List (opowiadanie)

Patryk Łukawski

 

Pociąg z piskiem zajechał na peron w mieście R. punktualnie o godzinie dziewiętnastej czterdzieści pięć. Jednostajny, miarowy stukot kół powoli przeszedł w krótki, drażniący uszy zgrzyt, po czym cała ciężka maszyna w końcu stanęła w miejscu, na torze siódmym, przy peronie czwartym.

Natychmiast rozwarły się drzwi wagonów i stłoczona od dłuższego czasu przy wyjściach ciżba runęła na nierówno położone płyty chodnikowe peronu.

Był grudniowy, mroźny wieczór, słońce zaszło już dobre cztery godziny temu spowijając R. w przyjemnym, świątecznym półmroku. Śnieg sypał leniwie przed twarzami szarej, zabieganej masy ludzi. Nie było wiatru.

Przyciśnięty twarzą do chłodnej szyby pociągowego okna spał spokojnie młody pisarz, Piotr Przybylski. Sen jego, był tak twardy, że nie przerwał go nawet pisk hamujących kół, ani gwar jaki towarzyszył wysiadającym z pociągu ludziom. Podróżny spał w najlepsze nawet pomimo przejmującego zimna, które wdarło się do pociągu. Zapewne spał by tak nadal – jego poprzecinana kilkoma zmarszczkami, blada twarz zdradzała ogromne zmęczenie – gdyby nie zauważył go przechodzący przez wagon konduktor.

- Proszę pana! – chwycił go za ramię i lekko nim potrząsnął. – Proszę pana! Proszę się obudzić! To już ostatnia stacja, trzeba wysiadać! – dobudzenie Piotra nie było jednak takie proste jak się mogło konduktorowi wydawać.

W końcu jednak, gdy zniecierpliwiony mężczyzna potrząsnął silniej, z głośnym jękiem Piotr gwałtownie się przebudził. Przez dłuższą chwilę rzucał niespokojnym spojrzeniem swoich orzechowych oczu po całym przedziale, próbując zorientować się w sytuacji. Uspokoił się dopiero po chwili, przetarł zmęczone powieki i zwrócił się do przyglądającego mu się cierpliwie konduktora.

- Bardzo pana przepraszam, musiałem najwyraźniej zaspać i nie zauważyłem nawet stacji. – usprawiedliwiał się cichym, lekko zachrypniętym głosem. Sięgnął do kieszeni surdutu i wyjął jedwabną chusteczkę w którą zakaszlał. – Mówił pan, że w jakim mieście się znajdujemy? – zapytał po chwili.

- R. drogi panie. – widząc, że Piotr szykuje się do wysiadania dodał. – niech pan lepiej sprawdzi, czy niczego panu nie ukradli. Ma pan bardzo mocny sen, a w pociągach różnie to bywa.

Właśnie wtedy spostrzegł się Piotr, że zniknął gdzieś jego kuferek. Wszystko inne było. Kapelusz, palto, okulary, list w kieszeni, oraz jego mała teczka którą podczas snu cały czas przyciskał do piersi. Jedynie kuferka brakowało.

- Chyba ma pan rację. Zginął mój kuferek. – stwierdził Piotr z dziwnym spokojem.

Konduktor wzruszył obojętnie ramionami.

- To się czasem zdarza. – rzucił oschle, po czym nie wiadomo dlaczego obraził się i poszedł, zostawiając Piotra samego.

Na zewnątrz było zimno, więc Piotr postawił wysoko kołnierz płaszcza i szczelnie się nim owinął. Na głowę włożył kapelusz, przykrywając nim swoje nieco dłuższe, popielato czarne włosy, które nosił zaczesane do tyłu.

Rozejrzał się po opustoszałym peronie, po czym sprawdził godzinę. Wybiła dwudziesta, nikt jednak nie wyszedł aby go odebrać. Postanowił przysiąść na chwilę na jednej z ławek. Brak kuferka zanadto mu nie ciążył. Było w nim kilka potarganych ubrań, trochę jedzenia i parę książek. Głównie jednak zapełniały go notatki Piotra, szkice, niedokończone opowiadania i nowele, oraz kilka listów od Lidii. W większości, bezwartościowych pamiątek z czasów gdy jeszcze mieszkał w stolicy i miał z ową panną romans. Rzeczywiście, strata kuferka nie była aż tak ważna, pomyślał pocierając wąs palcem wskazującym. Tych kilka małych drobiazgów nie jest aż tak wielką stratą.

To co bardziej martwiło Piotra to zimno, oraz fakt, że pomimo iż czekał już od dziesięciu minut, nikt się nie zjawił. Postanowił sprawdzić list który miał w kieszeni. Czy może nie omylił terminu. Osiemnasty grudnia, godzina punkt dwudziesta. Tak więc terminu nie pomylił. Coś się w takim razie musiało stać, bo przecież nikt nie zapraszałby go wpierw, by potem zostawić go samego na mrozie, w nieznanym mieście. Chyba, że padł ofiarą żartu, lub pomyłki. Nie było to znowu takie nieprawdopodobne i Piotr zaczął rozważać taką możliwość. Jego dotychczasowe życie obfitowało w dość liczne tego typu nieprzyjemne wypadki i przykre niespodzianki. Bardzo możliwe, że ktoś okrutnie z niego zadrwił. Możliwe nawet, że zrobił to po raz kolejny ten zbir Czarowicki! Możliwe, że był to po prostu sprytny wywód, aby przejąć pod nieobecność Piotra jego interes! Właściwie było to niedorzeczne, westchnął po chwili nad swoimi myślami. Nikt nie dybał na jego majątek, gdyż ten przecież już dawno się skończył, wraz z utratą teatru. Pozostawała więc tylko możliwość, że ktoś się okrutnie omylił, lub po prostu pomimo zaproszenia, uznał go za na tyle mało istotnego, aby z czystym sumieniem pozostawić go samemu sobie. Pisarz westchnął po raz kolejny. To również nie byłby pierwszy taki w jego życiu przypadek.

Z dalszych rozważań wydarło go jednak uczucie dotkliwego zimna. Mężczyzna dopiero teraz zastanowił się nad sensem marźnięcia tu na peronie, skoro w budynku dworca jest zapewne przynajmniej odrobinę cieplej. Wstał z ławki z zamiarem udania się tam natychmiast, na miejscu miał nadzieję znaleźć telefon, który być może pomógłby mu rozwikłać zagadkę pozostawienia go tu samemu sobie. Nie uszedł jednak nawet kilku kroków, gdy drogę zastąpili mu dwaj wysocy mężczyźni, odziani w czarne mundury, ze złotymi guzikami. Byli oni dość postawni, o niemal jednakowych, nijakich, nalanych twarzach, z których patrzyły na niego tępo wodniste, błękitne oczka. Włosy koloru blond, skrywali pod futrzastymi czapkami.

- Dobry wieczór. – powierdział pierwszy. Jak zauważył Piotr miał on ledwie widoczne blizny po osbie w okolicy nosa, nie zdążył jednak odpowiedzieć na jego pozdrowienie funkcjonariuszowi, którym najpewniej był. Temu zresztą, nie bardzo chyba na odpowiedzi zależało i bez żadnej pauzy kontynuował. – Poproszę pańskie dokumenty.

Piotr poczuł jak pot perli mu się na czole, gdy sięgał do teczki po swoją legitymację. Nic złego oczywiście nie zrobił i nie miał najmniejszego powodu do obaw. Zwłaszcza, że rutynowe kontrole dokumentów były obecnie czymś całkiem zwyczajnym. W zasadzie nie było nic niezwykłego w tym, że tutejsi funkcjonariusze równie skrupulatnie co w każdym innym miejscu wykonują swoje obowiązki, czyli legitymują napotkanych obywateli. Takie myśli nie uspokoiły go jednak na tyle, aby nie drżała mu lekko dłoń gdy podawał temu z bliznami po ospie swoją legitymację.

Ten chwycił ją szybkim, niecierpliwym ruchem i właściwie wyrwał Piotrowi z ręki.

- Przybylski Piotr. – mruknął pod nosem. Wodził jeszcze chwilę wzrokiem po jego danych, po czym trzasnął papierami i schował je do swojej kieszeni. – Te dokumenty są nieważne.

- Jak to nieważne? – obruszył się pisarz, który całkiem zapomniał o stresie wywołanym kontrolą.

- Nieważne! No przecież mówię, że nieważne! Pozwolenie na pobyt pan ma?

- Jakie pozwolenie? - zapytał całkiem już osłupiały Piotr.

- Pan pozwoli z nami. – parsknął i nie czekając na reakcję razem z drugim funkcjonariuszem chwycili piotra pod ramię i pociągnęli za sobą.

- Zaraz! Panowie! Dokąd? – protestował Piotr.

Nikt jednak nie zważał na jego krzyki. Draby w mundurach funkcjonariuszy pociągnęły go schodami w dół, do korytarza prowadzącego do głównego holu dworca. Szli na tyle szybko, że otoczenie właściwie jedynie migało zaskoczonemu literatowi, ciągniętemu jak zbój przed sąd, lub może od razu na szafot. Szybko dotarli do biura, które dość nietypowo, było położone w sąsiedztwie miejskiego szaletu.

Pierwszym co rzucało się w oczy były paskudne, odrapane, żółte ściany z których odłaziła farba, oraz dość skromne umeblowanie. Ogromna pajęczyna w rogu widoczna była dopiero po chwili. Prowadzący go fukncjonariusze, rzucili Piotra na krzesło stojące naprzeciw stołu, który miał chyba imitować biurko, ale w żadnym wypadku być nim nie mógł. Za tym stołem siedział niski, barczysty mężczyzna. Kolejny funkcjonariusz, najprawdopodobniej zwierzchnik tych, którzy go tu zaprowadzili, czy należałoby raczej powiedzieć, napadli.

Oficer, zgięty w pół nad jakimś notesem w ogóle nie zwracał na Piotra uwagi. Skrobał w nim ołówkiem i mruczał coś pod wąsem, do nachylonego nad nim funkcjonariusza. Tego samego który zabrał dokumenty pisarzowi. Nawet gdy tamten skończył, oficer wciąż nie podnosił wzroku, zajęty czymś na stole. Przedłużające się milczenie drażniło Piotra, już miał się odezwać, gdy oficer sam na niego spojrzał i zaczął.

- Tak więc złapano pana na nielegalnym przebywaniu w naszym mieście. – jego głos był niski, mówił powoli i dobitnie. Zarzut ten jednak, brzmiał tak absurdalnie, że przyjezdnemu na chwilę odebrało mowę.

- Jak to nielegalnie? Nie rozumiem pana.

- Nie posiada pan dokumentów to po pierwsze. Już samo to wystarcza, aby móc pana zatrzymać. Anonimowi obywatele są w R. bardzo niemile widziani. A sam pan przyzna, że bez dokumentów identyfikacja pańskiej tożsamości jedynie na podstawie danego słowa byłaby czymś absurdalnym, prawda? Co by było gdyby popełnił pan teraz jakieś przestępstwo? Bez tożsamości czy adresu zamieszania jest pan dla nas nieuchwytny niczym duch, przyzna pan? Oczywiście funkcjonariusze publiczni dokładają wszelkich starań, aby możliwie jak najskuteczniej rozwiązywać również problem – od razu zaznaczmy jednostkowy – przestępstw dokonywanych przez tych nielicznych, którzy wbrew rozsądkowi uchylają się od obowiązku rejetracji.

- Ależ ja mam dokumenty! Zabrał mi je bezprawnie jeden z pańskich ludzi po tym jak mnie zatrzymano, czy raczej napadnięto, zważywszy na traktowanie jakiego – w swoim mniemaniu – całkowicie niesłusznie doznałem. Odebrano mi moją legitymację, zadawano absurdalne pytania, o pozwolenie na pobyt, które wydaje mi się jakimś nieśmiesznym żartem, a następnie zaciągnięto tu jak zbója i bandytę!

- Dokumenty które pan przedstawił moim podwładnym są nieważne. – odparł spokojnie oficer. – Nie wystawiono ich u nas.

- Oczywiście, że nie u was! Wystawiono mnie w moim rodzinnym mieście! Czy w tym mieście honorowane są jedynie legitymacje wystawione przez waszych urzędników?

Oficer powoli pochylił się w stronę Piotra, podpierając się rękami o blat stołu. Jego oczy powiększyły się, a głos stał jeszcze cichszy.

- Czy to pana dziwi? Przecież to sprawa całkowicie oczywista i najjaśniejsza pod słońcem! Po co nam dokumenty wystawione w innych urzędach? Przez obcych urzędników? W nieznanych miastach? Tu jest R. a nie inne miasta i mamy tu swoje prawa i swoje dokumenty!

- Rozumiem. – odparł nieco uspokojony Piotr. – Jednak pragnę zwrócić panu uwagę na fakt, że do waszego miasta właśnie przybyłem. Pociągiem który zajechał na stację o godzinie dziewiętnastej czterdzieści pięć.

Oficer spojarzał nań badawczo skubiąc jednocześnie gęsty, czarny wąs. Pisarzowi wydawało się nawet przez chwilę, że w oczach oficera widzi cień niepokoju. Czy on mi nie wierzy? Pomyślał. Patrzy na mnie jak na wariata, a ręką cały czas wodzi w okolicy telefonu. Czyżby chciał gdzieś dzwonić? Może sprawdzić moją prawdomówność? Ale jak! Przecież musiał słyszeć tu w swoim biurze jak pociąg z piskiem zatrzymał się na peronie. A może drzemał? Skoro ja mogłem przespać ten hałas, to dlaczego i on by nie miał? Jego rozmyślania przerwał oficer.

- Nie było żadnego pociągu o godzinie dziewiętnastej czterdzieści pięć. Od siedemnastej nie było żadnego pociągu w ogóle. Mało ich tu przyjeżdża. – wyjaśnił powoli oficer, nie spuszczając badawczego wzroku z Piotra.

- Ależ! Jak to nie było? Przecież ja właśnie tym pociągiem przyjechałem!

- Czy pan się dobrze czuje? – zapytał oficer z nutką troski w głosie.

- Pan mnie ma za wariata? Myśli pan, że zwariowałem? Zaraz pokażę panu bilet! Niech go tylko znajdę! – i zaczął gorączkowo przeszukiwać swoje kieszenie w poszukiwaniu biletu, który jak na złość się gdzieś zawieruszył.

- Czy pan stroi sobie ze mnie żarty? – nachmurzył się oficer. – Czy pan sobie teraz żartuje? Uważa pan całą sytuację za zabawną, a mnie za głupca? Proszę natychmiast przestać przeszukiwać kieszenie!

Z nieznanych sobie powodów Piotr usłuchał i siedział już spokojnie wpatrując się w oficera.

- Tak więc jest pan w R. bez dokumentów. To – mówiąc to rzucił na stół legitymację Piotra – może pan oczywiście zabrać. Tu i tak jest nieważna. Ja natomiast, pomimo pańskiego skandalicznego zachowania potraktuję pana łagodnie. Obejdzie się bez aresztu, czy grzywny. Założę nawet, że faktycznie dopiero przybył pan do naszego miasta, choć oczywiście w żaden pociąg o dziewiętnastej czterdzieści pięć nie uwierzę. Nawiasem mówiąć na przyszłość proszę pamiętać, że to nie zwalnia pana z obowiązku posiadania dokumentów. Każdy podróżny winien załatwić sobie odpowiednie pozwolenie i legitymację jeszcze przed przyjazdem. Moje kompetencje są mocno ograniczone jeżeli chodzi o wydawanie takich dokumentów. Mogę jedynie w specjalnych, ściśle określonych przypadkach wystawić pozwolenie tymczasowe i tymczasową legitymację. Są one ważne przez tydzień. W tym czasie musi się pan zgłosić do kancelarii. Oczywiście nie muszę dodawać, że żadnym specjalnym przypadkiem pan nie jest, jednakże zrobię dziś wyjątek i te dokumenty panu wystawię. Po spisaniu od pana odpowiednich danych oczywiście.

- Ale jeżeli jak pan mówił i nie możecie ufać moim słowom podczas legitymowania, to jak możecie mi zawierzyć na słowo podczas spisywania danych i wystawiania dokumentów? – zauważył przytomnie Piotr.

- Przecież nikt nie będzie panu wierzył na słowo przy legitymowaniu kolejnym. Wszystko co pan powie zostanie wpisane do dokumentów i to na tej podstawie funkcjonariusze będą dochodzić pana tożsamości. Nikt nie podważy prawdziwości tego, co zostało wypisane na dokumencie.

- Ale to wciąż oparte będzie na moim słowie, które nie jest dla was wystarczające.

- Myli pan pojęcia. Teraz jest pan w urzędzie, bo przecież moje biuro też jest swego rodzaju urzędem. Więc musi pan podać danę i pod groźbą kary nie wolno panu kłamać. Danych nie da się uzyskać od pana inaczej niż słownie, lub na piśmie, a po dokumentach wolno pisać jedynie mnie, tak więc musi pan mówić i to mówić prawdę.

- Ale skąd pan ma pewność, że podam prawdziwe dane?

- Ponieważ za podanie nieprawdziwych danych grozi kara. Tak więc nie może pan kłamać.

- A jak zamierza pan sprawdzić prawdziwość podanych przeze mnie danych.

- Będą one prawdziwe, ponieważ jest pan w urzędzie i nie wolno panu kłamać. W stosownym czasie zostaną one oczywiście sprawdzone przez wyższych urzędników, ale to jedynie formalność, gdyż w sprawach urzędowych kłamać nie wolno. Czy mogę już przejść do pytań?

- Dobrze. – zgodził się w końcu zrezygnowany Piotr.

- Pańskie imię?

- Przecież było napisane w mojej legitymacji. Może pan sprawdzić. – tu wskazał na swoją legitymację która wciąż leżała na stole.

- Znowu pan zaczyna? Mówiłem już, że ta legitymacja jest nieważna. Proszę podać swoje imię zanim stracę cierpliwość.

- Daniel. – odparł Piotr przekornie. Jednak oficer nawet nie drgnął. Nie mrugnął okiem. Po prostu zapisał.

- Nazwisko?

- Dynius. – brnął dalej w kłamstwo.

- Zawód?

- Pisarz. – odpowiedział tym razem zgodnie z prawdą.

- Data urodzenia?

- Dwudziesty pierwszy października, 19.. roku. – znów zgodnie z prawdą.

- Imię ojca?

- Ja... – tu Piotr się na chwilę zająknął. – ja nie mam ojca. To znaczy nigdy nie miałem. To znaczy...

- Ojciec nieznany. – zapisał oficer nie czekając na dalsze wyjaśnienia. – tak więc zawód ojca pomijamy.

- Imię matki?

- Maria. – mówił już prawdę Piotr, któremu było to już wszystko jedno.

- Zawód matki?

- Mama nie żyje. Zmarła przy porodzie.

- Zawód brak. – zanotował. – Co pan robi w R. ?

- Przyjechałem na zaproszenie pana Karola Kubiaka. Mam tu gdzieś nawet list od niego. O proszę! – wyciągnął z kieszeni list. Jednak oficer nie zwrócił na niego uwagi, a jedynie dalej notował.

- Przyjechał na zaproszenie przyjaciela. Dobrze, proszę to obejrzeć i powiedzieć czy się zgadza? – podał mu kartkę wyrwaną ze swojego notesu.

- Nie zgadza się imię i nazwisko.

- Jak to? Przecież pisałem tak jak pan podawał.

- Nie, tu jest napisane Daniel Dynius. A ja nazywam się Piotr Przybylski.

- Co? Niesłychane, ale ma pan rację! Już poprawiam, nie wiem o czym ja myślałem podczas pisania. – i ku zdziwieniu Piotra po prostu skreślił poprzednie i wpisał nowe, w ogóle nie orientując się, że został oszukany. Dwa razy.

- Proszę oto pańskie dokumenty! – i ku zdziwnieniu literata, podał mu kartkę z notesu, po której przed chwilą pisał. – od tej chwili musi je pan mieć cały czas przy sobie. Nie wolno panu ich zgubić. W ciągu tygodnia proszę się zgłosić do naszej kancelarii, która mieści się w ratuszu miejskim przy ulicy Pokoju 1.

Ogłupiały z tego wszystkiego chciał już nałożyć kapelusz na swoje popielato czarne włosy i pożegnawszy się wyjść. Wzrok jego jednak padł na aparat telefoniczny stojący na biurku.

- Czy mógłbym wykonać jeden telefon?

Oficer przyzwalająco kiwnął głową, więc Piotr szybko wydobył z kieszeni list i wybrał w aparacie numer, który na wszelki wypadek podał mu pan Kubiak. Czekając na połączenie, zaczął się Piotr zastanawiać, czy aby jego gospodarz nie przewidział takiego obrotu spraw, lub wprost nie postanowił, że zwyczajnie nie odbierze go z dworca. Czekał dłuższą chwilę, jednak po drugiej stronie słuchawki nikt się nie odzywał. Postanowił spróbować jeszcze raz i ponownie wykręcił numer. Teraz już na prawdę zastanawiał się czy nie padł ofiarą jakiegoś paskudnego żartu. Po raz kolejny nikt nie odpowiedział. Przed trzecią próbą powstrzymał go zniecierpliwiony wzrok oficera. Pożegnał się więc i grzecznie dziękując opuścił biuro.

Znalazł się w brudnym i wilgotnym holu głównym dworca. Było tu nieco cieplej niż na peronie, ale niewiele. Przechodząc pomiędzy budkami w których sprzedawano jedzenie, gazety i inne drobiazgi, mijając kasy dotarł w końcu Piotr do drzwi głównych dworca. Skoro nikt nie odbierał telefonu, postanowił sam udać się do mieszkania redaktora. Po raz kolejny tego dnia rzucił okiem na swój cenny list. Zdziwił się znów, że zawierał tak wiele danych, które – gdyby wszystko poszło jak należy – były mu całkowicie zbędne. Zastanawiało go też, dlaczego nie wpadł na to wcześniej. Powinno mu się to wydać podejrzane już dawno. Zwłaszcza, że list czytał wielokrotnie. Jedynym wytłumaczeniem było osłabienie czujności przez emocje. Podekscytowanie nową pracą, nowym miejscem zamieszkania i wreszcie nowym życiem musiało całkowicie przesłonić mu zdrowy pogląd na tę sprawę. Zaczął teraz żałować, że odpowiedział na zaproszenie, choć tak na prawdę nie zostawił za sobą nic. Jedyne co mu pozostało to udać się do mieszkania owego redaktora i całą sprawę wyjaśnić. Ponieważ wrócić, oczywiście nie mógł. Nie było dla niego żadnego odwrotu. To zmotywowało go, pozwoliło zebrać siły potrzebne do kontynuowania tej sparwy. Obiecał sobie jednak Piotr, że od tej pory będzie bardziej czujny i ostrożny.

Opuszczając dworzec udał się Piotr – choć sam nie mógł wiedzieć dlaczego. – prosto przed siebie. Wszedł w wąską uliczę, postukując butami o kocie łby. Minął fontannę, a za nią sklepiki, restaurację, dwie piwiarnie i posterunek policji. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie udać się tam, aby złożyć zawiadomienie o krazieży swojego kuferka. Poniechał tego jednak. Wyciągnął z kieszeni chustkę i zakaszlał w nią, a następnie ruszył dalej ulicą. Docierając do skrzyżowania uświadomił sobie, że właściwie nie zna miasta, tak więc pewnikiem zabłądzi. Zastanawiał się, czy nie prościej byłoby dojechać spod dworca tramwajem. Zwłaszcza, że nawet to w liście zostało mu zasugerowane. Na wypadek gdyby coś poszło nie tak.

Uznał jednak, że nie warto tracić pieniędzy, zwłaszcza, że kradzież kuferka na pewno w jakiś sposób odbije się na jego kieszeni. Zamiast tego postanowił pytać przechodniów o drogę. Ci jednak – nieliczni wieczorową porą – zdawali się go w ogóle nie dostrzegać. Zajęci własnymi sprawami, lub wręcz uciekali na jego widok. Wydało się to Piotrowi bardzo osobliwe. W końcu jednak, gdy już zamierzał się poddać, udało mu się natrafić na plan miasta, rozrysowany na sporej rozmiarów, podświetlonej tablicy informacyjnej. Poszukiwana ulica okazała się znajdować całkiem niedaleko. Czekał go, jak obliczył pół godzinny spacer. Jeszcze raz rozważał pojechanie tramwajem. Oszczędzność jednak zwyciężyła i ruszył szparkim krokiem przed siebie.

Wkrótce dotarł do rynku. Minął pozamykane o tej porze warzywniaki, następnie przeszedł pod wiaduktem i mając go cały czas w zasięgu wzroku szedł ulicą wzdłóż jego lewej strony. Gdy dotarł w ten sposób do ratusza, skręcił w lewo. W wybrukowaną, wąską uliczkę, której środkiem biegły szyny tramwajowe. Na ulicy tej znajdowało się wiele kawiarni, restauracji, sklepów, gdzieś pomiędzy nimi dostrzegł nawet kino. Całkiem miła okolica pomyślał i skręcił ponownie w lewo. Kamienica której szukał okazała się być tuż za rogiem ulicy Pokoju i Dworcowej. Ostrożnie, cicho wszedł do sieni. Według listu musiał się udać na drugie piętro. Na schodach jednak, ktoś silnym uderzeniem powalił go na ziemię. Kapelusz spadł mu z głowy, teczka wypadła z rąk, a sam Piotr runął jak długi twarzą na schody. Zdążył się jedynie obrócić na plecy, by ujrzeć swego oprawcę. Który zacisnął mu ręcę na gardle. Jak pies pomyślał jeszcze nim utonął w ciemności.

 

*

 

 

 

 

Piotr Przybylski z wrzaskiem ocknął się na ławce dworca kolejowego miasta R. Rozejrzał się wokół siebie nerwowo, pomacał po szyi. Gdy stwierdził, że wszystko jest w porządku sprawdził czy ma swoje rzeczy. Kapelusz na głowie, teczka nienaruszona pod nogami, dokumenty są, tylko listu brakowało. Jego cennego listu! Zaczął gorączkowo jeszcze raz przeszukiwać swoje kieszenie. Dopiero głos siedzącego obok niego jegomościa sprawił, że przerwał.

 

 

 

- Nie znajdzie pan. Przepadł. W tym mieście nic cennego się nie uchowa. – Obok Piotra siedział starszy jegomość. W eleganckim, szarym garniturze i bereciku. W rękach trzymał laskę – nic dziwnego, w jego wieku wielu mężczyzn potrzebuje takiej podpory – wyglądała jednak dość osobliwie. Mianowicie jej czarna rączka wyobrażała pudla. Młody literat spojrzał w oczy swojego rozmówcy i przeraził się ich. Jedno było bezdennie czarne, jak najczarniejsza noc, drugie zaś, zielone. W tym z kolei tkwiła iskierka obłędu. Czując widać niezręczność z powodu przedłużającej się chwili ciszy odezwał się ponownie.

 

- To nie jest bezpieczne miasto. Myślę, że już się pan przekonał o jego uroku. Następnym razem proszę nie oszczędzać i wziąć tramwaj. Tak będzie lepiej. – po czym wstał. Poprawił berecik i podając Piotrowi swoją wizytówkę dodał – gdyby pan czegoś potrzebował proszę się ze mną skontaktować.

       Pożegnał się i ruszył w swoją stronę. Piotr spojrzał na podarowaną mu wizytówkę. Nie zdążył jednak przeczytać nazwiska, gdyż wiatr, który nagle się zerwał, wytrącił mu ją z dłoni i poniósł gdzieś daleko. Zapamiętał jedynie, że nazwisko zaczynało się na literę „W”.


niczego sobie 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Figa
Figa 8 czerwca 2010, 19:35
nie zaciekawiłeś mnie Patryku, może to dla tego, że nie gustuję w takich historiach.
w ostatnim akapicie, zaczynasz dwa razy zdanie od "po czym", co się trochę gryzie. popraw to. Co do reszty gramatycznej to chyba nie mam zastrzeżeń...
dominika ciechanowicz
dominika ciechanowicz 18 czerwca 2010, 15:12
Mnie też nie zaciekawiłeś. I ten zapis męczy. Dlatego prawie nikt tego nie czyta. Trzeba by podzielić na paragrafy, czcionkę zwiększyć - kosmetyczne sprawy. Do interpunkcji też mam trochę zastrzeżeń.
736 wyświetleń
przysłano: 26 maja 2010 (historia)

Patryk Łukawski

33 Katowice
2 teksty

Inne teksty autora

Czarny Gąszcz

Piotr Przybylski, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło