Piąty jeździec apokalipsy Cz. 2 (opowiadanie)

Matuszewski

Część dalsza

                   Sprawa nie była taka prosta jakby mogło się wydawać. Nie znał ani imienia, ani nazwiska tego kolesia. Wiedział tylko tyle, że był studentem politechniki i że czasem bywał w ich liceum. Od samego rana rozpoczął poszukiwania i po wypiciu solidnej kawy ruszył w drogę. Nie miał pojęcia kto z klasy mógł wiedzieć o „małym sekrecie” Krzyśka, ale chociaż wiedział kto jeszcze żyje.

            Pierwsze kroki skierował do Andżeliki, klasowej plotkary. Była godzina dziesiąta, słońce na niebie, ptaki na drzewach, wokół wonne zapachy lata, a na ulicy pustka. Ani jednej żywej duszy.

            W końcu to zrozumiałe – mieszkał na kompletnym zadupiu. Domy bogatych ludzi kontrastowały z rozklekotanymi stodołami, w których zwykli mieszkać nieco mniej zamożni członkowie polskiego społeczeństwa.

            Bogaci dawno pojechali do pracy – biedni szli gdzieś na piwo, bo żony nie pozwalały im i ich koleżkom chlać w domu. Jest to oczywiście dość znaczne uproszczenie, jednak w obliczu babci, która tak z wyglądu ma osiemdziesiątkę, tak naprawdę pewnie koło sześćdziesięciu, która krzyczy na wnuka „kurwa, chuju przestań”, oraz jakieś inne niecenzuralne słowo, które nie nadaje się do publikacji – cóż. Wizja cierpi. Nikogo, a w szczególności Andrzeja, nie obchodzi, że jej syn urabia sobie ręce do kości. Widzi tylko starą, grubą pijawkę, która siedzi cały dzień przed domkiem z kartonu i drze się na dzieci.

            Baby dziś nie było. A była tam zawsze, od świtu do zmierzchu, siedziała na ławce i patrzyła na przejeżdżające samochody. Może umarła, ale raczej nie. Inaczej musieliby umrzeć wszyscy, okna szczelnie zasłonięto, nigdzie śladu życia.

            Andrzej ruszył na przystanek. Postał chwilę, zastanowił się nad sytuacją. Po ulicy hulał tylko wiatr, niczym niezrażone ptaki świergotały w listowiu, a autobus spóźniał się już dziesięć minut.

            Postanowił, że pójdzie z buta. To tylko trzy kilometry. Musiał dojść do pętli na Wilanowie, a potem jeszcze kilka metrów do domu Andżeliki. Podczas całej drogi na Vogla nie pojawił się ani jeden samochód. Andrzej minął sady SGGW, tam także pustki. Zdarzało się, że studenci mieli tam zajęcia, ale uczelnie chyba też zamknęły działalność na termin nieokreślony.

            Andrzej przypomniał sobie mimo woli, jak kiedyś szedł po Vogla właśnie i akurat była piąta w nocy. Miał zdążyć na autobus nad morze, ale nie chciało mu się dzwonić po taksówkę, więc poszedł. Na dworze ciemno, przez całą drogę wydawało mu się, że ktoś za nim idzie. Stawał, ten ktoś też stawał, ale sekundę później. Kiedy się obrócił – nic. Ani żywej duszy. Dopiero po dwóch kilometrach udało mu się przekonać samego siebie, że nie ma innych odgłosów, niż jego kroki. Żadnych aut, ludzi – jego kroki odbijały się echem po pustej ulicy. Teraz – w dzień – towarzyszyło mu takie samo uczucie. Jednak ktoś idący za nami w dzień nie jest straszny, prawda?

            Szedł i myślał o tym, co będzie. Ludzie bali się wychodzić na ulice. Wszyscy siedzieli w domach i robili coś odwrotnego w stosunku do normalnych wakacyjnych praktyk, usiłowali symulować swoją nieobecność.

            Szedł i myślał, a zapomniał patrzeć. Myślał o tym, że świat oszalał. Popełniał tym samym podstawowy błąd człowieka skoncentrowanego na swoim gatunku, świat oszalał. To nie świat oszalał, a ludzie – zrozumiałby gdyby patrzył, a nie patrzył, bo ludzie nie mają w zwyczaju patrzeć. Minął sklep z narzędziami – ktoś kręcił się w środku.

            Ruch był na tyle wyraźny, że Andrzej odwrócił głowę. Dopiero teraz zauważył, że drzwi są wyłamane, a w środku ktoś trzepie młotkiem w kasę. Uderza aż lecą iskry. Chłopak przystanął. Rabuś nawet nie pofatygował się założyć maski, po prostu stał tam w prześwicie i naparzał w tą kasę, hałas turlał się po całej ulicy zamiast kół samochodów, a on nic, tylko walił i walił.

            W końcu wieko odskoczyło, złodziej krzyknął z wściekłością. Chłopak pomyślał, że pewnie walnął się w palec, ale nie. Rabuś nie znalazł pieniędzy, może nie było ruchu, a może sklepikarz po prostu zaplanował, że nie przyjdzie do pracy i wymiótł pieniądze sam.

            Dopiero teraz do Andrzeja doszło, że powinien ruszać. Miał jakieś dwadzieścia metrów do skrzyżowania, miał iść w prawo odbijając od głównej ulicy. Ruszył, ale wtedy facet z młotkiem w ręku wyszedł na próg i wrzasnął.

- No kurwa mać! – krzyczał, Andrzej odwrócił głowę

- To jest nie do pomyślenia – kontynuował stojąc na progu – To już trzeci sklep, nie ma forsy, o co chodzi?

            Andrzej milczał, nie wiedział co powiedzieć. Doświadczenie podpowiadało mu, że w takiej sytuacji należy jak najszybciej odejść. Kiedyś był świadkiem rabunku, wielki punkol trzymał w garści małego biznesmenka, a jego kolega, taki chudy szczur, taki sam jak ten teraz, grzebał napadniętemu po kieszeniach. Uciekł wtedy, teraz też powinien, ale sytuacja wiała absurdem.

- No kurwa, stary – ciągnął dalej złodziej, już lżejszym tonem – No o co kurwa chodzi? Co się popieprzyło? Czy ci ludzie do reszty powariowali? Sklep z narzędziami, no kurwa kto napada na sklep z narzędziami, czemu ten palant zabrał forsę?

- Może jej nie miał? – zasugerował Andrzej

- No jak nie miał, jak miał? – jojczył złodziej – No miał, musiał mieć, bo to jest zasrany sklep! No kurwa, stary, co się stało z tym popieprzonym światem, kurwa, no co? Aż strach w biały dzień rabować takie pustki, jakby zaraza jakaś!

- Nie wiem – odparł rzeczowo chłopak

- A Ty? – ciągnął – co Ty kurwa robisz? Gdzie zapierdalasz? Nikogo nie ma, a ty popylasz gdzieś, gdzie ty kurwa idziesz?

- Do koleżanki – odpowiedział Andrzej i postanowił, że to jest moment do wykonania kroku naprzód – Cześć.

- Jakie cześć kochasiu, kurwa – wrzasnął złodziej i przebiegł przez ulicę.

            Jego szczudłowate nogi z wystającymi kolanami stuknęły o asfalt, zrobił dwa kroki i znalazł się tuż przy chłopaku. Miał przepite oczy, blade, chude i bardzo ruchliwe dłonie. Stał przed Andrzejem i ściskał młotek, oblizał wargi.

- A ty? – pytał znowu spokojnie, tonem przedszkolanki – Masz może forsę? Wziąłeś, nie? Idziesz na miasto, do koleżanki, weźmiesz ją na lody, do kina, masz kurwa forsę, nie?

- Nie idę z nią nigdzie, chcę ją tylko o coś zapytać. – chłopak chciał się cofnąć, ale nie potrafił. Strach ścisnął go za krtań tak, że chłopak ledwie mówił

- No a kwiatka, kurwa, za co kupisz, nie? A na autobus? Za co pojedziesz autobusem, co?

- Autobusy nie jeżdżą, sklepy zamknięte.

- Bez jaj, no pokaż kieszenie, jak ja do domu wrócę. Masz forsę, każdy, kurwa, ma forsę!

            Miał. Zawsze miał. Forsę mieć trzeba, bo bez forsy nie zrobi się nic. Trzymał ją w tylnej kieszeni spodni, bez portfela, bo portfel za łatwo jest ukraść. Miał luzem w spodniach dwa banknoty, dwie i pięć dych. Nie widział powodu, dla którego miał je po prostu oddać.

- Nie mam, po chuj mi forsa? – skłamał wywracając kieszenie z przodu. – Przecież nic nie działa! A tobie, kurwa? Po chuj ci forsa, skoro nic nie działa?

            Złodziej nabrał dystansu. Odgłos przekleństwa sprawił, że poczuł nagły respekt do swojej niedoszłej ofiary.

- No bo trzeba jakoś zarabiać – ciągnął śliskim głosem – Jak tu zarabiać, jak wszystko kurwa zamknięte. Z nieba miś zleciał złociutki…

- Nie mam kasy – powtórzył Andrzej – Po co mi? Nic nie kupisz, bułek, chleba, wody, nic kurwa. Prąd też wyłączą, i gówno. Po co ci kasa? Idź po konserwy, może jeszcze będą.

- Myślisz? Myślisz, że żaden sklep nie działa?

- A działa? Widziałeś jakiś otwarty?

- Nie, ale…

- No co „ale”? Kurwa nie ma, ludzie giną, wszyscy w domach, a ty się włóczysz po ulicy i szukasz forsy? Żarcia szukaj, bo nie przeżyjesz nawet tygodnia!

            Złodziej się skonsternował. Spojrzał na Andrzeja jakby miał zapytać „a bułki, kurwa, nie masz? Popierdalasz tak bez bułki?”, ale nie zapytał. Bąknął cześć i chyłkiem, chodem zbitego psa, oddalił się w kierunku najbliższego monopolowego. Andrzej ruszył naprzód, poluzował kołnierzyk, dopiero teraz czując jak wali mu serce i jak bardzo ciężko jest chodzić na nogach z waty.

            Wszystko się pochrzaniło. Policja lata po domach w poszukiwaniu trupów, opisuje, śledzi, a patrole nie fatygują się na ulice. Jak tak dalej pójdzie to jeszcze dzisiaj wieczorem nie będzie jednego sklepu, który by był czynny.

            Kroki skierowały Andrzeja na drugą stronę ulicy, chociaż wcale nie powinien był się tam znaleźć. Jakby podświadomie poszedł na miejsce, które wczoraj pokazywała przekrzywiona kamera Interwencji. Spojrzał przytomnym już wzrokiem, jakby się ocknął i zobaczył plamę krwi na ziemi. Sebastian zostawił po sobie tylko kilka strzępków ciała, których nikt nie miał czasu sprzątnąć. Na żerdzi siedział sporej wielkości gawron i zdejmował strzępy Sebastiana ostrym dziobem, podrzucał je do góry i połykał brudząc się krwią. Andrzej wrócił na dobrą stronę, ale przez cały czas oglądał się za siebie. Coś mistycznego otaczało miejsce, w którym jeszcze kilka godzin temu wisiało przebite ciało chłopaka. Jak tak dalej pójdzie…

            Nie ma co o tym myśleć. Andżelika mieszka tuż za pocztą. Skręcił w uliczkę, przy której zaparkowały małe, kwadratowe wille. Na płotach rosła bliżej nieokreślona roślinność, a na liściach świeciła woda z automatycznego zraszacza, który ktoś zapomniał wyłączyć.

            Tu tak jak i wszędzie nie było śladu nikogo… żywej duszy. Andrzej wszedł za płot, furtka skrzypnęła złowieszczo. Z duszą na ramieniu zadzwonił do drzwi. Odgłos dzwonka odbił się od domów.

            Usłyszał ruch, ktoś człapał do drzwi. Po chwili szczęknął zamek i w progu ukazała się kobieta w średnim wieku, w której dopiero po chwili Andrzejowi udało się rozpoznać matkę Andżeliki. Była bez makijażu, z podkrążonymi oczami, jakaś taka przygarbiona i stara.

- O co chodzi? – zapytała cienkim głosem, chrypiąc na początku zdania, jakby nie odzywała się od dłuższego czasu

- Ja do Andżeliki. – oznajmił

            Przez otwarte drzwi było słychać paplający telewizor. Ktoś powiedział, że prezydent wyda spóźnione oświadczenie.

- Wejdź – powiedziała i poczłapała do środka – zamknij drzwi za sobą.

            Pokój był ciemny i brudny. Na kanapie chrapał nieogolony, gruby facet. Spod koszuli wystawał mu obrośnięty włosami pępek. Obraz kontrastował z tym, co pamiętał Andrzej. Ojciec Andżeliki miał swoją firmę, garnitur, dobrą wodę kolońską, ale teraz przypominał zwykłego pijaka na kacu.

            Matka usiadła i powiedziała z chrypą, że Andżelika jest u siebie w pokoju. Po tym przestała zwracać uwagę na gościa.

            W powietrzu śmierdziało papierosami i nie wietrzonym mieszkaniem. Andrzej już miał iść, kiedy postanowił, że zostanie chwilę i posłucha tego co się dziej w polityce.

            Prezydent oznajmił zza swojego biurka, że policja szuka kosmitów odpowiedzialnych za morderstwa i w związku z tym wprowadzony zostaje stan wojenny. Każdy obywatel będzie legitymowany, od tego momentu każdy jest podejrzany. Naukowcy szukają sposobu na rozpoznanie kosmitów, a do tego momentu każdy obywatel ma obowiązek pozostać w domu.

            Nie chciało mu się słuchać tych bredni. Poszedł na górę i zapukał.

- Czego?!

- To ja, Andrzej – przedstawił się przez drzwi – Mogę z tobą porozmawiać?

- Wejdź.

            Leżała na łóżku czytając książkę. Nie spojrzał jaką – zamiast tego patrzył na koleżankę. Miała na sobie piżamę i wyglądała – może to śmiesznie zabrzmi – na mało gadatliwą. Normalnie już by paplała – „a wiesz co widziałam”? A tu nic.

- Słuchaj – zaczął z grubej rury – Muszę wiedzieć gdzie mieszka ten koleś, z którym całował się Krzysiek.

Spojrzała na niego jak na wariata – jak to możliwe, że nie wie – pomyślał.

- Wiesz?

- Plotkowanie jest grzechem – odpowiedziała

- Od kiedy?! Ty sama zawsze wiesz wszystko pierwsza, kurde. Andżi, od kiedy jest grzechem? W kościele byłaś?

- Nie – ciągnęła – nie wolno mówić o innych ludziach. To nieładne, ty też nie powinieneś.

- Słuchaj, nie wiem co się dzieje, ale musisz mi powiedzieć!

- Nie mogę. To nieładnie.

            I co tu robić? Coś jest nie tak, pedzio zabija się na wieść o śmierci rodziców, złodzieje kradną w biały dzień, plotkary nie plotkują, co jest z tym światem?!

            Złapał ją za ramię.

- Au – wrzasnęła – To boli!

- Muszę wiedzieć gdzie to jest! Muszę… muszę… mu coś oddać. Krzysiek nie żyje, on coś zgubił, muszę mu dać. Chcę tylko wiedzieć gdzie mieszka, to nie plotkowanie.

- Nie plotkowanie? – spytała z dezorientacją – Na pewno?

- Kurwa na pewno – warknął potrząsając nią – Powiedz mi.

- Jak tak, to w akademiku przy metrze. Piętro siódme. Chyba, o ile pamiętam.

- Dzięki!

            No to lecę, pomyślał. Wybiegł na dół, ale po chwili pomyślał jeszcze o czymś. To jest jakieś dziesięć kilometrów. Będzie tam szedł dwie godziny skoro autobusy stoją. Musi tam być szybciej. Wrócił do Andżeliki, trzasnął drzwiami i od progu spytał.

- Masz może rower?


niczego sobie 5 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
ataraksja
ataraksja 15 pazdziernika 2007, 22:18
"ruszył do miasta" (po polskiemu)... poza tym gęsto, ale prawdziwie wirażujesz na francuskich zakrętach ;p - nie razi, bo jest autentycznie - bohaterowie sami charakteryzują się przez dialogi, reakcje, działania i najważniejsze - dramaturgię buduje ich charakterystyka psychologiczna. Nie wiem dlaczego, ale okrucieństwo świata przedstawionego przypomina mi jako żywo atmosferę z "Władcy much" Goldinga.
Matuszewski 15 pazdziernika 2007, 22:36
Myślę, że przypomina władcę much bo i tam i tu zasady giną przytłoczone okolicznościami, na które nikt nie jest docelowo przygotowany.

Ostatnio przeczytałem piękny tekst, Strugackich zresztą, że człowiek potrzebował pracy, aby z małpy przeistoczyć się w człowieka. W znacznie krótszym czasie zmienia się z człowieka w małpę, gdy tej pracy nie ma.

Ja uważam podobnie, ale słowo "praca" zastąpiłbym słowem "zasady";)
ataraksja
ataraksja 15 pazdziernika 2007, 22:58
Prawda. Ale usłyszysz dziś cwaniackie stwierdzenie - zasady i prawa są po to, żeby je łamać.Rozumiem, że ten tekst jest Twoim spojrzeniem na stan, kiedy ta "zasada" stanie się "prawem" powszechnie akceptowanym (?)
A poprawisz zasugerowane "do miasta"? - to puszczę do autoryzacji ;p
Matuszewski 17 pazdziernika 2007, 21:44
Że w sensie "ruszył na miasto"? To określenie takie samo, jak "poszedł z buta". Takie samo, jak "forsa". Nie rozumiem, czemu jest "po polskiemu"?:) Żadnego "do miasta" w tekście nie ma;)
ataraksja
ataraksja 17 pazdziernika 2007, 22:28
"i po wypiciu solidnej kawy ruszył na miasto." - rozumiem jednak, że ma być zachowana mowa potoczna..... ok :)
Matuszewski 17 pazdziernika 2007, 23:16
Proszszsz zmienione:)
ataraksja
ataraksja 18 pazdziernika 2007, 07:06
:)) miłe, że umiemy dojść do porozumienia...
rottenbaum 20 pazdziernika 2007, 21:50
Świetny dialog z tym złodziejem, powalił mnie;)))
Alnilam 27 pazdziernika 2007, 17:23
Interesujące. Nawet bardzo. Czekam na następną część.
1 133 wyświetlenia
przysłano: 13 pazdziernika 2007 (historia)

Matuszewski

35 Warszawa
7 tekstów 1 pracę graficzną 10 komentarzy
Piszę, słucham metalu, czytam, słucham metalu, chodzę na piwo i oczywiście słucham metalu;)

Inne teksty autora

Postęp medycyny

Matuszewski, opowiadanie

Zawiść ma krótką szyję

Spellbinder, wiersz

Bankiet pod tęczą

Matuszewski, opowiadanie

Mam nie po kolei w czubie

Nienormalny, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło