wieś - oaza spokoju, z cichą rozmową, z sobą... (opowiadanie)

tristitia

  

Słońca powoli układało się do snu, ukrywając się za zasłoną dostojnych drzew, których bladozielone liście na tle czerwonej tarczy słonecznej mimowolnie stawały się czarne i tylko gdzieniegdzie między nimi, niczym latarnie wysyłające światło rozbitkom przemykały ostatnie niesforne promyki światła. Męczący ucho dzienny gwar wstydliwie usuwał się w kąt, nie wiadomo czy zmęczony sam sobą, czy z szacunku dla nieuchronnie zbliżającej się pory spoczynku. Powietrze oczyszczało się samo, odizolowywało mnie od zgiełku zdarzeń, od natłoku niepotrzebnych myśli, wprowadzało w podniosłą atmosferę wyciszania zmysłów otulając lekkim zapachem bzu zerkającego do mnie zza okna, ziół, skoszonej trawy, której niepokorne źdźbła falowały na wietrze i tych wszystkich kwiatów, których ani nie znam, ani nie zdołam opisać...To wieczór, moja ulubiona pora dnia, kiedy to, jak pisał święty Franciszek, ten Biedaczyna z Asyżu, brat dzień podaje dłoń siostrze nocy. I jak zawsze zaczynam kłótnię z samą sobą...

 

- Kolejny nudny wieczór - odzywa się moje buntownicze ja - i jak zawsze spędzisz go przed telewizorem gapiąc się bezmyślnie w ekran, albo przy komputerze, siedząc na Gadu- Gadu i wypisując jakieś nieistotne bzdury. Nie pójdziesz do kina ani na dyskotekę. Dlaczego? Bo tego tu nie ma! Nawet na pizzę nie pójdziesz, bo siedzą tam łysi bezkarkowcy żłopiący piwsko i dla innych nie ma tam miejsca... A w mieście...

 

- Wieczór wcale nie musi być nudny - ripostuje to moje drugie ja, to łagodniejsze - Zawsze jest coś do zrobienia. A jeśli chodzi o ścisłość, to ci łysi bezkarkowcy to miastowy wzorzec...

 

- Ale w mieście masz wybór! - zaperza się buntownicze ja - Tam możesz iść gdzie chcesz, do kawiarni, na koncert, do pubu... A tu? Tu nie masz żadnego wyboru! Wyobraź sobie te błyski neonów...

 

- A tu, moja ty buntowniczko, możesz widzieć gwiazdy a nie neony.

 

- Co mi tam gwiazdy!        

 

- A tak, gwiazdy, te odwieczne latarnie na niebie, jak choćby Gwiazda Północna, nazwana Constanatia, czyli niezmienna, wskazująca żeglarzom drogę na morzu, tyle gwiazdozbiorów, które od tysięcy lat zachwycają i fascynują ludzi, którzy w nich chcieli odczytać swoją przyszłość... Także dzisiaj są one naszą ostoją, to im mogę powierzyć wszystkie sekrety, w całkowitym zaufaniu, to z nimi dzielę się marzeniami, które nigdy nie doczekają spełnienia. Kilka dni temu zawiesiłam swoje życie o jedną z gwiazd, nie wybrałam tej najjaśniejszej, usytuowanej w samym centrum, tak wyniosłej i dumnej, iskrzącej w centrum, zaufałam tej, którą tak trudno odróżnić od jej sióstr, dlaczego? Bo przypomina mnie, zwykłą jednostkę stojącą pośród tłumu pozornie podobnych do siebie istot... Dzisiaj jest już jednak inaczej... Ta gwiazda w całym swym podobieństwie stała się tak bardzo różna, wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, a wszystko za sprawą jednego wieczoru, kiedy postanowiłam się z nią zaprzyjaźnić... Być może tak samo bywa z ludźmi?

Jeżeli więc, gdzieś mam się poczuć cząstką wszechświata, to właśnie tu, w tej wiejskiej ciszy, gdzie mogę przeprowadzić poważną rozmowę, z kimś, kogo czasem trudno zrozumieć, gdzie mogę zagłębić się w milczenie samej siebie...

 

- Cząstka wszechświata! - moje bezczelne ja wyraźnie zakpiło sobie ze mnie - Zostaniesz jedynie cząstka tej ziemi i to wtedy, gdy cię w niej pochowają! A i wówczas staniesz się tylko pokarmem dla robaczków, które zamieszkują tę ukochaną według ciebie ziemię.

Drogą przejechał właśnie traktor z pługiem, którego wypolerowane lemiesze błyszczały w mroku. Podskoczył na jakimś wyboju i kilka grudek ziemi spadło na senny asfalt. Te grudki łatwo kruszyły się w palcach i miały niezwykły zapach.

 

- Taaa...Piękny zapach: perfumy „Wiejska Gleba no.5" - buntownicza natura nie dawała o sobie zapomnieć.

 

- A tak, moja droga - ripostuje ta cząstka mnie, zakochana w tym zaścianku, w którym od urodzenia mieszkam - ale to zapach Ojczyzny. Wiem - uprzedzam gniewną odpowiedź - że to górnolotne słowa, ale pomyśl przez chwilę. W mieście ziemia to towar, przedmiot handlu, sposób lokowania pieniędzy, na ich zarabianie. Przecież deweloper patrząc na nią widzi w niej tylko pieniądze, czy rozczula się nad jej pięknem czy dobrem? A tu? Ten człowiek wracał z pola, które przedtem uprawiał jego ojciec, dziadek i pradziadek. Dopiero tutaj można poczuć, że tworzy się ten łańcuch życia, sztafetę pokoleń, że przejmuje się to wielowiekowe dziedzictwo naszych ojców. To tylko tutaj, na wsi człowiek może usłyszeć wołanie ziemi, tylko tutaj może usłyszeć jej skargę... O nie, tutaj nie zatracisz wrażliwości...

 

- O, jaka mi to wrażliwość...Myślisz, że gdzie indziej ludzie nie są wrażliwi?

 

- A jakże! Są, tylko, że to zupełnie inna wrażliwość... Taka bardziej na zysk, na stratę. W mieście ludzie są bardziej nielogiczni i zajęci sobą, w chorej zazdrości potrafią zniszczyć ci to, co zbudowałeś wysiłkiem wielu lat, nie mają czasu dla nikogo, poświęcając się do reszty karierze zatracają najważniejsze wartości na tej drodze, którą właśnie podążają. Ich emocjonalne wnętrza przypominają pustynię... Tymczasem życie to nie wyścig szczurów... Tutaj jest zupełnie inaczej... Każdy potrafi znaleźć, choć chwilę na zagłębienie się w lekturę własnej duszy, chwilę na wysłuchanie muzyki, bo piosenka pisana przez los nie trwa wiecznie... Tu czujesz całym sobą, czym jest obcowanie z naturą, wczoraj mogłaś słuchać deszczowej melodii, a może nawet poczuć na własnym ciele te tańczące kropelki, czasem schowasz się pod parasolem, innym razem użyczysz go przemokniętemu (nie)znajomemu, dzisiaj też mogłaś w podekscytowaniu tropić zmagającego się z wiatrem motyla... Taka sama historia jest z ziemią, tu, ten człowiek wracający nocą z pola traktuje ją jak matkę i nigdy nie będzie od niej żądał więcej, niż jest mu w stanie zaoferować. Wie, kiedy przychodzi pora, by dać jej odpocząć, wie, kiedy pora, by ją posilić, żyje zgodnie z tym odwiecznym rytmem natury. Zaś miasta to nienasycone molochy, które pragną wyssać z ziemi jak najwięcej żywności, wody, ropy, gazu... I nigdy nie mają dosyć, a co dają w zamian?

 

- Ale miasta zawsze były źródłem postępu! - unosi się urażoną dumą moja natura - Temu nie zaprzeczysz!

 

- Nie, nie zaprzeczę. Ale nie zapomnij też kochana, że postęp ma zawsze dwa oblicza - dobre i złe. To prawda, że ułatwia życie, ale też utrudnia...Nawet nie wiesz jak bardzo...

 

- A co to za brednie!

 

- Żadne brednie. Dawniej, aby załatwić jakąś sprawę należało udać się na miejsce, a dziś...Mamy telefony, faksy, pocztę elektroniczną, Internet...

 

- Widzisz, to jest postęp! I to nie byle jaki!

 

- Ale to wytwarza poczucie anonimowości, a nawet bezkarności. Przestajesz być człowiekiem, a stajesz się numerem telefonu, faksu, peselu, nipu, adresem w poczcie elektronicznej, stajesz się kimś nierzeczywistym, nierealnym. Pomyśl sobie, że jako przejaw okrucieństwa hitlerowców uważano to, że więźniom obozów koncentracyjnych odbierano nazwiska, imiona a nadawano numery. A co dzisiejsza miastowa cywilizacja robi z nami? Przez telefon rozmawiasz krótko, bez żadnych zbędnych słów, bo to kosztuje. Gdzie jeszcze jest tak, że sąsiad odwiedzi sąsiada, usiądzie z nim na ławce przed domem, dopyta się o jego zdrowie, co u niego słychać, jak się ma rodzina, ponarzeka na rząd, na pogodę..?

 

- I poplotkuje... - złośliwe ja wbija szpilę łagodnemu.

 

- A nawet i poplotkuje. Ale dzięki temu ci ludzie się znają, wiedzą, czym żyją, wiedzą coś o sobie. Zapytaj mieszkańca takiego blokowiska, co wie o sąsiadach, o ich kłopotach, troskach. I co ci powie? Wzruszy ramionami, odburknie, że nic go to nie obchodzi. Dopiero z telewizji dowiaduje się o tragedii za ścianą mieszkania. A mała społeczność jest zżyta ze sobą...

 

- To według ciebie na takiej wsi nic złego się nie dzieje? - Szydzi złośliwe ja.

 

- Tego nie powiedziałam. Ale nie zaprzeczysz, że większość zła wynika z tego, że obce wzorce zachowań przeszczepia się bezmyślnie na nieskażony grunt...

 

- Ooo! I tu cię mam! - złośliwe ja aż dygocze z przekornej uciechy - Te same bzdury o nieskażonej naturze wsi, o tym, że miasta są siedliskiem zła głosiło już dwóch facetów. A wiesz, jacy? Hitler i drugi wielki zbrodniarz - Pol Pot. Ten drugi w Kambodży w ogóle kazał wysiedlić ludzi z miast i przenieść ich na wieś...

 

- Nie masz racji...

 

- Negujesz historię?!

 

- Nie o to mi chodzi. Ja mówiłam o tej więzi między ludźmi na wsi. Tutaj używając tytułu powieści, ludzie wiedzą, komu bije dzwon. Śmierć z tak małej społeczności pozostawia wśród nich wyraźny ślad, bo tu się nie odchodzi w samotności. W tej ostatniej drodze towarzyszą mu modlitwy, pamięć i obecność dziesiątek, jeśli nie setek osób, którzy idąc powoli w rytm marsza pogrzebowego rozpamiętują spędzone razem chwile...Jeżeli jest mowa o jakiejś małej ojczyźnie, społeczności powiązanej naprawdę silnymi więzami, emocjami to musisz myśleć o wsi...

 

 - To na przykład w mieście ludzie nie są solidarni?

 

- Nie tak bardzo, ale tu możesz poczuć, na czym polega prawdziwa międzyludzka solidarność.

 

 - Ale miasta to życie kulturalne, a nie to co tu, zagłębie disco - polo! - szyderczo rechotało moje złośliwe ja.

 

- Trochę przesadzasz...

 

- Tak? No to zamieniam się w słuch...

 

- Jaka jest kultura miastowa? Nie przeczę, że jest na wyższym poziomie, ale jaka ona jest naprawdę? Jest taka... Bezpaństwowa, taka trudna do przypisania.. Co jest klasyką teatru? Na przykład „Hamlet", ale on jest angielski, opery „Carmen", „Tosca" też nie są nasze, od muzyki klasycznej są Strauss, Bach, Mozart. W tej kulturze miastowej brakuje czegoś takiego swojskiego, takiego folkloru, regionalizmu...

 

- I przyśpiewek: „Oj dana dana!"

 

- Ale wyobraź sobie Polskę bez krakowiaka, mazura, poloneza, zbójnickiego. Musisz przyznać, że będzie tego brakowało. Jakie są najsłynniejsze polskie opery? „Halka" i „Straszny dwór". Ale mówią o życiu na wsi, a nie w mieście, powieść naszego noblisty - już sam tytuł mówi za siebie: „Chłopi", epopeja narodowa: „Pan Tadeusz", to wioska Soplicowo. Japończycy są tak zakochani w Chopinie, a jakie korzenie ma jego muzyka? Ludowe! A znane na całym świecie „Mazowsze" czy „Śląsk", jaką kulturę pokazują?...

 

Buntownicze ja milknie i cofa się gdzieś w najdalsze zakamarki mojej natury. Wiem, że jeszcze nie raz się odezwie, że jeszcze nie raz będę musiała się z nim sprzeczać. Ale na razie siadam przy otwartym oknie i patrzę na lśniące gwiazdy. Wysoko, wydawać by się mogło, że pomiędzy nimi leci samolot migocząc światłami. Wiem, że leci z wielkiego miasta do wielkiego miasta, może nawet z kontynentu na kontynent. Wiem, że gdzieś tam są rojne i zgiełkliwe miasta, które nigdy nie zasypiają. Ale ja tam nie tęsknię. Mnie jest dobrze tutaj, gdzie dzień oznacza czas pracy, a noc zapewnia ciszę i spokój. Tutaj docenia się łagodne światło szarych dni, deszcz przynoszący ulgę i ukojenie...Dla kontrastujących neonów miasta nie chcę zdradzić mojego uroczego zakątka... Co mi może dać miasto, aby opuścić to miejsce, gdzie znam tyle osób, a one mnie znają, gdzie nekrolog o czyimś zgonie napełnia mnie smutkiem, bo wiem, że czyjejś twarzy już nie zobaczę, gdy uśmiechając się do kogoś na ulicy, wiem do kogo się uśmiecham? Czy dla warkotu aut mam zdradzić poranne i wieczorne koncerty ptaków, uwodzicielskie kukanie kukułki, gospodarskie klekotanie bocianów w ich gnieździe? Czy dla anonimowości miasta mam zdradzić tę wspólnotę szkolną, gdzie uczę się i parafialną, w której się modlę? A może dla miastowego smogu mam zrezygnować z podziwiania porannego oparu mgły nad łąką, a głos klaksonów mam przedłożyć nad dostojne kumkanie żab?

Mnie jest tutaj dobrze, w tej mojej małej ojczyźnie, gdzie wychowano mnie w tradycji moich przodków. Mimo, że do ideału jej dużo brakuje, to jednak ma w sobie tyle piękna i dobra, że wielką niegodziwością było by ten świat zdradzić.

 

 

Nagle pogasły światła, ktoś zamknął niebo, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam... Znajdowałam się na jakimś dziwnie znajomym wzgórzu, towarzyszył mi nieznany głos, który nucił piosenkę o tym tajemniczym miejscu. Ponoć tutaj blask słońca dogasa ostatni, a bezszelestny wiatr opowiada nieprzemyślane historie... Gestem ręki rozdzielam mleczną mgłę, od zachodu płyną chmury dobrej nowiny, trochę jakby na wschód przemykają wstydliwie różowe obłoki myśli... Schodzę nieco niżej, wszystko wydaje się być takie fascynujące, lecz mam wrażenie, że kiedyś już tu byłam. Zrywam dojrzałe czereśnie i soczyste antonówki z drzew, pod którymi przysiadł czas, by odpocząć, trawa szepcze nietuzinkową opowieść zapracowanym mrówkom... Tutaj każda pora przynosi inne rozkosze i przyjemności, wszyscy żyją w zgodzie, co jest niebanalną receptą na szczęście...Nim słońce schowa się za horyzontem, nim noc przygarnie mnie do piersi mam poznać jeszcze jedną tajemnicę... Głos prowadzi mnie do nieruchomego stawu, w którym zobaczyłam siebie, na mojej szyi wisiał mały kluczyk z łańcuszkiem...To on odgrywał główną rolę w całej tej wędrówce, otworzył zamek do mojego serca, dzięki czemu zobaczyłam niewidzialne, usłyszałam bezszelestne, a co najważniejsze uchylił mi bramy do Nieskończonej Krainy Łagodności, którą potocznie nazywamy wsią...

Nie obudziłam się, bo tak naprawdę nie śniłam, to była tylko lekcja uświadomienia wartości, jaką posiadam, wartości, której nie do końca szanowałam... A teraz? Teraz idę na nowo odkryć niedoceniony świat, wstępuję w nieskończoność wieczorów i dni...Wszystko cudne, piękne....Aż się wierzyć nie chce...

 


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
604 wyświetlenia
przysłano: 3 sierpnia 2008 (historia)

tristitia

26 Szczucin
1 tekst


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło