaczyna zajmować się prawdziwymi bzdurami.

Kiedy tylko zaczynał się film, mama popadała w szczególny rodzaj otępienia i obojętności, jaki przerwać umiała tylko Laura...

No właśnie, Laura. Uciekłem, bo w pewnym sensie miałem jej dosyć. Krzywiłem usta, kiedy słyszałem jej przesłodzony, a jednocześnie alkoholowo- nikotynowy głos:

- Mamo, słuchaj, napisałam biologię najlepiej w klasie...

- Niemożliwe , córeczko! Jesteś taka wspaniała...- zawsze odpowiadała jej mama, nieprzyzwoicie dumna nawet z cellulitisu i krzywych kostek własnej córki. I tak w kółko.

Nieraz miałem ochotę popsuć tę idylle, rzucając na stół plastikowy, dilerski woreczek, w którym bieliły się jeszcze resztki mózgu mojej siostry, a raczej tego, co pobudzało Laurę do jakiejkolwiek aktywności. Jednak zawsze, kiedy wyciągałem ten dowód rzeczowy z kieszeni, ogarniało mnie poczucie strachu, że mogę zniszczyć spokój mojej mamy, tak szczęśliwej w swoim ograniczonym, pustym świecie...a wtedy nastąpi dla niej tylko chaos i noc. Nie chciałem, żeby mama pogrążyła się w tym samym bezsensie, który przeżywałem codziennie, wyjąc jak pies, z którym nikt nigdy nie wychodzi na spacer...Chyba trochę ją kochałem.

Dla moich rodziców moja osoba kojarzyła się chyba z czystym powietrzem, bo konsekwentnie nie zauważali mojej obecności, nie słyszeli mojego głosu i w ogóle pomijali wszelkie moje próby zwrócenia na siebie ich uwagi. Starałem się z początku być wzorowym uczniem, ale ta metoda zawiodła, bo Laura, moja młodsza siostra , okazała się prawdziwym geniuszem i nie byłem w stanie jej doścignąć. W odpowiedzi na to postanowiłem przerazić ojca i matkę moim moralnym zepsuciem, ale oni optymistycznie stwierdzili, że z tego wyrosnę i nie ma się co martwić. Z tym, że ja po prostu pragnąłem, aby oni się mną martwili- skoro nie umiałem być radością, za wszelką cenę chciałem być ich zmorą. Kiedy i to zawiodło, zapragnąłem zostać homoseksualistą, bo rodzice nie znosili pedałów- już było mi całkowicie obojętne, czy będą mnie kochać, czy tez nienawidzić, chodziło mi tylko o to, abym budził ich jakiekolwiek emocje...Ale oni pozostawali obojętni jak skały, przechodzili koło mnie codziennie, mówiąc mi Dzień dobry, synku, a ja wiedziałem, że ten dzień tylko dla nich jest dobry, bo dla mnie oznaczał kolejne dwadzieścia cztery godziny odrzucenia i pustki...Liczyła się tylko Laura, bo ona była dziewczyną, a duży chłopiec powinien radzić sobie sam. Więc poradził sobie. Pewnego cichego popołudnia wyszedł z domu i wsiadł w pierwszy lepszy pociąg ...byle tylko uciec jak najdalej od własnej samotności...

Mama zapomniała o mnie w momencie, kiedy urodziła się Laura- od tamtej chwili ona pochłonęła cały ocean jej uczuć, wcześniej ześrodkowanych jedynie na mnie. Każdy jej krzyk był witany z entuzjazmem i dziką radością, nawet, jeżeli darła się jak opętana, a mamie puchły uszy. Mama nigdy nie biła mnie, ale też nie przytulała, kiedy wyrosłem na tyle, że mogłem już iść do szkoły. To samo ojciec ( nie nauczyłem się nigdy mówić na niego Tato, on po prostu był moim Ojcem, człowiekiem wiecznie wciśniętym w fotel, skąd gromił cały świat swoimi wszystkowiedzącymi spojrzeniami). Oni byli zaczarowani Laurą, a ja byłem dla nich tylko jakąś cichą, ukrytą w kącie istotką, o której przypominali sobie wtedy, kiedy znów nic nie kupili mi na święta, a Laura chciała obejrzeć moje prezenty.

Mama siedziała na kanapie z pilotem w ręce, jej włosy były ściśle nawinięte na różowe lokówki. W ciągu tej krótkiej chwili, kiedy się jej przyglądałem, zrozumiałem, że naprawdę chcę wyrwać się z tego pachnącego harmonią i zakłamaniem świata. Nie zastanawiałem się długo. Po prostu zbiegłem szybko po schodach, mijając drzwi sypialni, gdzie był cukierkowy świat mamy i Laury.

***

Dworzec kolejowy pachniał najprawdziwszym gnojem. Pociągi, wytatuowane sprayami jak ramiona marynarzy, mknęły po szynach, oślepiając mnie przy okazji swoimi roziskrzonymi oczami. Pomarańczowe światło zalewało ławkę, na której siedziałem- patrząc w puste, czarne niebo nade mną. Kolory wokół mnie zdeformowały się w zwykły, nocny sposób.

Drugi dzień. Ciekawe co słychać w telenoweli mamusi- pomyślałem szyderczo.

Nie tęskniłem zupełnie za tym wszystkim, co zostało gdzieś daleko, w miejscu , którego nienawidziłem. Mama, ojciec, Laura- wszystko zlało się w jeden obraz, który stopniowo bladł i rozpływał się w mroku nocy...Byłem najzwyczajniej w świecie wolny, ale ta wolność jeszcze nie zawładnęła mną bez reszty. Wciąż chciałem uciekać, a każdy przebyty kilometr przybliżał mnie do raju...

Pragnąłem tylko jednego- spotkać człowieka, dla którego będę chociaż odrobinę ważny.

***

- Co się kurwa pchasz, pedale?- usłyszałem, kiedy próbowałem przecisnąć się przez najmniej zatłoczony wagon. Byłem zmęczony i wściekły, marzyłem tylko o tym, aby ten pociąg nareszcie się zatrzymał- tak, żebym w spokoju mógł się wysikać.

W kiblu usiadłem na spuszczonej desce klozetowej i zapaliłem obrzydliwego w smaku papierosa. Mimowolnie zacząłem się zastanawiać, co takiego w tym paleniu widzi Laura, a po chwili śmierdziałem jak stary amator klubowych.

Patrząc przez okno na migające drzewa i zielone plamy łąk uświadomiłem sobie, że jestem sam. Pędzę gdzieś donikąd, pozostawiając wszystko za sobą i nie mając żadnego celu mojej wyprawy...Przykre uczucie. Żeby zagłuszyć pustkę i dziwny smutek wyciągnąłem drugiego papierosa, tym razem stał się moim przyjacielem.

***

Zapaliłem osiemnastego papierosa i zjadłem kawałek bułki. Czułem się brudny, zarówno fizycznie jak i psychicznie, bo w końcu dopadły mnie wyrzuty sumienia. Jak mogłem zburzyć lukrowany mur, jaki przed światem zbudowała sobie mama? Jak mogłem zniszczyć mit zawsze grzecznego synka....? Co za głupie pytania, najlepiej jest nigdy się nie rodzić, wtedy ominie cię pocisk bólu i żalu, jakim mierzy w ciebie świat...Nie jestem już dzieckiem, muszę okazać się godny mojego buntu, zapanować nad nim, nie pozwolić mu uciec od siebie.

Bunt. Cóż to za bzdura...Wszystko co robię i tak nie ma sensu, ale lepiej jest przeżyć coś ciekawego, zanim zdominuje mnie instynkt życia w rodzinie.

Ostatni przystanek- morze.

***

- Hej, mogę się dosiąść?

- No jasne, chodź.

Popatrzyła na mnie przenikliwie, jakby chciała powiedzieć :Już wiem o tobie wszystko.

- Jesteś na gigancie, nie?

- Ja? Powiedzmy...po czym poznałaś?

- Po zapachu...- zaczęła głupkowato chichotać, a ja poczułem się jak wywleczony ze śmietnika szczur.

Była dużo niższa ode mnie. Przypominała trochę Laurę, w każdym razie miała podobne, pochlapane utleniaczem włosy- z tą różnicą, że były one bardzo długie i zwinięte w niedbały kok. Twarz wysmarowana pudrem odcinała się ciemniejszą plamą od jej jasnych włosów i nieopalonej szyi.

Szmata- pomyślałem sobie. Do tego ten głos...Niski i ochrypły, jak u starej kurwy. Niech się ona ode mnie odwali...

- Masz ładne oczy, kolego. uśmiechnęła się do mnie znacząco. Miałem ochotę stamtąd zwiać.

- Muszę lecieć, na razie..- wykrztusiłem, wstając z krawężnika.

Biegnąc co jakiś czas oglądałem się za siebie, żeby sprawdzić, czy ta kurewka jeszcze ciągle tam siedzi. Po jakiejś minucie zniknęła.

Nie mogłem określić, co właściwie odrzuciło mnie od niej, od jej towarzystwa...bo z drugiej strony coś mnie do niej ciągnęło, tak, że chciałem pobiec za nią i zapytać ją o imię.

***

Teresa. Miała na imię Teresa.

Zobaczyłem ją po raz drugi, kiedy rozmawiała na plaży z małym dzieckiem. Tak po prostu podeszła do płaczącego chłopca i spytała go, jak może mu pomóc. Dzieciak wył, bo rodzice zbierali się już do zejścia z plaży, ale nie to było najważniejsze...liczył się jej uśmiech. Szczery, pełen życzliwości...jak wesoła piosenka.

- Cześć. powiedziałem do niej, wychodząc zza zasłony wysokich traw.

Od trzech dni spałem pod gołym niebem na wydmach, całe ciało miałem obolałe i oblepione piaskiem. Wolność zgrzytała mi w ustach twardymi, kwarcowymi ziarenkami.

- Ach, to ty...- znów się uśmiechnęła.- Widzę, że dzisiaj jesteś już czystszy...

- Bardzo zabawne...- mruknąłem.- Teraz tutaj jest mój dom, mogę chodzić jak tylko chcę, nawet nago. I nie wpuszczam nieproszonych gości.

- Rozumiem, że jestem, jednym z nich.

- Tego nie powiedziałem. Po prostu nie czepiaj się mojego wyglądu, zgoda?

- Dobra, stoi. trochę spochmurniała i zaczęła grzebać stopą małą jamkę w piasku.

- Coś nie tak?

- Nie...w porządku...- odparła, patrząc na morze.- Po prostu chciałam pobiegać z tobą nago po plaży...

Zamurowało mnie.

- Poczekaj, nawet nie wiem, jak masz na imię...

- Teresa. Wystarczy ci? A teraz chodź...

Pociągnęła mnie na pustą plażę, oświetloną tylko żółtymi promieniami zachodzącego słońca. Wiał słony wiatr, a morze huczało i burzyło się, bijąc zielonkawymi falami o brzeg. Teresa pobiegła w kierunku falochronu, potem zwinnie na niego wskoczyła. Po kilkunastu sekundach stała już na jego drugim końcu, wysuniętym daleko w morze.

Falochron przypominał grzebień do czesania powierzchni morza. Co jakiś czas wielka, groźna masa wody rozbijała się o jego zęby.

Zacząłem bać się o nią, stała tak daleko ode mnie, a każda fala o mało nie zmiatała jej z wąskiego pala.

- Hej, popatrz! Podpłynę do mew...- usłyszałem jej pełen entuzjazmu krzyk.

Między nią a częścią falochronu, gdzie siedziały mewy, była jakaś dziesięciometrowa przerwa, długie dziesięć metrów groźnych fal...Pochłoną ją, ona tam się utopi...O Boże, dlaczego? Zwariowała, czy co?

Zacisnąłem dłonie w pieści i zatkałem nimi oczy. Bałem się. Huk morskich fal stawał się dla mnie nie do zniesienia, tym bardziej, ze słyszałem jej śmiech, dobiegający jakby z wielkiej głębiny...

- Michał, patrz, to wspaniałe!

Dla mnie morze już nie szumiało, ale ryczało, jak smok, który chce pożreć dziewicę. Nie mogłem zrobić ani kroku naprzód, klęczałem skulony na zimnym i mokrym piasku, zasłaniając oczy rękami...Ona się tam utopi, Boże, co jej wpadło do głowy?

Mewy wzbiły się w powietrze z charakterystycznym, przenikliwym wrzaskiem.

- Michał, chodź tutaj, jestem w zupełnie innym świecie...

Teresa stała na oblepionych glonami palach falochronu, jej mokra skóra połyskiwała w ostatnich promieniach dnia. Balansowanie na wąskiej powierzchni pala wcale nie sprawiało jej trudności, przykucnęła jak mewa, mocno wczepiając się stopami w ciemne drewno. Przez moment wydawało mi się, że ma skrzydła- dwa olbrzymie białe skrzydła jak albatros, i że za moment poderwie się do lotu, ginąc gdzieś w oślepiającym blasku wieczornego słońca.

***

Miała przy plaży mały domek, w którym znajdowała się jej pracownia malarska. Miała małego kota, który reagował na własne imię i mruczał, kiedy pociągało się go za uszy. Miała niebieskie oczy, w których odbijało się morze, zupełnie jak w lustrze- i mnóstwo piegów na twarzy, kiedy zmyła z siebie cały puder.

A ja miałem ją, Teresę Szaloną, która każdego dnia budziła się i zasypiała inna...Miałem ja wtedy, kiedy tylko chciałem poczuć, że nie jestem sam. I nie byłem.

***

Przeciągnąłem palcem po jeszcze wilgotnym płótnie, pozostawiając w tym miejscu długą białą krechę. Oczy płaskiej, błękitnej kobiety zmieniły swojego martwego wyrazu...teraz dotknąłem jej twarzy resztką granatowej farby, która zatrzymała się pod moim paznokciem. Lepiej, zdecydowanie lepiej.

Lubiłem niszczyć jej obrazy, kiedy dowiadywałem się o jej byłych kochankach. Uwielbiałem znęcać się nad tymi kawałkami płótna, w które jeszcze nie została tchnięta dusza. Dopiero tak przeze mnie okaleczone stawały się prawdziwą sztuka, czymś wartym oglądania tylko po to, żeby doświadczyć chociaż odrobiny furii, z jaka pracował artysta...

- Powiem ci prawdę, Michał. Oni chcą ciebie zabić...

- Jak to?- starałem się nie patrzyć na jej szczupłe ciało, owinięte tylko niebieskim ręcznikiem.

- Kurwa, zostaw ten obraz, posłuchaj mnie!- krzyknęła, ciągnąc mnie za rękę. Opadłem ciężko na podłogę, z plama zasychającej farby na wskazującym palcu...- To nie jest takie proste, jak myślisz...Wydaje ci się, że jestem wolna? Że byłam wolna, zanim cię poznałam? Muszę cię rozczarować.

- Kurwa!- wyrwało mi się, ze złości i z żalu. Dlaczego nie powiedziała wcześniej...dlaczego? Boże, czy ja jestem już zupełnie przegrany?

- Pablo chce cię zabić...

- KURWA! Gówno mnie to obchodzi...Jesteś zwykłą szmatą...tyle, że dajesz się za darmo...- krzyknąłem i rzuciłem ją na ścianę , pełną niedokończonych obrazów.

Nie obchodziło mnie już nic, tak, jakby cały świat po raz kolejny przestał dla mnie istnieć, a zamiast niego pojawiła się olbrzymia i głęboka studnia...wskoczyłem do niej, nie zastanawiając się, czy nie rozbiję się o jej kamienne dno. Ale nic się nie stało, a to było gorsze od śmierci.

***

- Kto to jest Pablo? spytałem, kiedy już uspokoiłem się i przysiadłem na podłodze przy jej kolanach, prosząc o przebaczenie za moją gwałtowność...

- Mój kochanek, który nie zasługuje na nic, tylko na nienawiść.

- Bandyta?

- Coś w tym stylu. Handluje bronią...właściwie on handluje wszystkim, wszystko rabuje i we wszystko się miesza...jest wielki i wstrętny...

- A jednak cię posuwał, dlaczego?

- Potrzebowałam pieniędzy dla mojej rodziny. Potrzebowałam forsy na tą pieprzoną pracownię, na farby, na ciuchy, na wódkę i papierosy. Na wszystko...kurwa, co za życie...

- Czyli jesteś dziwką.

- Nie! Zrozum to, nigdy nie zarabiałam dupą. On mi płacił...nie sądziłam, że będzie to robił...

- A jednak powiedziałaś , że jest wstrętny. Nie zrobiłabyś tego, gdyby ci nie zapłacił.

- Poderwał mnie w dyskotece i zgwałcił. Potem wszystko szło już jak lawina.

- Nie wierze ci. Wyobraź sobie, ani jedno twoje słowo nie wydaje mi się prawdziwe. Jesteś dziwką , rozszyfrowałem cię już od razu...Ale do rzeczy. Skąd wie o mnie?

- On ma szpiegów wszędzie.

- Powiedz mu, że się z nim rozprawię. Jutro w samo południe , w pierwszej kafejce przy plaży. Czekam na niego. Jak nie przyjdzie, to sam do niego przyjdę, żeby rozwalić mu jego śmierdzący łeb...

- Obawiam się, że będzie odwrotnie, Michał. Lepiej stąd uciekaj.

- Nie.- i to było moje ostatnie słowo.

Nie byłem pewien tego , co robię, bo wszystko pachniało mi bardziej tanim filmem akcji, niż czymś, co może zdarzyć się realnie. Teresa zachowywała się jak aktorka, doskonale wyuczona swojej roli, cała sceneria dodawała mi wiarę w to, ze śnię, albo wszystko co teraz przeżywam jest jakimś ponurym żartem, Dopiero, kiedy wyszedłem na plażę, aby zebrać myśli przed nadchodzącym dniem, dotarło do mnie, że znów jestem sam.

Dom. Miejsce, z którego uciekłem przed kilkoma tygodniami zaczęło wydawać mi się oazą. Nie było mi nawet tak źle, nie...czułem tylko potrzebę pokazania, że stać mnie na więcej niż tylko monotonne życie miejskiego nastolatka. Gówno. Wszystko jedno wielkie gówno, na wieki wieków amen. Teraz jestem sam, wpakowałem się w historię , z której nie ma wyjścia. Zwariowałem...dlaczego byłem taki głupi?

Piasek nabrał fiołkowego odcienia, a nade mną otwierał się olbrzymi parasol gwiazd. Siedząc na plaży czułem, że spływa na mnie dziwna samotność, pustka z która nie może się równać nic. Wszystko , co przeżywałem było zniekształcone. Nie odbierałem tego we właściwy sposób, nie wzbudzało to moich żadnych emocji...tak, jakbym patrzył na wszystko z boku. Nie mogłem nawet płakać. Nie miałem siły, żeby wyrwać się z tego ponurego filmu.

***

Pablo miał trzy kolczyki w prawym uchu i jeden mały diament w lewym, poza tym wyglądał całkiem przyzwoicie. Spodziewałem się jakiegoś ohydnego mięśniaka o twarzy idioty, a tu zobaczyłem niskiego, chudego blondynka, który nie wyglądał na starszego ode mnie. Nie miał nawet cienia zarostu. Siedział przy barze z bandą zarośniętych osiłków.

- Masz przesrane, Michał. Spałeś z moją Teresą i za to dostaniesz w dupę.- powiedział na powitanie.- Ale jak na razie trzyma się ciebie szczęście, bo czekam na kogoś, kogo muszę rozpieprzyć przed tobą. Napijmy się zatem odrobinę piwa.

Po godzinie byliśmy ze sobą w miarę zaprzyjaźnieni. Tymczasem do knajpy weszła siedmioosobowa grupka ludzi, którzy jak najbardziej wyglądali na przestępców.

- Zginiesz, Pablo!- krzyknął jeden z nich, wyciągając w kierunku Pabla pistolet. Huknął strzał. Pablo podskoczył i upadł na podłogę z krwawą dziurą w okolicy serca.

- Patrz i ucz się, synu!- zdążył wykrztusić do mnie przed śmiercią.

***

To nie był film Quentina Tarantino. Siedziałem w knajpie, wokół mnie było czerwono od krwi, a na podłodze leżało przynajmniej dziesięć ciał,

- Co ja tutaj robię?- zapytałem sam siebie, ścierając zabłąkaną, bordową kroplę z mojego kciuka.

Niewiele myśląc wstałem z barowego stołka i ostrożnie, żeby przypadkiem nie poślizgnąć się na krwawej kałuży, poczłapałem do wyjścia. Dzień był słoneczny...

***

- Pablo nie żyje.- powiedziałem Teresie, witając się z nią na plaży.- A ja wracam do domu.

Popatrzyła na mnie z wyrzutem.

- Dlaczego?

- To nie mój świat, wybacz...Było mi niezwykle miło ciebie poznać.

Pobiegłem na stację, aby wsiąść w najbliższy pociąg i pomknąć przed siebie, w nieznane, do miejsca, gdzie wreszcie mogłem stać się sobą.

Do domu...

Co za magiczne słowo.

***

Kiedy otwierałem drzwi, zaczynała się właśnie wenezuelska telenowela mojej mamy. Poznałem ją po pierwszych patetycznych taktach utworu, który wcześniej doprowadzał mnie do wściekłości...Teraz ta hałaśliwa czołówka była dla mnie czymś cudownym.

Jestem w domu.

Wróciłem....

Pomyślałem, że wszystko, co widziałem, jest bajką. Pełnym kolorów snem, który mimo wszystko pozostawia po sobie pustkę. Snem, który przemija niezauważalnie, podczas kiedy ja usiłuję go na siłę zatrzymać, chociaż to nie mój świat...


fatalny 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
przysłano: 30 czerwca 2000

Inne teksty autora

Magnolie
envagorien
drobne fałszerstwa
envagorien
*
getsemani
dual
getsemani
kasztany
getsemani
paw
getsemani
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca