Węzełek światów (opowiadanie)

Hekate

Opowiastka filologiczno-fantastyczna bez morału. Smaczki dla wtajemniczonych, ale nie trzeba koniecznie studiować na pewnym wydziale, żeby przełknąć ten-że cukierek.
WĘZEŁEK ŚWIATÓW

- No masz mnie, no! – warknął głosik, ewidentnie dobiegający z wnętrza książki. – Tylko czy koniecznie musisz gnieść mi skrzydła? Nawet nie wiesz, ile w dzisiejszych czasach kosztują preparaty do pielęgnacji łusek!...

Faktycznie, na temat pielęgnacji łusek Katarzyna miała raczej blade pojęcie, ale mimo wszystko nie zamierzała narażać się na atak sił nieczystych. Z tego powodu kurczowo zaciskała palce na okładce, żeby broń Boże tomiszcze się nie otworzyło. A miało na to wielką ochotę! – strumień energii wędrował po grzbiecie, wpełzał w każdą z wyżłobionych liter, żeby w końcu eksplodować gdzieś w okolicy Kasinych nadgarstków. Dziewczyna miała dziwne wrażenie, że jej własne dłonie zaczynają się przeciw niej buntować i nie było to bynajmniej przyjemne uczucie.

- Nie bądź zołza, wypuść mnie! Przecież nie zrobię ci krzywdy. Pomyśl logicznie, niby w jaki sposób taki mikrus jak ja mógłby zaszkodzić człowiekowi? Zresztą tak czy siak jestem pacyfistą i przemoc fizyczna napawa mnie odrazą.

Katarzyna nie odpowiedziała, tylko jeszcze bardziej przyspieszyła kroku. Całe szczęście godzina była na tyle późna, że wydział filologiczny świecił pustkami, więc prawdopodobieństwo spotkania kogoś znajomego balansowało w okolicach zera. Należało tylko znaleźć zaciszne miejsce i poddać absurd ze skrzydełkami racjonalnej krytyce. „ - To niemożliwe, on istnieje jedynie w mojej wyobraźni, pewnie przysnęłam nad lekturą i stąd te halucynacje” – powtarzała sobie nieustannie, ale tak naprawdę ani przez chwilę nie wierzyła w uspokajającą mantrę. W głębi duszy była absolutnie przekonana, że ma do czynienia z prawdziwym żywym chochlikiem, który w dodatku przyznaje się do jasno zarysowanych poglądów społeczno-politycznych i za nic w świecie nie jest w stanie zmusić się do milczenia.

- Nie myśl sobie, że to ci ujdzie na sucho – głosik ociekał koktajlem wściekłości i obawy. – Jestem pełnoprawnym obywatelem Nie-Rzeczywistości i o zajściu poinformuje odpowiednie władze. Aresztują cię, zobaczysz! Zdaje się, że za porwanie grozi dziesięć lat przymusowych prac w Hadesie. Tam pękają najtwardsi, popatrz tylko na Syzyfa, facet nadal myśli, że jest mandarynką...

- Mandarynką – powtórzyła Katarzyna, niespecjalnie zastanawiając się nad treścią chochlikowej groźby. – A to możliwe, mogłam wczoraj przesadzić z drinkami. Tak, tak, to na pewno od tego...

- Powstrzymajcie ją, bo nie wie, co czyni! – pisnął chochlik, po czym rozkaszlał się rozdzierająco. – Dlaczego ja zawsze muszę mieć takiego pecha?

Pytanie retoryczne zawisło w powietrzu, po czym wyfrunęło przez jedną ze szpar nieuszczelnionego okna. Katarzyna natomiast skierowała kroki ku bocznej klatce schodowej, która zwykle była mało uczęszczana, szczególnie zaś wieczorami. Pachniało tu jak w pociągu, a poręcze doskonale nadawały się do zjeżdżania – były drewniane i śliskie. Miejsce wprost idealne na konspiracyjną kryjówkę, szczególnie dla kogoś, kto właśnie złowił chochlika i nie bardzo wie, co też ma z tym fantem zrobić.

- I gdzie mnie, babo, niesiesz? – zajęczał fant, a przy okazji szczęśliwy posiadacz łuskowych skrzydełek. – Domagam się... ja... ŻĄDAM adwokata!

- A żądaj sobie nawet pięciu – mruknęła Katarzyna, ale szybko potrząsnęła głową, jakby odpędzając uprzykrzoną myśl. – Zaraz, co ja plotę? Przecież ciebie nie ma! Nie dość, że za dużo czytam, to jeszcze za dużo piję. Trzeba z tym skończyć.

- Świetny pomysł. W takim razie wypuść mnie i zapomnijmy o wszystkim – głosik wyraźnie osłabł; najwidoczniej książkowa niewola boleśnie dawała się chochlikowi we znaki.

Katarzyna przysiadła na jednym ze schodków i zacisnęła powieki – nie miała wprawdzie wielkiej nadziei, ale chciała spróbować, łudziła się jeszcze ostatnią resztką sił, że cała sytuacja jest jedynie niewybrednym żartem umysłu. Policzyła cicho do dziesięciu, potem jeszcze raz i... po ponownym otwarciu oczu zobaczyła tę samą klatkę schodową, do której uciekła w poszukiwaniu spokoju. Nie zniknęła też książka – o czym właściwie była? – z której dobywał się ni to śmiech, ni to płacz, w każdym razie jakieś zupełnie fantastyczne dźwięki, które nie powinny mieć nic wspólnego z zadrukowanym papierem.

- I co, dalej będziesz sobie wmawiać, że to urojenia? – śmiechopłacz przekształcił się w konkretne słowa, jak najbardziej rzeczywiste. – Czy może wreszcie przejdziemy do rzeczy?

*

To był jak najbardziej zwyczajny dzień, jeden z tych, które najlepiej zapić herbatą z rumem i zagryźć kawałkiem ciasta. Za oknem czytelni listopad i robotnicy uwijający się przy budowie nowego centrum sztuki nowoczesnej, a w środku masa drukowanej papki do przeczytania. Katarzynę z początku drażniły dźwięki wiertarki, zresztą nie miała nastroju na hymny Kasprowicza, ale po pewnym czasie wreszcie udało jej się odrealnić i zapomnieć o przykrym zewnętrzu. Wtedy właśnie, gdy rzeczywistość przygotowywała się do odlotu, na parapecie okna zamigotał jakiś kształt. Między jednym a drugim wersem Kasprowiczowskiej poezji, Katarzyna dostrzegła błękitną plamkę przesuwającą się wzdłuż szyby i niewiele myśląc – przykryła plamkę dłonią.

Wtedy plamka pisnęła po raz pierwszy. A co najdziwniejsze, wszystko wskazywało na to, że nikt poza Katarzyną tego dźwięku nie usłyszał. Wprawdzie jeden ze studentów podniósł na chwilę oczy znad książki, zastanawiając się prawdopodobnie dlaczego jego sąsiadka dręczy niewinny parapet, ale szybko wrócił do przerwanej lektury. Nikt poza nim nie zwrócił na chaotyczne wygibasy Katarzyny najmniejszej uwagi.

- Udusisz mnie! – warknęła błękitna plamka, którą dziewczyna przetransportowała na stół, dalej mocno zaciskając dłoń. – Skrzydła mi połamiesz, paskudnico, a-uuu!

Tego było za wiele jak na skołatane nerwy Kasi. Znowu zupełnie instynktownie, bez udziału rozumu, ułożyła wiercący się kawałek błękitu na jednej ze stronic książki, a potem zatrzasnęła okładki. Dźwięk skliszczania czegoś jak najbardziej żywego, nie był przyjemny w odbiorze... Katarzyna porwała książkę ze stołu i w pośpiechu opuściła czytelnię.

*

- Trzy życzenia? – zdziwiła się Katarzyna. – Nie chcę cię obrazić, ale nie za bardzo przypominasz dżina... Nie wspominając już o złotej rybce!

- Podłe stereotypy – mruknął chochlik, rozprostowując skrzydełka i usiłując nadać trójwymiarowości swojemu niedużemu ciałku. – Po co mnie w takim razie łapałaś, skoro nie chodziło ci o życzenia? Nie wmówisz mi, że po prostu miałaś ochotę na wysublimowaną rozmowę na wysokim poziomie ogólności.

- Przypadek, najzwyklejszy przypadek – odparła Katarzyna. – Sama nie wiem co mnie podkusiło, po prostu zobaczyłam błękitną plamkę i...

- ... i oczywiście musiałaś zaraz nakryć mnie tą swoją ogromną łapą! – oburzył się chochlik. – Zresztą łapa, to nic, gorsza była książka. Nienawidzę być rozprasowywany, potem przez kilka tygodni mam problemy z żołądkiem...

- Wybacz, ach, jak po raz dziesiąty spotkam chochlika, to będę wiedzieć jak się zachować – zakpiła Katarzyna, bo cała sytuacja zaczęła ją bawić. Początkowe oszołomienie minęło, została już tylko abstrakcja, która – wbrew pozorom – była całkiem przyjemną opcją. – A jeśli chodzi o te życzenia, hmm, sądzę, że dałoby się coś wymyślić tak na poczekaniu...

- Cóż za łaska, droga pani! – chochlik uśmiechnął się sardonicznie, co przy jego długim ryjku wypadło doprawdy groteskowo. – Nie wiem jak też się będę mógł odwdzięczyć za okazaną mi dobroć! Uwielbiam tracić energię na głupie życzenia nieokrzesanych ludzi. To moje hobby, potem wprawdzie nie mogę się ruszyć i bolą mnie wszystkie kostki, ale co tam, nie szkodzi, życzenie pani jest moim rozkazem!

Katarzyna skwitowała to przemówienie nasączone jadem jeno wzruszeniem ramion. W końcu była na wygranej pozycji, a jeśli faktycznie to długouche stworzenie potrafiło spełniać życzenia, to należało ten fakt jak najlepiej wykorzystać.

- O wszystko mogę prosić? Klejnoty, pałac, książę z bajki, siedemnastu czarnoskórych niewolników i tak dalej?

Teraz chochlik wzruszył ramionami, aż łuski skrzydeł zaskrzypiały ponuro.

- Sama powiedziałaś, że nie przypominam złotej rybki. Ja jestem prosty chochlik filologiczny, nie, żebym nie posiadał swojej dumy, ale do śmietanki towarzyskiej mi daleko. Moja moc kończy się na murach wydziału, bardzo mi przykro, chyba, że masz ochotę na tych niewolników tu i teraz...

Katarzyna nie była pewna, czy aby na pewno potrzebuje do szczęścia siedemnastu mięśniaków o skórze barwy czekolady wedlowskiej, więc zamyśliła się głęboko, co by się nie dać sprowadzić na manowce własnym zachciankom. Gdzieś zastukały obcasy, ale całe szczęście żadna studentka nie zakłóciła ciszy, która zasnuła boczną klatkę schodową, wykrajając ją tym samym z wydziałowej rzeczywistości.

- I...? – nie wytrzymał chochlik, nerwowo podskakując na Kasinej dłoni. – Powiesz coś, czy będziesz tak myśleć do końca świata?

- Nie martw się – uśmiechnęła się Katarzyna. – Aż tak długo nie będziesz musiał czekać.

*

Trumny już z daleka straszyły intensywnością barw. Różowe, fioletowe, groszkowe, bordo... do wyboru, to koloru. Podziemia wydziału były nimi zagracone wprost niemożebnie, ku rozpaczy woźnej, odpowiedzialnej za porządek w tej części budynku.

- Że też te profesory nie mogą dbać o swoją własność – zasępiła się kobiecina, wciskając dłonie w kieszenie kwiecistego fartucha. – A kurzu! Matko święta, toż to się w głowie całkiem nie mieści. Jak pan myśli, panie Zenku?

Pan Zenek nie skomentował, za to melancholijnie zapalił papierosa i pokiwał głową. Widać było, że ani nieporządek, ani same trumny, nie robią na nim większego wrażenia.

- A wi pan który jest najgorszy? Ten, co nawija o teatrach i innych takich, no, Mickiewczu... Wieszcze i takie tam.

Kolejne kiwnięcie głowy i smuga dymu wzbijająca się w górę.

- No, ten, co kiedyś był rudy, a teraz tylko niechlujny został. Oj, żeby pan wiedział! Kiedyś zapomniał zasunąć wieko i byłby się usmażył, roztrzepaniec. Profesor, a taki głupi, że o białym dniu nie pamięta. I po co im wszystkim te durne dyplomy?

Misterne, dymowe kółeczko, chrząknięcie.

- Odkąd się zwampirzyli, to nawet słowem się nie odezwą, nie przywitają się po ludzku. Pan pamięta? Kiedyś to zawsze było „- Dzień dobry, pani Helenko! Jak tam zdrowie, reumatyzm bardzo dokucza?” A teraz nic, zatracenie z tymi wampirami. Żeby chociaż nosili peleryny, to bym zrozumiała, ale oni nawet przyzwyczajeń nie zmienili! Zęby im urosły, a rozumy to tyci-tyci, sam pan wi...

- I te kolory – odezwał się wreszcie pan Zenek. – Biją po oczach jak jasny gwint.

*

- To chyba nie był najlepszy pomysł – chochlik wyglądał na co najmniej zniesmaczonego. – Wampiry? Skąd ci się wzięły takie makabreski? Do tego trumna w muchomorki... Ratujcie mnie, to wariatka!

Katarzyna nie mogła odpowiedzieć, bo chichotała tak szaleńczo, że aż łzy stanęły jej w oczach. Ale faktycznie, na dłuższą metę zwampirzona kadra nauczycielska mogłaby być męcząca. Trzeba było wykombinować inne życzenie.

- Już dobrze? – zaniepokoił się w końcu chochlik, a Katarzyna machnęła ręką na znak, że i owszem, wszystko w porządku i mogą przejść do kolejnego punktu programu. Tym razem bez trumien.

*

- Giń, diabelski synu! – wrzasnął jeden z doktorów i machnął mieczem tak mocno, że aż mu się kręgosłup przegiął w nieodpowiednią stronę. Potem nastąpił już tylko przeciągły jęk i ryk osła, który usiłował pozbyć się zbędnego ciężaru.

- No, no, bez przytyków rodzinnych proszę – odparł z uśmiechem profesor S., zwany Merlinem, po czym wrzucił dymiącą z lekka różdżkę do pokutniczego wora. – Ja panu nie wypominam malinowego błyszczyka pewnej nadobnej studen... to znaczy białogłowy, rzecz jasna. To co, niechaj pokój nastanie, amen?

- Po... po moim trupie! – wrzasnął dzielny doktor, ale w tym momencie osioł wierzgnął rozpaczliwie i pechowy amant wylądował na klepisku.

- Ja dobrze panu radzę, porzuć pan fach rycerski i zaciągnij się na okręt. Tam przynajmniej nie będzie osłów – ubawiony dobrodusznie Merlin zarzucił wór na plecy, podniósł z ziemi kij wędrowny i ruszył w dalszą drogę. Na horyzoncie majaczyły wieże zamku Camelot.

*

- Dlaczego przerywasz? – zapytał chochlik, wyraźnie zawiedziony. – To mi się akurat podobało, nawet bardzo. Nasze kochane Collegium Maius jako Camelot... no patrz, nawet ja bym na to nie wpadł, a wyobraźnie mam bujną i kwiecistą. Skąd ta nagła zmiana zdania?

Katarzyna milczała przez chwilę, wpatrując się gdzieś w dal, jakby nie widziała ani drewnianych poręczy, ani żyrandoli, ani nawet murów wydziału. Potem uśmiechnęła się do chochlika tajemniczym półuśmiechem Mona Lizy.

- Masz rację, było całkiem zabawnie, ale sądzę, że Avalon szybko by mi się znudził, a pamiętaj, że mam tu spędzić jeszcze ładnych parę lat. Monotonia niekoniecznie mi się uśmiecha, nawet, jeśli miałaby się wiązać z magią i Rycerzami Okrągłego Stołu. Zresztą wyobrażasz sobie uczenie się językoznawstwa na końskim grzbiecie?

- Szczerze mówiąc, to w ogóle nie wyobrażam sobie nauki językoznawstwa – odparł chochlik. – Toż to nawet gorsze niż spełnianie życzeń niezdecydowanej wariatki!

- Wielkie dzięki, też cię lubię – rzuciła Katarzyna. – Zresztą pomijając już inne za i przeciw... zagwarantujesz mi, że w zamku Camelot będą mieli automat do kawy?

Chochlik oczywiście nie mógł tego zagwarantować, więc tylko smutnie zwiesił głowę. Wydał się przez to jeszcze mniejszy, niż w rzeczywistości.

- To znaczy, że już nigdy mnie nie wypuścisz, tak? – mruknął ponuro. - Będziesz sobie trzymać w pogotowiu to ostatnie życzenie, a ja z powrotem trafię do książki, swoją drogą – nudy niesamowite. Coś mi się zdaje, że moje skrzydełka nie wrócą już do poprzedniej formy, a ja na wieki wieków zamienię się w słowo drukowane. Koszmar. Lepiej od razu mnie ubij tym swoim zgrabnym kozaczkiem...

- Nie histeryzuj – ofuknęła go Kasia. – To, panie chochlik, jawna nadinterpretacja! Prawda jest taka, że mam jeszcze jedno życzenie w pogotowiu i myślę, że całkiem pomysłowe. Nie bój się, tym razem nie zmienię zdania!

*

Nie było żadnych piorunów, trąb i pochodów tryumfalnych. Nawet mury nie zadrżały, zmęczone nadmiarem wiedzy, która wsiąkała w nie przez cały dzień. Po prostu, zupełnie zwyczajnie, jakby od niechcenia, na wydziale filologicznym zadziałały czary. Ktoś niewielki, za to z nadmiarem uszu i nosa, otworzył kilkoro zamkniętych dotąd na głucho Drzwi. Dokąd prowadzą? Nikt nie zgadnie, do póki nie naciśnie klamki i nie przekroczy płynnych granic rzeczywistości. Być może trafi na piracki bryg i popłynie w niekończącą się podróż na kraniec wszystkiego, a być może zasiądzie do uczty razem z mitycznymi bohaterami, wznosząc toast za toastem.

Gdy gasną światła, z zakamarków wypełzają Tajemnice.


wyśmienity 5 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
towdee
towdee 21 stycznia 2007, 01:31
Zawsze z ogromna przyjemnoscia czytam opowiastki tajemniczej Hekate i tak bylo i tym razam... a wlasciwie to... zwlaszcza tym razem:)
Hekate
Hekate 21 stycznia 2007, 12:38
Jakiej tam tajemniczej, sama proza życia z dodatkiem absurdu ;)

Cieszę się, że "Węzełek..." zrobił dodatnie wrażenie!
Krzysztof T. Dąbrowski 23 stycznia 2007, 16:09
Bomba - uwielbiam takie klimaty :)
iga
iga 9 lutego 2007, 21:22
brawo! brawo! brawo! famfary tru tu tu tu tu !!!!!
621 wyświetleń
przysłano: 11 stycznia 2007
Hekate

Hekate

35 Toruń
45 tekstów 205 komentarzy
Jednostka zapolonizowana, nie gotuje, ale za to masochistycznie babrze się w słowach. Wieczny poszukiwacz bohemy, nadwrażliwiec i wampir emocjonalny. Aktualnie na zakręcie.

Inne teksty autora

spaliny

Hekate, wiersz

między-między

Hekate, wiersz

Odys

Hekate, opowiadanie

wypadek

Hekate, wiersz

pieta

Hekate, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło