Literatura

Vincent (opowiadanie)

Szluger

na temat Największego Artysty Wszechczasów
Czerwonowłose wyspy żałoby, zaplątane we własnych sieciach jak ślepe delfiny , powoli otwarły oczy, wsysując w siebie resztki mojego snu. Leżałem na podłodze, a nade mną kołysał się zakurzony abażur lampy, skonstruowanej tysiąc lat przed naszą erą. Czułem w sobie przypływ mocy, fizycznie objawiający się szalonym bólem głowy i gorącymi uderzeniami serca.

Obłęd jest błogosławieństwem artysty, pomyslałem, pełznąc ku sztaludze, na której płótno lśniło jak marmurowa płyta. Właściwie to przypominało mi ona ekran, po którym za chwilę przepłynie mój własny, wypieszczony w chorym umyśle film.

- Chrzanię sztukę mimetyczną - mruknąłem pod nosem, siegnąłem po pędzel i powiedziałem do płótna kilka pierwszych słów. Upadły na nie jak krople deszczu i spłynęły w dół.

Czerwonowłose wyspy otwarły swoje wielkie, zdziwione oczy i zaczęły śpiewać. Pierwsza zwrotka, druga , trzecia. Kazałem im zamilknąć, po czym przywołałem do siebie wizję zatęchłego kąta w którym pijany poeta przeżywa mistyczne uniesienia. Źle. Uderzyłem pędzlem w płótno tak mocno, że prawie wybiłem w nim dziurę. Farba prysnęła na wszystkie strony, boleśnie podrażniając mi oczy. Tańczący anioł złożył skrzydła.

Płótno chciało mi coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie go słuchać. Tłusta warstwa kobaltu i purpury zaznaczyła linię horyzontu. Pierwszy cios. Płótno krzyknęło przeraźliwie i zaczęło się bronić, odpychajac od siebie moją dłoń. Krótkie, szybkie pociągnięcia pędzla nadały kształt oczom czerwonowłosych wysp.

"Wyspy to ja i ty, zatopieni w chaosie nieprzyjaznego świata, w którym umieramy, tak, tak, umieramy, dobrze o tym wiesz i dlatego bez przerwy masz pokancerowane ręce, moje rudowłose szczęście" - słyszałem w głowie Jej głos, ciepły i zmysłowy, przesycony drapieżną skargą.

Wyspy otwarły usta i usłyszałem muzykę z dna ziemi. Moja ręka dygotała, kreśląc szkarłatne plamy włosów, żywych i wężowych. Gorgona Meduza, pomyślałem. Chcę, żebyś zamieniła mnie w kamień. Muzyka rozpierała mi czaszkę, a ja marzyłem o ciemnej żółci, jaką mógłbym trzasnąć cały świat prosto w twarz.

Jeszcze chwila, ogniste wyspy tańczą już na niewidzialnych linach a wokół nich zielone morze anielskich oczu. Czułem zapach wilgotnych , gołębich piór, rozumiałem go doskonale. Zmęczony anioł przysiadł na skalnym szczycie, tuż pod zniekształconą twarzą księżyca. Czerń i szafir. Głęboki, dumny szafir włosów anioła i kontrastująca z tym biel, jasna jak eksplozja magnezji. Za chwilę stanie mi serce.

Skurcz żołądka przypomniał mi, że jestem potwornie głodny. Rozprostowałem obolałą rękę i przez chwilę przebierałem palcami, pozwalajac pędzlowi zlądować na podłodze z paskudnym mlaśnięciem. Z płótna patrzył na mnie mój własny sen, absolutnie i skończenie piękny. Poczułem się jak Pigmalion. Wtedy anioł uśmiechnął się.

- Chodź. - powiedział. - Mówię ci, to twoja jedyna szansa.

Zawahałem się. Nie wiem dlaczego, ale nagle zdusił mnie strach o to wszystko, czego nienawidziłem na ziemi. Musiałem nienawidzić chociażby po to, żeby tworzyć sobie iluzje. Mroczne iluminacje mojego zatęchłego świata. Nie. Nie należę do czerwonowłosych wysp.

Anioł mrugnął na mnie jeszcze raz.

- Szybko! Za chwilę wszystko zniknie i zostaniesz sam, przecież tego nie chcesz!

Znów wahanie. Przypomniałem sobie burzę czarnych włosów i najbardziej przejrzyste oczy na świecie. Kocham ją. Kocham. Nie. Nie mogę...nie mogę...Ból zrzucił mnie na kolana, w żołądku czułem miliony igieł.

- W porządku, to ostateczny koniec. - odezwał się anioł i w tym momencie zobaczyłem przed sobą ścianę mroku. Zamknąłem oczy, pozwalając się unieść fali smutku i przedziwnie słonych łez.

Obudziło mnie pukanie, natarczywe, ale zarazem subtelne, bez wątpienia kobiece. Z trudem dowlokłem się do drzwi.

- Wszysto sobie przemyślałam, Vincent. Ty naprawdę jesteś obłąkany...- usłyszałem Jej głos, który w sekundzie rozszczepił się w tysiąc lśniących brzytw, godzących prosto w moją głowę. Anioł miał rację, powinienem był stąd uciekać...jak najdalej w świat chorej fikcji...Jak najdalej...jak najdalej...O Boże...

Nie pamiętam, jak to się stało, że wybiegłem na ulicę, ściskajac w dłoni przeklęte ucho, które jako pierwsze przyjęło moją klęskę. Błękitny anioł stał w śniegu i patrzył , a jego śmiech przedzierał się przez zaśnieżoną ulicę jak zimne ostrze.


niczego sobie– 3 głosy
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
przysłano: 2 listopada 2000

Inne teksty autora

Magnolie
envagorien
drobne fałszerstwa
envagorien
*
getsemani
dual
getsemani
kasztany
getsemani
paw
getsemani
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca