TO. (opowiadanie)

difficulty

To nie choroba ciała lecz duszy. Tak bardzo siebie nie akceptujesz, że chcesz zniszczyć to co nie jest idealne - swoje ciało. To nic, że ono nie jest aż takie złe, widzisz je, chcesz zniszczyć to czego nie umiesz akceptować, więc chcesz by tego ciała było jak najmniej. Chcesz mieć kontrolę. Przyłapujesz się na tym, że nic od ciebie nie zależy. Nie masz kontroli nad miłością, nad swoim wzrostem, długością palców, kształtem ust, więc chcesz mieć kontrolę nad wagą. To takie proste, a jednocześnie takie trudne, bo w tym pędzie do kontroli, tracisz ją, chociaż z zapałem szaleńca chcesz więcej i więcej, twierdząc, że ją masz, że to jedyna rzecz jaka ci się udaje, przestajesz panować nad swoją psychiką i już nic nie jest takie jak było. Zostaje tylko wchodzenie na wagę kilka razy dziennie, obsesyjne mierzenie centymetrem i złość w oczach, że nie możesz dojść do wymarzonej wagi - wagi zero...

To nie jest tak, że ty nie widzisz zmian w swoim ciele. Widzisz. Nie sposób przecież nie zauważyć spadających spodni, braku biustu i wystających żeber. Twoja psychika tego nie akceptuje, nie chce akceptować. Boi się powrócić do dawnego stanu rzeczy tak bardzo, że przestajesz jeść. TO już w tobie siedzi. Siedzi i nie chce wyjść, mimo próśb, gróźb i zgrzytania zębów. Ten głos w twojej głowie, te drwiące uśmieszki pojawiające się znikąd. Czasami nazywasz to żmiją, innym razem – małpą. Głosy czasami są twoich kolegów, może rodziców, albo osób, które przez przypadek jechały z tobą autobusem i rzuciły kąśliwą uwagę. Z każdym kęsem te głosy są coraz głośniejsze...

Chcesz krzyczeć, uciec od tego obłędu, ale jesteś w coraz gorszym położeniu. Jest tak źle, że znowu zaczynasz sobie kłaść do głowy to co kiedyś „to jedynie kontrola”. Kontrola nad nie jedzeniem, nad dochodzeniem do idealności. Myślisz, że dojście do wagi zero, będzie swojego rodzaju tryumfem, orgazmem marzeń. Przestajesz patrzeć na jedzenie, omijasz bary, restauracje jeszcze bardziej niż wcześniej. Nigdzie nie wychodzisz, bojąc się, że twoja tajemnica wyjdzie na jaw.

Płaczesz z bezsilności, bijesz się z własnymi myślami, twoja psychika podpowiada, że ciągle jesteś za gruba. Masz dosyć. Wtedy mdlejesz... I budzisz się w szpitalu, pod kroplówkami i plątaniną tysiąca rurek. Nie będziesz mieć dzieci o których zawsze marzyłaś, twoje ciało jest na skraju wyczerpania, w szpitalu zostaniesz jeszcze bardzo długo. I tylko jedna myśl, jedno pytanie, ciągle to samo „Czy warto? Czy było warto...?”


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
The Madeleine
The Madeleine 7 września 2009, 20:23
Może to nie jest, stylistycznie dopracowane arcydzieło, ale dobrze wiesz, ze włożyłaś w to, wszystko co mogłaś. Mi się podoba, nawet bardzo. Jest takie, szczere i dobitne.
dominika ciechanowicz
dominika ciechanowicz 25 września 2009, 16:27
Ważny temat poruszasz, ale faktycznie można to stylistycznie dopracować. Sporo emocji, czuć że wiesz o czym piszesz, że znasz temat, a to bardzo ważne. Pozdrawiam.
826 wyświetleń
przysłano: 7 września 2009 (historia)

difficulty

27 Łódź
12 tekstów 24 komentarze
Bywam irytująca, kochana, wredna, roztrzepana. Nie lubię samotności.

Inne teksty autora

z pamiętnika zatwardziałej singielki

difficulty, opowiadanie

Mamo...

difficulty, miniatura

Pani Milcia

difficulty, opowiadanie

Do Ciebie

difficulty, opowiadanie

gdyby

difficulty, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło