Spacer z wiewiórką (opowiadanie)

Piotr Koch

Opowiadanko, abstrakcyjne jak sam tytuł, a może nie...
Poznałem ją właściwie przypadkiem. Przechodząc pewnego upalnego lipcowego wieczora przez park minąłem ją przyczajoną w zaroślach. Nie zwrócił bym pewnie na nią uwagi gdyby nie jej ciężkie spojrzenie na moich plecach. Nie dawało mi to jakoś spokoju, zatrzymałem się i obróciłem. Przez chwilę była bardzo zaskoczona. Jakby się uśmiechnęła szczerząc białe zęby, poprawiła rudą kitę i schowała się gdzieś między drzewami. Zdumiony usiadłem na ławce. Ściągnąłem słuchawki z uszu, prze które nadal sączyły się ostre dźwięku muzyki, która wciskała mi się prze uszy gdzieś do samego wnętrza. Dźwięk z słuchawek był tak przejmujący, że wciąż chciało się iść przed siebie, serce biło równomiernie, chciało się biec. Postanowiłem jednak na nią zaczekać, popatrzeć jeszcze raz w jej brązowe oczy. Wyjąłem z kieszeni torebkę orzeszków i zacząłem zajadać na ławce, takiej jakich w parku wiele, z betonowymi nogami i drewnianymi poprzecznymi deskami, pomalowanej zieloną farbą, z napisami "Kocham Magdę", "Zbeniek ! tu byłem" czy "Ania Love Marek". Liście ponownie zaszeleściły mi za plecami, ale się nie oglądałem. Podeszła cicho i usiadła o bok. Spojrzałem w jej stronę. Obserwowała mnie i czekała, aż zwrócę na nią uwagę. Zaproponowałem, że może się poczęstuje. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż poprzednim razem, ale odmówiła. Nie chciałem się naprzykrzać. Popatrzeliśmy się na siebie przez moment, po czym skierowałem swój wzrok w kierunku, bo sytuacja zaczynała być krepująca, gdzie jeszcze widniał czerwony krąg niknącego za horyzontem słońca. Piękny zachód słońca dzisiaj mamy, zagadnąłem. Jej brązowe oczy zaświeciły się na momenty, przytaknęła głową. Patrzyła razem ze mną w kierunku gasnącej kuli, chowającej się z wolna za zielonymi konarami drzew. Jak tu spokojnie... i jak przyjemnie tutaj... nie chce mi się iść do domu. Wciągnąłem jeszcze łyk pachnącego zielenią i trawą powietrza, skinąłem na pożegnanie głową i odszedłem w kierunku świateł latarni i przystanku autobusowego, za którym niechybnie kryła się ulica, za nią druga i trzecia, każda coraz bardziej ruchliwa i pełna ludzi.

Na drugi dzień postanowiłem wybrać się na spacer w to samo miejsce. Do kieszeni zapakowałem dwie paczki orzeszków, troszkę słonecznika, założyłem walkmana i wyszedłem z domu. Czekała już na mnie. Podszedłem, spytałem się czy można się przysiąść. Roześmiała się, to jest wolny kraj, siadaj. Rozbawiła mnie tym stwierdzeniem, usiadłem i próbowałem kontynuować temat, "Prawdziwa wolność nie polega na swawoli czynieniu, ani tego co by się tylko zachciało". Uśmiechnęła się. Nie ma czegoś takiego jak wolność, wolność jest wyłączenie nazwanym zbiorem ograniczeń, w ramach których się poruszamy. Spojrzałem zdumiony, co na ten temat może wiedzieć wiewiórka? Wolałem wierzyć, że jestem wolny, żyję tak jak uważam za słuszne, robię to co na co mam ochotę, sam jestem odpowiedzialny za własne życie, ma na nie wpływ, a za nie powodzenia mogę obwiniać tylko siebie. Zamyśliłem się na chwilę. Rozmyślania przerwał mi jej piskliwy głos, mylisz się, zastanów się nad wszystkim jeszcze raz. Przecież ty nie tworzysz swojego świata, tylko dokonujesz wyborów w ramach dostępnych tobie alternatyw, robisz to na co pozwolą Ci inny, kreatorzy twojej rzeczywistości, ludzie którzy się tobą bawią, jesteś zabawką. Tu ruda już mnie troszkę wkurzyła. Odpowiedziałem troszkę niegrzecznie, co ty tam wiesz, całe życie w parku, a przemądrzasz się jakbyś pół świata zobaczyła. Wzruszyła ramionami, park, świat, co za różnica. Troszkę się obraziła na moją, uwagę. Na przeprosiny wyciągnąłem dłoń z paczką orzeszków. Udawała jeszcze chwilę nadąsaną, ale za chwilę przysiadła się z skrajnego końca ławki troszkę bliżej i zajrzała mi w oczy, masz może troszkę słoneczniku? Wiem, że masz... czuję to. Wolałabym słonecznik, wszyscy przynoszą orzechy, nie chce. Pogrzebałem troszkę w kieszeni, że niby nie mogę znaleźć. Widziałem, ze niecierpliwi się, wierci się nerwowo i spogląda cały czas na moje ręce myszkujące po kieszeniach. Nie była pewna, czy się zgrywam, czy po prostu nie chcę jej dać. Nie miałem sumienia trzymać jej dłużej w niepewności i wyciągnąłem, całą paczkę. Ukryła ją szybko gdzieś i wróciła z powrotem na ławkę. Wpatrywałem się w nią nieco bezczelnie, a ona niby tego nie zauważając beztrosko rysowała gałęzią okręgi na piasku. Coś wyraźnie zgrzytało w jej głowie odbijało się od ścianek i niepokoiło, próbowało się wydostać, podskakiwało i z hukiem padało na niewypowiedziane. Po dłuższej chwili wahania, zapytała. Jest coś na świecie po za parkiem? Jest przytknąłem. Jest las, jest pole jest miasto i kolejny park i tak w nieskończoność. Nie wydała się być zaskoczona, a nawet wydawało się, że potwierdziłem jej przypuszczenia. Tak... słyszałam od Czajki, że świat jest nieskończony, że można lecieć i lecieć i nie spotkać końca. Tak, to prawda znowu przytaknąłem, w pewnym sensie, tak jest. Nie chciałem się dalej rozwodzić nad genialnym odkryciem naszego rodaka z Torunia, który odkrył, rzecz zgoła nieprawdopodobną, że Ziemia, jest kulą, jak większość planet. To ja bym chciała zobaczyć coś ponad nasz park. Myślę... że to nie jest dobry pomysł, nie spodobało by Ci się tam, szczerze próbowałem odradzić. Nie będę nigdy wiedziała jeśli się osobiście nie przekonam, powiedziała uśmiechając się zalotnie. Przytaknąłem, po czym zamilkliśmy zastanawiając się, jak zrealizować życzenie wiewiórki, po przecież wiadomo, że wielkie miasto to nie jest odpowiednie miejsce na spacery z wiewiórką. Nietrudno sobie wyobrazić zdziwienie ludzi, gdy zobaczą wiewiórkę stojącą w kolejce za kebabem czy hamburgerem, albo kupującą kilogram orzechów włoskich, już nie mówiąc o zdziwieniu sprzedawczyni, gdyby przyszło jej do głowy przymierzyć jakąś sukienkę czy sweterek, a przecież wiewiórka, jak zresztą cała część żeńskiej populacji, lubi się ładnie ubrać, pachnieć eleganckimi perfumami, a od czasu do czasu włożyć wieczorem na siebie coś seksownego. Nie wiedziałem, czy ludzie potrafią coś takiego zaakceptować, czy są na tyle tolerancyjni, aby gruba pani kupująca ekskluzywną bieliznę nie czułą się obrażona widokiem wiewiórki, wybierającej w tym samym sklepie powiedzmy staniczek. Wstałem i wolnym krokiem oddaliłem się w kierunku domu, zastanawiając się nad tym, jak spełnić jej życzenie, nie przewracając do góry nogami wizji innych ludzi, nie szokując ich, nie wzbudzając w nich poczucia niesmaku. Nie chodziło tu bynajmniej o dobro tych śmiesznych i zadufanych w sobie ludzi, ale o dobro wiewiórki. Nie chciałem, żeby stała jakąś tanią sensacją, zwierzęciem, które będzie pokazywać się za parę złotych w cyrku, oto wiewiórka, która potrafi robić zakupy, chodzić po gazety do kiosku, ba nawet filozofować. Takie działanie mogło by zniszczyć całą populację wiewiórek, jeśli człowiek nauczyłby się wykorzystywać je w jakiś pożyteczny dla siebie sposób, wolne wiewiórki przestały by istnieć, zamykało by się je w specjalnych szkołach dla wiewiórek, na siłę edukowało, przyuczało do tego aby mogły zabawiać człowieka, mogły mu służyć. Przecież nie po to Bóg stworzył wiewiórkę? Musiałem, wymyślić wszystko tak, aby nie ujawnić wyjątkowości mojej wiewiórki, aby pojawić się w mieście i zostać przyjętym tak, jakby spacer z wiewiórką był tam czymś powszechnym i normalnym.

Kolejnego dnia przyszedłem po nią z samego rana. Jak zawsze czekała, przygotowana do zwiedzania naszego miasteczka. Na szyi miała kolorowe koraliki, ubrana była w białą bluzeczkę i krótka spódniczkę w brązową kratkę. Wyglądała ślicznie, brąz spódniczki pięknie tonował się z jej ogromnymi brązowymi oczami, które kontrastowały z śnieżną bielą bluzki. Miała dzisiaj pięknie przyczesaną kitkę, a jej włosy pachniały czymś wyjątkowym, jakby mieszanką wszystkich kwiatów na świecie i poranną rosą, zmieszaną z letnim wietrzykiem. Usiadłem jak zawsze obok i tak na chwilę na siebie popatrzeliśmy. Ślicznie dzisiaj wyglądasz, powiedziałem. Roześmiała się, nie wiem skąd się w niej brało tyle radości. Wiem, odpowiedział z przekorą, bujając się na ławce, machając nogami i wpatrują się w czubki czarnych trzewików. Zastanawiałem się jak jej powiedzieć, że tak się nie uda, że mój plan jest całkiem inny i że nie ma w nim miejsca na elegancką wiewiórkę. W ręku trzymałem małą obroże, po piesku znajomej którego w zeszłym tygodniu sąsiad samochodem, gdy przebiegał przez ulicę. Od tej samej znajomej też udało mi się pożyczyć, taką zwijaną smycz, jakie często się dzisiaj widzi spacerując po mieście. Taki był mój plan. Widziałem mnóstwo ludzi spacerujących z psami. Jeśli chodzi o psy, były pewne ograniczenia, nie można było z nimi wchodzić do niektórych sklepów, na plaże, w miejscach publicznych musiały mieć kaganiec, trzymając takie zwierze trzeba było zgłaszać i wnosić regularne opłaty, ale wiewiórka? Nigdzie nie było żadnych przepisów dotyczących wprowadzania wiewiórek, z wiewiórką można było robić wszystko. Początkowo plan zakładał ucharakteryzowanie wiewiórki, tak aby przypominała pieska, ale później wydało mi się, że ludzie i tak nie zwrócą na to uwagi. Nie wydawało tez się jakimś wyszukanym dziwactwem, widziałem już panią wychodzącą z małym kotkiem na spacer, na którym mógł powpinać się na drzewa, widziałem dziewczynkę wychodzącą z świnką morską, króliki miniaturki to już przecież dzień powszedni. Wydawało mi się, ze idąc przez miasto z wiewiórką na smyczy nie zwrócę na siebie, a przede wszystkim na nią uwagi. Tylko jak miałem jej o tym powiedzieć? Rozbawiona, popatrzyła na mnie, potem na to co trzymałem w ręce. Spochmurniała, pierwszy raz widziałem ją smutną. Czy to jest naprawdę konieczne? Tak, absolutnie niezbędne? Tak mi się wydaje, rzekłem, tak będzie dla ciebie najlepiej. Ach Ci ludzie i te wasze durne schematy, odpowiedziała, ale znowu się uśmiechnęła na myśl o wyjściu na miasto. Poczekaj tylko chwilkę, przebiorę się, bo jakoś ta białą koszula, nie pasuję, do tej skórzanej obroży. Ucieszyłem się, że zrozumiała. Poderwała i szybko pobiegła w kierunku wysokich krzaków, tworzących prawdziwy zagajnik za ławką.

Po wyjściu z parku skierowaliśmy się w kierunku centrum. Tak, jak przypuszczałem w całym tym wielkomiejskim pośpiechu u pędzie nikt nie zwrócił uwagi na to co prowadzę na smyczy. Tylko raz jakieś dziecko zakrzyczało. Mamo ! Mamo ! Patrz, Pan prowadzi wiewiórkę na smyczy. Mama myśląc, że to jakiś kolejny wybieg dzieciaka, dała mu profilaktycznie siarczystego klasa, po czym powiedziała. Chodź natychmiast, bo muszę tacie obiad w domu ugotować, po za tym nie mam pieniędzy i nic już dzisiaj więcej nie kupię, ani Barbie, ani wiewiórki. Kiedy rozwrzeszczane dziecko nas minęło, szliśmy dalej, jakby się nic nie stało. Na deptaku, weszliśmy do paru sklepów, gdzie wiewiórce bardzo się podobały rożne błyskotki. Szczególnie krępujące chwile przeżywałem przeglądając damską odzież, gdyż samej wiewiórce nie wypadało poprosić, a mnie też jakoś było głupio prosić o różne spódniczki i sukienki i brać je potem to przymierzalni. Ekspedientka patrzyła na to wszystko dosyć niespokojnie, ale klient nasz pan i posłusznie podawała kolejne kreacje, o które prosiłem z przebieralni. Wiewiórce dosyć trudno było zrozumieć skąd się biorą te wszystkie rzeczy i że trzeba za nie płacić. Nie wiedziała co to są pieniądze i nie potrafiła zrozumieć wartości jaką przypisujemy tym kolorowym panierkom. Orzeszki, kasztany, żołędzie, to ja rozumiemy, ale taki bezużyteczny kawałek papierka, mówiła, to co może być wart? Ani ładne to ani użyteczne! Wymień to na coś dla mnie. Już nie wiedziałem czy celowo mnie podpuszcza, czy rzeczywiście to wszystko jest dla niej takie niepojęte. Faktem jest, że dałem się naciągnąć na parę ciuszków, bo jak zapowiedziała, chciała by spędzić parę dni u mnie i głupio jej będzie paradować w samym futerku. Podczas powrotu do domu, jakiś duży pies, przywiązany do barierki przy sklepie, skoczył do nas niespodziewanie i tak przestraszył mnie i moją towarzyszkę, że mi mało serca nie wyrwało, a ona wskoczyła odruchowo na drzewo. Co gorsze nie miała zamiaru zejść, stwierdziła, że na drzewie bardziej pewnie i swojsko, po za tym taka rozebrana, czuje się nie swojo i woli chować się miedzy gałęziami. Nic mi innego nie postało jak poluźnić smycz i kontynuować spacer, ja deptakiem, ona skacząc z drzewa na drzewo. Śmieszne to troszkę było, ale nikt w koło nie zauważył, a kto widział myślał, że to może taki rudy kot. Zmęczeni wyprawą, kupiliśmy parę paczek orzeszków na kolację i wybraliśmy się na wieczorny seans do kina. Obejrzeliśmy film "U Pana Boga za piecem" i wróciliśmy do domu, rozmawiając o tym co zobaczyliśmy w kinie. Mi podobała się Rosjanka odgrywająca główną rolę, jej spokojny rytm małego miasteczka, pełny zieleni ogród, polna dróżka, usłane łanami zboża pole. Nie wiem czy byłą głodna, czy po prostu byłą romantyczką. Zmęczonym zakupami, bo jak wiadomo, nic nie potrafi bardziej wykończyć mężczyzny, jak dzień spędzony na chodzeniu po mieści i robieniu zakupów, umyłem zęby i położyłem się spać. Wiewiórka napuściła sobie wody do wanny, gdzie spędziła potem chyba z pół godziny, drapiąc się w każdym miejscu długą szczotka do szorowania pleców. Na pożegnanie jeszcze krzyknęła. Jesteś pewny, że ten pies świętej pamięci, sąsiadki nie miał pcheł? Bo mnie jakoś wszystko swędzi. Trzeba się częściej myć, a nie szukać winnych , zażartowałem, w duchu sobie myśląc czy czasem, może nie ma uczulenia na wodę z kranu, popularnie zwaną kranówką i położyłem się spać.

Następnego dnia musiałem już iść do pracy, mój dwutygodniowy urlop się kończył, trzeba było zarabiać na chlebek. Po powrocie z pracy, zastałem swoją wiewiórkę oglądająca telewizję i zajadającą popcorn. Od wejścia zawołała, się ma! Jak minął dzionek? Dobrze, odpowiedziałem, sporo w pracy się nazbierało, ale dobrze. Szybko wparowałem do kuchni, aby przyrządzić coś na szybko, na spaghetti miałem właściwie wszystko kupione, tylko wrzucić makaron do wody i mielone na patelnię. Zjesz ze mną? Zawołałem z kuchni. Nie już jadłam, po za tym na kolację jestem już umówiona do chińskiej. Troszkę mnie tym zaskoczyła. Z ciekawości poszedłem do stołowego, żeby wypytać ją o szczegóły co i jak, o co chodzi. To co zobaczyłem troszkę mnie zaszokowało, zamiast swojej kochanej wiewiórki zobaczyłem, Pamele Anderso zajadającą orzechy na mojej kanapie przed moim telewizorem. CO CI SIĘ STAŁO? Zapytałem zaskoczony tym co zobaczyłem. Wiesz, Andrzej, tak z nudów poszperałam sobie po dziuplach, co tu je masz je w domu i znalazłam taką plastykową kartę, z napisem "Karta jest własnością Pomorskiego Banku Kredytowego S,A - Grupa Pekao S.A". Musiała się tu komuś zawieruszyć i żebyś sam nie musiał się fatygować, odniosłam tam gdzie wczoraj widziałam w napis "Bank Pekao S.A". Pani w okienku, gdy dałam jej ten plastyk, spytała się ile chcę, to powiedziałam, że na płaszczyk, buciki i jakąś fajną kurtkę jeśli można. Hooo Hooo, no to jakieś z 3.000 zł? Jeśli Pani łaskawa, odpowiedziałam. I wiesz co? Szczęka mi opadła już do samej podłogi, ale zapytałem co? Kazała mi wpisać jakiś numerek, po czym oddała mi tą kartę i te wartościowe papierki. Przez chwilę wydawało mi się to niemożliwe, ale z drugiej strony, cztery cyfry, to jedyne 10000 kombinacji, ludzie wygrywają w totolotka, to może taka wiewiórka - blondynka ma więcej szczęścia. Widzisz, uczciwość się jednak jeszcze opłaca, oddałam kartę, a dostałam za to i kartę i wartościowe papierki. To nie wszystko, dodała z przekąsem. Gdy oglądałam buty, zaczepił mnie taki straszy siwy Pan, który pomógł mi wybrać te piękne skórzane buty, spódniczkę, kupił mi tą bluzeczkę i powiedział, że rudy kolor, jest już dzisiaj nie modny, modny jest blond, a jak będę dla niego dobra i będę się o niego odpowiednio troszczyć to i z piersiami też się da coś zrobić, bo u wiewiórki, jak u wiewiórki, biust nie wielki i kogo ja mogę na takie złapać? Za to ja złapałem się za głowę i wyszedłem kończyć spaghetti. Dobiegł mnie jeszcze głos z pokoju. No i wtedy zaprosił mnie na kolację i mówił, że chętnie pokaże mi swoje mieszkanie, bo ma duże, samych sypialni ma tyle, co ty pokoi w swoim mieszkaniu. Mieszając sos odkrzyknąłem, a źle Ci się mieszka na moich dwóch pokojach? No nie źle, lepiej niż w lesie... Zlałem przygotowanym sosem makaron, nalałem soku do szklanki i przystąpiłem do konsumpcji posiłku. Usłyszałem jak drzwi od mojego mieszkania trzasnęły za wybiegającą z mieszkanie wiewiórką - blond i zdążyłem zobaczyć ja wsiada do stojącego na ulicy srebrnego Mercedesa SE. Tak skończył się mój spacer z wiewiórką. Wielokrotnie przychodziłem na ławkę, na której zwykliśmy siadywać i patrzyć na zachodzące słońce, ale nie było już takie kolorowe i wesołe. Zastanawiałem się czy w tym parku jest jeszcze jakaś wiewiórka...


niczego sobie 4 głosy
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
768 wyświetleń
przysłano: 5 września 2000

Piotr Koch

45
6 tekstów
Zapraszam na moją stronę, nie lubię się powtarzać.

Inne teksty autora

Niepokorni

Piotr Koch, wiersz

Kameleno

Piotr Koch, opowiadanie

Pożegnanie Muminka

Piotr Koch, opowiadanie

Śpiew syreny

Piotr Koch, wiersz

Sąd najwyższy

Piotr Koch, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło