Literatura

Srebrny pierścionek (opowiadanie)

A Zet

 

 

– ...Już półtorej godziny siedzi w łazience i nie zapowiada się na to, żeby dzisiaj w ogóle z niej wyszła – powiedział Marek, narzeczony Marty, zapowiadając telefonicznie ich wizytę mamie.
Poczuł dotyk dłoni na ramieniu.
– Nic jej nie mówmy, kochanie – Marta cicho szepnęła mu do ucha.
– Słuchaj, mamo… – rozważał propozycję narzeczonej. – Będziemy za jakieś cztery godziny – pożegnał się, przekazując pozdrowienia, odłożył słuchawkę i spojrzał na zadowoloną Martę.
– Jak tylko dojedziemy pokażę jej ten piękny srebrny pierścionek. Na pewno szybko się domyśli. Będzie fajnie! – entuzjazmowała się przed wyjazdem, susząc ręcznikiem włosy po straszliwie długiej wizycie w łazience. Wracając do niej przystanęła, włosy związała w kucyk, odwróciła się w stronę Marka i powiedziała zgryźliwie:
– A po powrocie kupisz mi suszarkę, skarbie. Chyba jeszcze tylko ja nie mam tego znakomitego wynalazku…
– Oczywiście, kochanie, jeżeli tylko zostanie mi trochę pieniędzy po zapłaceniu rachunku za wodę, którą właśnie zużyłaś. Ale powiedzmy, że już możesz się zastanawiać, ile razy w ciągu dnia będziesz suszyć sobie włosy – odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
Obydwoje cieszyli się z tego, że już nie tylko będą ze sobą mieszkać, ale za jakieś osiem miesięcy jego matka, a jej przyszła teściowa, będzie mogła z dumą nazywać się sześćdziesięcioletnią babcią. Marta jednak, odwieszając ręcznik na łazienkowy hak, zdała sobie sprawę z tego, że ich dziecko będzie miało tylko jedną babcię, bowiem rodziców straciła kila lat temu w katastrofie lotniczej.
Na to wspomnienie nogi ugięły się pod jej ciałem, poczuła się słabo. Usiadła na muszli klozetowej i zakryła twarz dłońmi.
Mamo, tato… tak bardzo was kocham. Opiekujcie się waszym wnuczkiem z góry…
Kilka łez spłynęło jej po policzku, kiedy wyobraziła sobie słowa matki, nakazujące jej wziąć się w garść.
Nie płacz, kochanie. Czuwamy nad tobą i twoim dzieckiem. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.
Otarła łzy, przeglądnęła się w lustrze – wcale nie ostatni raz – i poszła do pokoju, gdzie stała ogromna trzydrzwiowa szafa. Otworzyła ją. Ogarnęła wzrokiem wszystkie ubrania, skupiając się głównie na krótkich spódniczkach i obcisłych bluzeczkach. W ciągu kilkunastu sekund wybrała odpowiednie ciuchy i szybko się ubrała.
Przeszła do kuchni, gdzie czekał już na nią Marek.
– Chcesz kawy? – zapytał szybko.
– Yhy… – burknęła pod nosem, siadając przy stole. – Z trzech łyżeczek. Koniecznie czubatych – dodała dla jasności.
– Nie, tym razem zrobię ci kawę z dwóch i pół… – zauważył grymas na jej twarzy, który pogłębił się z chwilą dodania: – …płaskich, oczywiście.
Po chwili oczekiwania czajnik głośnym gwizdem dał znać, że woda się zagotowała. Marcie od razu polepszył się humor, kiedy poczuła zapach kawy.
Kawa z dwóch i pół płaskich łyżeczek.
Postawił kubki z gorącym napojem na stole i kątem oka zobaczył strój narzeczonej. Usiadł, zasiorbał kilka razy i zapytał:
– Nie uważasz, że ta spódniczka jest za krótka?
– Za krótka? – zdziwiła się. – To jedna z najdłuższych, jakie posiadam.
– Więc muszę kupić ci kilka dłuższych.
– To chyba zbędne – powiedziała zgryźliwie. – Za kilka tygodni trzeba będzie myśleć o ubraniach ciążowych.
– No tak, zapomniałem.
– Zapomniałeś… – zdumiona pokiwała głową.
Temat ciąży przypomniał mu jego ojca, który zmarł trzy lata temu w wypadku samochodowym.
Kiedy Marek skończył siedemnaście lat, ojciec oznajmił mu w tajemnicy przed matką, że jeśli nawet jutro usłyszy, że za dziewięć miesięcy będzie mógł nazywać się dziadkiem, to wcale nie będzie na niego zły. Wręcz przeciwnie! Jeżeli dobrze pamięta jego słowa, brzmiały one mniej więcej tak: „Synu, masz siedemnaście lat. Jesteś już prawie dorosłym dzieckiem, a po co mi takie? Wolałbym opiekować się nieco młodszym, że tak powiem, bobaskiem.” Po tych słowach poczuł, jak ojciec wkłada mu coś do kieszeni. Kiedy się oddalił, ten włożył do niej rękę i wyjął plastikowe opakowanie w kształcie kwadratu. Wiedział co to takiego, o prezerwatywach czytał w podręcznikach szkolnych. Zastanawiał się, po co ojciec dał mu taką rzecz.
Ale wszystko stało się jasne, kiedy zauważył małą dziurkę, zrobioną na wylot czymś w rodzaju szpilki, czy igły.
Na to wspominanie zaśmiał się głośno.
– Z czego się śmiejesz? – zapytała.
– Przypomniała mi się rozmowa z ojcem, podczas której dał mi dziurawą prezerwatywę.
– Ach, tak… Faktycznie, zabawna sytuacja. Chyba jeden ojciec na milion daje synowi taki prezent – zaśmiali się razem.
Dopili kawę, rozmawiając o jego ojcu i wyruszyli w długą drogę. Do pokonania mieli ponad dwieście kilometrów. Jechali starym fiatem 126p, przez co droga nie była zbyt przyjemna. Temperatura powietrza dochodziła do trzydziestu trzech stopni w cieniu, a wilgotność z każdą chwilą rosła, więc komfort obniżało jeszcze uczucie parności.
Marta ucieszyła się, kiedy zauważyła zbliżający się z zachodu wał ciemnych chmur. Miała nadzieję, że nadchodzący deszcz pozwoli odetchnąć nieco chłodniejszym powietrzem. Niecałe dwadzieścia minut później chmury pokryły całe niebo i pojawiła się mżawka, w kilkanaście minut przechodząc w gęste strumienie deszczu.
– Stanąłbym na poboczu… – powiedział Marek, jakby tłumaczył brak reakcji na deszcz – …ale wszyscy inni jadą dalej. – Po chwili dodał z rozczarowaniem: – Nikt się nie zatrzymuje.
– No to zatrzymaj się na poboczu, nie patrz na innych. Przecież widzisz, że wycieraczki nie zgarniają deszczu z szyby.
Nie posłuchał.
Marcie wydawało się, że słyszy uderzenie każdej pojedynczej kropli deszczu, podczas gdy w odstępie sekundy na powierzchnię samochodu spadało miliony takich kropel. Marek robił się coraz bardziej nerwowy, widoczność spadała z każdą chwilą. Zrobiło się ciemno, jakby słońce zostało wygonione za horyzont, zmuszone do odstąpienia miejsca czarnym chmurom.
Kilkanaście minut później wjechali w bardzo rzadko uczęszczaną drogę. Ulica była pusta. Nagle, kiedy wchodzili w zakręt z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, w przydrożne drzewo uderzył piorun. Odłamki drewna uderzyły w małego fiata, tłukąc boczną szybę, jednocześnie raniąc Martę w prawe ramię i twarz. Jęknęła z bólu. Marek puścił kierownicę, kiedy oberwał w dłoń odłamkiem szkła. Samochód od razu wpadł w poślizg, odbijając się od leżącego na ich pasie ruchu konara, który jeszcze kilka sekund wcześniej był częścią ogromnej topoli. Samochód zatrzymał się na wznak na środku sąsiedniego pasa ruchu.
Oszołomiony Marek spojrzał przez lewe ramię. Zauważył szybko zbliżające się w ich stronę dwa białe światła o szerokim rozstawie. Spokojnie spojrzał na narzeczoną. Ona, podnosząc głowę i obracając ją w stronę narzeczonego, zaczęła wydawać z siebie piskliwy krzyk.
Marek, zgadzając się na śmierć wyłączył silnik, przekręcając kluczyk w stacyjce w akompaniamencie krzyku swojej niedoszłej żony i matki ich nigdy nienarodzonych dzieci.

 

* * *

 

Idzie środkiem ulicy. Ubrana jest w krótką spódniczkę i obcisłą bluzkę na ramiączkach, a jej stopy okrywają skąpe japonki. Z tyłu jej głowy zwisa kucyk, który jeszcze trzydzieści minut temu świetnie się prezentował. Pamięta, ile czasu spędziła przed lustrem, żeby ułożyć włosy dokładnie tak, jak zalecił jej specjalista, u którego za wizytę zapłaciła ponad czterysta złotych. A teraz? Teraz jej włosy nasiąknięte są deszczem, który leje się z nieba gęstym strumieniem. Bluzka klei się jej do ciała, a dżinsowa spódniczka sprawia wrażenie mniejszej o dwa rozmiary.
Na jej twarzy widoczne są rany powstałe jakby od otarcia odłamków szkła. Zatrzymuje się w głębokiej kałuży, woda zakrywa jej stopy po same kostki. Rozgląda się wokoło. Nie przeraża jej rozbity przez ogromną ciężarówkę i przesunięty o ponad sto metrów mały samochód. Nie przeraża jej nawet widok zmasakrowanych ciał siedzących z przodu pojazdu, teraz jakby spoczywających wygodnie na tylnej kanapie.
Nagle zauważa obcą kobietę, która sięga rękoma do samochodu. Kiedy je cofa, pojawia się na nich malutkie dziecko, jakby nowo narodzone. Kobieta przytula je, uśmiechając się radośnie. Potem patrzy na nią i kiwa głową, jakby mówiła „do zobaczenia”. Następnie spogląda w niebo i… unosi się powoli ku górze. Po kilkunastu sekundach oboje nikną w oślepiającej poświacie, która również po chwili zanika, jakby udając się za kobietą i dzieckiem.
Rozgląda się wokoło jeszcze raz. Zauważa mężczyznę, który idzie powoli w jej kierunku. Ona stoi i obserwuje z obojętnością jego zachowanie. Mężczyzna podchodzi, dotyka jej policzka zranioną dłonią, po czym całując czoło żegna się skinieniem głowy, unosząc się powoli ku górze, podobnie jak jego poprzedniczka.
Po chwili dociera do niej, że ów kobieta była jej matką, która zabrała jej nienarodzone dziecko do lepszego świata ciągle żywych istot.
A mężczyzna, który uprzejmie skinął głową?
To… Ty? To naprawdę ty?
Poczekaj na mnie, skarbie…

Właśnie teraz, kiedy czuje radość, jej nogi stają się lżejsze. Zaraz potem ma wrażenie, jakby grawitacja znikła na zawsze, jak gdyby w ogóle nie istniała…
Spojrzała na stopy i spostrzegła, że unosi się nad ziemią nie musząc wcale utrzymywać równowagi.
Nareszcie się spotkamy! Nareszcie będziemy wszyscy razem…
Jej serce ogarnia silne uczucie radości, wyciskając z jej oczu pierwsze nieludzkie łzy, które wcale nie opadają na ziemię...
One po prostu znikają.
 


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Olivia B.
Olivia B. 7 listopada 2010, 01:44
Masz jeden bardzo poważny problem z interpunkcją!
Nie oddzielasz imiesłowów od czasownika.

burknęła pod nosem siadając przy stole - np tu. Przecinek przed ''siadając''.
Przejrzyj cały tekst pod tym kątem i spróbuj samodzielnie wprowadzić poprawki. Jeśli się nie uda, pomogę. :)


Zakończenie mnie rozczarowało. Strasznie ckliwe...
A Zet
A Zet 7 listopada 2010, 09:48
Przejrzałem, poprawiłem, mam tylko nadzieję, że powstawiałem teraz przecinków ta, gdzie nie wolno (: Ciekawe co z tego wyszło, już się boję... (:

Miło być ckliwe... Szkoda, że rozczarowało...
A Zet
A Zet 7 listopada 2010, 09:49
Przejrzałem, poprawiłem, mam tylko nadzieję, że nie powstawiałem teraz przecinków tam, gdzie nie wolno (: Ciekawe co z tego wyszło, już się boję... (:

Miło być ckliwe... Szkoda, że rozczarowało...
Olivia B.
Olivia B. 7 listopada 2010, 10:28
Nie łam się! Może ja po prostu mam zbyt wysokie wymagania. :)

Interpunkcja teraz OK. :)
A Zet
A Zet 7 listopada 2010, 11:13
Dziękuję (:
przysłano: 6 listopada 2010 (historia)

Inne teksty autora

i Szklanka
A Zet
Wentylator
A Zet
Dom zły
A Zet
Płaczka
A Zet
Waldziu
A Zet
Kosiara
A Zet
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca