Kika (opowiadanie)

Pani Ziela

Siedziałem w fotelu tępo przeglądając jakieś bardzo stare kobiece pismo; ze stronic anielsko uśmiechała się do mnie Sharon Stone w odsłonach trzech. Przez otwarte okno wpadały wczesnojesienne promienie słońca i zapach wilgotnych liści. Znowu nie wyszła; który to już dzień snuła się po domu w czerwonym szlafroczku i haftowanych kapciach? Powoli traciłem rachubę. Jej obecność od rana do wieczora była doświadczeniem wielce dziwnym. Zdążyliśmy się od siebie odzwyczaić. Zawsze przecież wychodziła często i na długo. Nierzadko widywaliśmy się tylko w porze obiadu. Teraz teoretycznie była w domu cały dzień. Jedynie teoretycznie gdyż przez cały ten czas zdawała się być dziwnie nieobecna; zajęta jedynie sobą. Rozkład każdego dnia wyglądał podobnie. Rano prysznic, makijaż, fryzura. Potem małe sprzątanie w szlafroku. Pranie w szlafroku. Zaznaczyć należy , iż czynności te ograniczała do koniecznego minimum. Około Południa zaopatrzona w kawę i jakieś kanapki siadała przed komputerem. Stukała w klawiaturę śmiesznie wydymając usta do internetowej kamery. Jej szczupłe palce z długimi tipsami podkręcały pasmo idealnie skręconych blond włosów. Często w takich chwilach z pokoju dochodził jej śmiech. Szczery ludzki śmiech, nie zaś ten lekko zmysłowy, którego przez lata wyuczyła się dla klientów. Wstyd się przyznać, ale myślałem wtedy o jednym: „oby tylko znowu nie importowała sobie jakiegoś bubka z czata”. Miałem powyżej uszu trwającego od czasów podstawówki witania i mniej lub bardziej burzliwego żegnania jej fagasów. Byłbym niesprawiedliwy mówiąc, iż wszyscy byli beznadziejni. Niektórzy z nich to porządni ludzie. Faktem jednak jest, iż żadnego z nich Kika nie zdołała zatrzymać na dłużej. Przestałem już dawno wierzyć, że jest do tego zdolna. Obawiałem się więc jak ognia pojawienia kolejnego faceta w domu. My dwaj jej wystarczymy. Nie wiem jak młody, ale ja prawdopodobnie zostanę z nią na dobre i złe. Na zawsze może? Sama zginie. Nie jest przecież już tą dawną, pełną życia Baśką skłonną zrobić wszystko byle tylko pozostać na powierzchni. Nie, nie opuszczę jej mimo, że w naszych relacjach coraz mniej było miłości, coraz więcej szacunku i zniecierpliwienia. Będę o nią walczył. Nie wolno mi zapomnieć jak ona walczyła gdy chciano nas zabrać do Domu Dziecka. Młody pamięta z tamtych czasów tylko to, iż w domu nagle zrobiło się bardzo dostatnio. Ja znacznie więcej, jej łzy, kłótnie z babcią. Fikcyjną pracę w hurtowni obleśnego Kazika. Samego Kazika przychodzącego późną nocą po dowody wdzięczności. Był jednym z niewielu mężczyzn, którzy przychodzili do naszego domu, ale w nim nie mieszkali. Kika wyznawała dobrą zasadę by pracy nie przynosić do domu. Prawdopodobnie oszczędziło nam to wielu niekoniecznie pozytywnych doświadczeń. Myślę, że lubiła swoją pracę czego najlepszym dowodem był fakt, iż nigdy tak naprawdę nie zdecydowała się na jej zmianę. Markowała parę razy powrót na łono społeczeństwa, jednak tylko markowała. Nigdy wcześniej nie porzuciła stanowiska na tak długo, wobec czego zaczęliśmy się poważnie martwić. Mijały prawie dwa tygodnie a ona wciąż siedziała w domu. Poniekąd byłem z tej sytuacji zadowolony. Nie musiałem żyć ze świadomością, iż jakiś palant wykorzystuje mi matkę. Odpadło mi również zmartwienie o jej bezpieczeństwo. Wiedziałem jednak dobrze czym w naszej sytuacji jest jej przedłużające się bezrobocie, wszak to ona Barbara Majewska była głównym żywicielem rodziny. My z bratem przynosiliśmy nieregularnie pewne sumy uzyskane za fuchy budowlane, oraz z innych niewartych wspominania źródeł. Stanowiły one jednak mały procent budżetu domowego, z pewnością niewystarczający na godne życie. Dłuższy brak klientów matki oznaczał brak środków do życia. Opłaty, żywność , czystość, szereg wydatków związanych z inwestowaniem Kiki w siebie, moja szkoła to wszystko wymagało nakładów finansowych. Postanowiliśmy porozmawiać z nią. Zbieraliśmy się długo, w końcu nadszedł jednak moment gdy nie można było już zwlekać. Oszczędności zgromadzone w litrowym słoju kończyły się. Wkrótce będzie trzeba ruszyć to co odłożyłem na tatuaż. Jeśli by nawet do tego doszło niewiele było tych pieniędzy. Obrazek miał być mały to i kasy niewiele. Trzeba było porozmawiać. Najdelikatniej jak się da, ale trzeba było. Umówiliśmy się z bratem na wieczór, wtedy wydaje się być najbardziej zrelaksowana. Dosiedliśmy się do niej gdy jadła kolację. Patryk zaczął o problemach finansowych. Zapytaliśmy w dość pokrętny sposób czy wróci do pracy. I co usłyszeliśmy? Mianowicie to, iż „jesteśmy jak wszyscy faceci, że tylko się chcemy na jej tyłku paść”. Argumenty, że chodzi o nasz wspólny los trafiały w próżnię. Nawet nie wspominałem o obowiązku utrzymywania mnie jako osoby uczącej się. Wstyd mi było. Zamiast tego powiedzieliśmy sobie sporo nieprzyjemnych słów. Patryka poniosło, co nie było w jego przypadku niczym niecodziennym. Ostatecznie wziął parę kosmetyków z łazienki, przysłowiowe majtki na zmianę i wyszedł z domu. Matka zamknęła się w małym pokoju. Oznaczało to dla mnie spanie w stołowym i brak dostępu do swoich rzeczy. Długo płakała. Słyszałem też jak dzwoni do Mariusza. Rozmawiała jakiś czas, a około pierwszej w nocy przyszła do stołowego i siadła przed komputerem. Debaty z Mariem ciąg dalszy. Bogu dzięki, że na „gadu gadu” więc słyszałem tylko dźwięk pieszczonej przez nią klawiatury. Dziwna historia z tym Bednarskim. Kika kontaktowała się z nim przez internet od około roku. Wyglądało na to, iż ich do siebie ciągnie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły o udanym wirtualnym romansie, a mimo to zdawali się nie dążyć do spotkania. Wiele razy myślałem, że on w końcu z nami zamieszka. A tu nic! Buzi, buzi przez telefon, klapu-klap w klawiaturę, rumieniec na twarzy matki jak u dziewicy i nic poza tym. Tej nocy wyjątkowo długo z nim gadała. Jeszcze około czwartej gdy otworzyłem na chwilę oczy widziałem jej blond główkę na tle świtającego okna. Pomyślałem o tych wszystkich grubych kitach, które on jej pewnie teraz ciśnie i zasnąłem ponownie. Kto by się przejmował jakimś wirtualnym lowelasem. Jeszcze tu nie mieszka, nie ma go więc na mojej przydługiej liście zmartwień. Zamieszka i się nie nagnie to odprawię go tam skąd przyszedł. Nie pierwszy będzie i pewnie nie ostatni. Odkąd pamiętam zawsze witaliśmy i żegnaliśmy facetów matki. Najczęściej to my wystawialiśmy za próg ich walizki oraz przekonywaliśmy (parę razy nawet “ręcznie”) o konieczności wyniesienia się z naszego domu i życia Baśki. Również my sprzątaliśmy po gościach, pilnowaliśmy spłacenia ewentualnych długów przez nich zaciągniętych. Staraliśmy się też jak mogliśmy zapełnić matce powstałą po nich pustkę. Śmiała się wtedy nazywając nas "swoimi mężczyznami". Mnie generalnie to nie przeszkadzało, ale brat krzywił się na każdy taki tekst. Następnego dnia Kika wstała koło pierwszej. Rozmawiała chwilę z kimś przez telefon. Wykąpała się, ubrała jeansy, jakiś mało wyjściowy sweter i wyszła. Wyglądając za nią przez wizjer stwierdziłem, iż jest prawie bez makijażu. Dziwne myśli przeleciały mi wtedy przez głowę, postanowiłem jednak żadnej z nich nie rozwijać. Grunt to sobie samemu problemów nie dodawać. Co mnie obchodzi, gdzie poszła w tym wieśniackim wdzianku. Pewne jest, że nie do pracy. Wróciła wesoła. Denerwowało mnie to. Kasy coraz mniej, Patryk nie wrócił, brak widoków na prace dorywcze dla nas; ogólnie problemów cała fura, a ona będzie mi tu grać zadowoloną z życia idiotkę. Ot cała moja matka, niestety! Chciałem jej powiedzieć co o tym myślę, niestety rozmowa stała się niemożliwa. Zjadłszy obiad, zamknęła się w pokoju. Włączyła komputer i nalała sobie lampkę wina, potem drugą. Następnie poprawiła to kieliszkiem wódki. W szampańskim nastroju udała się do łazienki na drugą w tym dniu kąpiel. Miałem już dość! Wprost nie mogłem na nią patrzyć! Czułem, że jeśli mnie tylko zechce sprowokować powiem jej co o tym wszystkim myślę. Powiem jej, przy czym nie będę delikatny. Powiem jej topornie i chamsko jak Patryk. Wyszła z łazienki a ja powiedziałem, a raczej wykrzyczałem jej wszystkie nagromadzone w ostatnim okresie żale. Zapomniałem o szacunku. Nie chciałem pamiętać o tym, iż “jest wrażliwa bo przez życie okrutnie wielokrotnie doświadczona”. Nagą prawdę jej przedstawiłem żądając wyjaśnień. Stała i patrzyła wzrokiem niemal obojętnym, jakby oglądała brazylijski serial. Jej podpita, świeżo umalowana na lalkę Barbie twarz niewiele wyrażała. Zaczęła się ubierać i o dziwo spełniać moje życzenie, czyli wyjaśniać powody swej niefrasobliwości. Stwierdziła , iż jest stara i że właśnie zaczęła jej się menopauza. Dopinając zamek w spódniczce zwierzyła się, iż nie mogła chodzić do klientów nie załatwiając najpierw tej sprawy. „Nagle poczuła do nich obrzydzenie” Na koniec już w drzwiach zakończyła cały wywód oświadczeniem, iż ginekolog przepisał jej hormony i będzie dobrze. „Można na nich długo pociągnąć”. Matka Bednarskiego jest nimi zachwycona więc pewnie i jej się spodobają. Matka Bednarskiego? Nie wytrzymałem i spytałem ile wiosen liczy sobie Mariusz. Okazało się, że jest niemal moim rówieśnikiem. No ładnie, pomyślałem. Nie zdążyłem jednak już nic więcej wydumać gdyż poczułem nagle na nosie jej różowe usta. “Pa synku idę po kasę!” Wyszła a ja siedziałem gapiąc się długo w drzwi za którymi zniknęła. Nie chciało mi się już o niczym myśleć ani nic rozumieć. Grunt to sobie samemu kłopotów nie dokładać.


wyśmienity– 3 głosy
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
szklanka
szklanka 3 czerwca 2008, 23:05
'Ja znacznie więcej, jaj łzy, kłótnie z babcią'-chyba chodziło o 'jej łzy' .
'wszak to ona Barbara Majewska była głównym żywicielem rodziny'-wszak to ona, Barbara Majewska, była głównym żywicielem rodziny
'Wstyd mi był'-było
'Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły o udanym wirtualnym ronmansie'-romansie

to tyle błędów wyłapałam, tekst bardzo dobry według mnie. bardzo obrazowo opisana sytuacja jak i bohaterowie. na wyobraźnię działają myśli narratora i strzępki dialogów,pełniące również rolę charakterystyki. przemyślane i głębokie.
Pani Ziela
Pani Ziela 4 czerwca 2008, 08:00
Ach, te moje literówki! W dłuższych tekstach muszę mieć zawsze choć jedną. Ot, życie ;)
tajemnica
tajemnica 4 czerwca 2008, 13:59
Zjadłwszy obiad, zamknęła się w pokoju - zjadłszy
popraw sobie :)
tajemnica
tajemnica 5 czerwca 2008, 21:41
Ja przyłączę się do komentarza szklanki.
Dobry tekst, podoba mi się styl, opisowość, dobrze się "wchłania" ;) nie mam wrażenia "brnięcia" przez tekst, a czyta się z przyjemnością i lekko.
Myślę, że nie ma po co tutaj wisieć, niech leci na pierwszą stronę. :)
Sirocco
Sirocco 6 czerwca 2008, 11:55
Dobre przemyślenia, prosto z "Domu Starców". Udany tekst. A menopauza...no cóż wzrusza.
712 wyświetleń
przysłano: 3 czerwca 2008 (historia)
Pani Ziela

Pani Ziela

12 Skądinąd
7 tekstów 29 komentarzy

Inne teksty autora

Świeżo maglowane

Pani Ziela, opowiadanie

Wymyślony

Pani Ziela, wiersz

Przedmieścia

Pani Ziela, wiersz

Andrzej

Pani Ziela, wiersz

Maria Magdalena

Pani Ziela, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło