opel signum (opowiadanie)

Michał Warchoł

Znaleźliśmy go niedaleko, jedyne 25 mil, kilka niedużych rond, kilka skrzyżowań. Tylko raz zmyliliśmy drogę, ale i tak okazało się, że jesteśmy niedaleko. On stał za stacją Jeta, po przeciwnej stronie ulicy. Czarny, duży, z wysuniętym tyłkiem, na którego obu pośladkach przymocowane były imponujących rozmiarów klosze świateł.
Właściciel komisu zdawał się być kolesiem, który tylko w przerwie pomiędzy jednym piwem a drugim zajmuje się sprzedażą samochodów. Ku mojemu zadowoleniu mówił całkiem wyraźnie.
– To dobre auto, 2005 rocznik, 80000 mil przejechane, diesel, mot na cały rok, mogę dorzucić tax na pół roku.
Samochód faktycznie prezentował się imponująco. W zasadzie ciężko było znaleźć coś godnego ponarzekania poza tym, że był okropnie...brudny.

 

– Nie może być, na pewno wozili nim trupy.

– Eee.., nie żartuj.
– Na pewno, jacyś martwi nieszczęśnicy, może z Doncaster, a może z innego miasta, tak brudna może być tylko śmierć.
Paula nie dawała za wygraną. Teoria śmierci była niezwykle zabawna i myślę, że tego potrzebowaliśmy, by nieco rozluzować atmosferę, jaka towarzyszy kupnie samochodu za 3 tysiące funtów. Nadszedł czas, aby rozpocząć negocjacje, twarde, bezlitosne, w oparciu o suche argumenty. Staliśmy się bezwzględni. Do ataku chciał ruszyć Adam, ale chyba zabrakło mu amunicji. Za mało słów po angielsku. Spróbowałem ja.
– Jakaś obniżka, szefie, za ten brud. No i radio nie działa.
– Nie działa?
Sympatyczny Anglik, którego określiłem szefem, choć na szefa nie wyglądał, wparował do środka Opla Signum i rozpoczął proces uruchamiania radia. W zasadzie myślałem, że on wie gdzie jest przycisk power a to, że wciska wszystko po kolei, to jakaś najnowsza strategia marketingu, aczkolwiek nie potrafiłem określić celowości tegoż typu marketingu i po chwili doszedłem do wniosku, że Anglik jest w lesie, z którego nie wie jak wyjść; po prostu zagubione dziecko w gąszczu przycisków wysokiej klasy radia.
– To pewnie bezpiecznik.
Oczywiście, to na pewno bezpiecznik, jak cholera poczuliśmy się usatysfakcjonowani tak bardzo konkretną odpowiedzią.
– Nie wyobrażam sobie jeździć bez radia - powiedziała Paula
– Ja też – powiedział Adam.

– Ja też – powiedziałem Ja.

– Ja też – powiedział mechanik stojący obok z kluczem francuskim w reku.
– Ja też – powtórzyło echo.
A czy pan, panie sympatyczny Angliku, wyobraża sobie jeździć bez radia? A czy wy, drodzy czytelnicy, wyobrażacie sobie jeździć bez radia? Oczywiście że nie, nawet nie próbujcie, bo a nuż dojdziecie do wniosku, że jednak Boską intencją było obdarować was niezwykłą wyobraźnią i jesteście w stanie wzbudzić w sobie wyobrażenie niedziałającego radia w działającym samochodzie. Nie radzę tego czynić, jako że przekonacie się szybko, jak to jest stać w korku i słuchać wrzeszczącej myśli „potrafię wyobrazić sobie jazdę bez radia!”


– Radio musi być naprawione. – Adaś był prawie agresywny, taki duży i wspaniały, niczym wściekły byk, wytoczył w stronę Anglika wspaniale brzmiące angielskie zdanie.
– To musi być bezpiecznik.
– To już wiemy.
– To na pewno musi być bezpiecznik... – sympatyczny Anglik szedł w stronę biura, mrucząc pod nosem.


Weszliśmy do biura. Prezentowało się niezwykle „okazale”. Po pierwsze, na moment przeniosłem się do dzieciństwa, do moich rodziców na podwórze. Koło stodoły stał kurnik, a w nim kury – część była żywa, część martwa, ale wciąż przebywały w jednym pomieszczeniu będąc źródłem rozkosznego aromatu, coś na kształt wiejskiego Diora. Oczywiście śmierdziało tam jak cholera i w tym „biurze” śmierdziało podobnie. Po drugie, po przeciwległej stronie biurka siedział drugi Anglik odziany w waciak jakby dopiero wrócił z orania pola półżywą chabetą, smagając ją batem, przeklinając przy tym siarczyście jak na rasowego farmera przystało i raz na jakiś czas potykając się o jednoskibowy pług. Dużo jednak zabawniej prezentował się na palcu lewej ręki pokaźny pierścień. Niechybnie wyorał go z ziemi, oczyścił z gleby klasy czwartej i wcisnął na paluch, urastając w dumę kilka centymetrów. Patrzyłem na ten pierścień i myślałem o biednych Nazgulach, których głupie, czarne twarze wypatrywały pierścienia, aby przy jego pomocy móc powrócić do dawnej świetności i władzy. Myślałem o Frodo i całej reszcie debili z sagi o władcy pierścieni, którzy uganiali się za pierścieniem jakby nie mógł on pozostać na rolniczym paluchu sprzedawcy używanych samochodów komisu w Wakefield. Oczywiście, drogi czytelniku, tamtym z sagi chodziło zapewne o jakiś inny pierścień, ale z drugiej strony....życie potrafi zaskakiwać, więc teraz strzeliłem zawiechę i wyobraziłem sobie jak jeden z Nazguli wyważa kopytem swojego demonicznego konia (myślę, że zrobiłby by to bez trudu) kartonowe drzwi superbiura i demonicznym mieczem odcina rolniczy, uśmiechnięty łeb Waciakowca i tym samym uniemożliwia nam sfinalizowanie transakcji zakupu czarnego Opla Signum. No właśnie, on nam jest potrzebny. Szybko wyprosiłem z głowy wyobrażenie dekapitacji ludzkiej głowy i skupiłem się na tej najbardziej konkretnej rzeczywistości.


– A więc tak, chcemy sto funtów zniżki, umyjecie samochód i naprawicie radio.
– Dobrze. – Anglik kolejny raz udowodnił, że z sympatią jest za pan brat.
– Domyślam się, że chcecie jakiś depozyt, jaka suma was usatysfakcjonuje?
– Dwieście funtów..
– W porządku, to mamy dil. Tak przy okazji, czemu tu tak śmierdzi?
– Tu był kiedyś kurnik...
– Aha.
Z superbiura wyszedł sympatyczny Anglik, wyszła też Paula wybrać pieniądze z bankomatu. W superbiurze pozostali: Ja, czyli narrator, Adam i Farmer. Ten ostatni nie za bardzo rozumiał znaczenie wydarzeń sprzed kilku sekund, będąc bardziej ścisłym – nie za bardzo rozumiał czemu właśnie takie osoby wyszły, a takie zostały. Jego twarz zmieniła się w jeden wielki pytajnik.
– Ona poszła wypłacić pieniądze do bankomatu znajdującego się na stacji benzynowej po przeciwległej stronie ulicy.
– Aha, aha...
W superbiurze nastała cisza. Trochę patrzyliśmy na siebie, trochę na ściany, trochę się uśmiechaliśmy aż w końcu wpadłem na pomysł jak przerwać ciszę.
– Macie zapasowy kluczyk?
– Co ?
– Zapasowy kluczyk, spare key.
– Aaa, farmer ręką udekorowaną pierścieniem sięgnął po foliową teczkę leżącą na biurku. Wysypał wszystkie kluczyki i grzebał w nich pół minuty, ale najwyraźniej nie znalazł tego odpowiedniego. Chwilę potrwał w niepewności, po czym jego uwagę przyciągnęło coś na ścianie, wiszące nad głową Adama. Była to biała, niedużych rozmiarów skrzynka powleczona pajęczyną.
– Sięgnij tam ręką. – Mówił do Adama, a on nie mówił nic, tylko stał zdezorientowany. Ja też nie potrafiłem od razu zrozumieć, po jaką cholerę sięgać ręką na wierzch białej, zapajęczonej skrzynki.
– No, sięgnij tam, ty jesteś taki ogromny. – Adam wyciągnął rękę i na wierzchu skrzynki wymacał coś, co okazało się kluczykiem. Tym właściwym kluczykiem. Farmer w waciaku uradował się niezmiernie.
– No proszę, jest, mówiłem, że to wspaniały samochód.
Zaiste, dziwne to było miejsce do przechowywania kluczyków, ciężko by się było domyślić, ciężko by było zgadnąć. Farmer mamrotał jakieś wyjaśnienie, ale nie słuchaliśmy go. Paula przyniosła pieniądze, farmer przeliczył i wynieśliśmy się stamtąd. Samochód miał być do odebrania następnego dnia. Ruszyliśmy do Doncaster. Zapadał zmrok.

Szybko minęło 9 godzin nocy, 8 godzin dnia i oto znowu jechaliśmy pięknym mondeo do Wakefield.

Samochód stał w dużej hali. Lśnił niczym wypucowana twarz mojej współlokatorki. Wyglądał naprawdę wspaniale, radio działało. Sympatyczny Anglik przeliczył pieniądze, dokonaliśmy wymiany dokumentów i po pięciu minutach Adaś siedział w pięknym Signum gotowy dojechać nim aż pod sam w dom w baśniowej wsi South Elmsall. Tymczasem nie dojechał nawet pod dystrybutor stacji paliw po drugiej stronie ulicy. Samochód gasł niczym płomień świecy w trakcie amerykańskiego tornado – nagle, bez żadnego wahania. Opel Signum, mimo że taki piękny – o niebo piękniejszy niż ohydny Nissan Micra z roku 80 – ten, którym moi znajomi potrafią dojechać do pracy, mimo że taki piękny i dostojny nie potrafił ruszyć z miejsca. Po chwili zjawił się sympatyczny, tym razem również zatroskany Anglik. Och, gdyby zatroskane miny potrafiły rozwiązywać problemy niejeżdżących samochodów. Szef superbiura próbował różnych manewrów. Gazował, wrzucał biegi, wytrzeszczał oczy, pomyślałem, że może zaklaszcze w dłonie, ale tak jak poprzednio, w przypadku niedziałającego radia, nie miał zielonego pojęcia, co jest grane. W końcu udało mu się podjechać do dystrybutora znajdującego się tuż przy komisie. Może signum po prostu gaśnie z pragnienia. Niejeden już z gasł z pragnienia. Co prawda żył kiedyś taki twardziel co 40 dni i nocy wytrzymał bez wody na pustyni, ale on skończył marnie na krzyżu (z drugiej strony, czy można dobrze skończyć na krzyżu?). Sympatyczny, zatroskany Anglik skończył wlewać ropę, podgazował nieco opla i... zniknął za rogiem. Razem z samochodem pojechali gdzieś poszukać rozwiązania, a my zastanawialiśmy się co dalej. Może zażądać zwrotu pieniędzy? A może zadzwonić do radia i zamówić piosenkę Stonesów? Czekaliśmy. Po chwili zjawili się, piękne Signum i sympatyczny Anglik. Zaparkował tuż przy nas i poszedł do biura. Po kilku minutach zjawił się z kolesiem o intensywnie czerwonej gębie. Coś gadali do siebie, ten czerwony był tu chyba po to, aby odegrać rolę nieco bardziej zorientowanego. Kiwał z powagą głową, rozglądał się po samochodzie, jakby chciał znaleźć w środku kogoś, kto jest odpowiedzialny za ten cały bajzel.


– Samochód długo stał bez odpalania, paliwo musi przedostać się przez układ paliwowy do silnika i wtedy wszystko będzie OK.
Czekaliśmy, aż tak się stanie i chyba faktycznie tak się stało. Piękne Signum przestało gasnąć, a zaczęło ochoczo rechotać, jak na rasowego diesla przystało. Sympatyczny Anglik przestał być zatroskany. Jeszcze raz uścisnęliśmy sobie dłonie, Adam z Pauliną wsiedli do ich nowego samochodu i odjechali. Ja uczyniłem to samo, z tym że czarnym, siedmioletnim mondeo.
Zakup się udał.


W domu u Adasia i Pauli zjadłem zupę, obejrzałem kawałek batmana, kawałek meczu (grało Wybrzeże Kości Słoniowej z jakimś tam innym afrykańskim zespołem, chyba krokodyle sp. z o.o.) po czym pożegnałem się i wyszedłem na zewnątrz. Czas wracać do domu, nakarmić kota, zjeść kanapkę posmarowaną cieniutko białym serkiem z plasterkiem żółtego sera w dziury, umyć zęby i przyczesać włosy. Przed domem stał piękny Opel Signum. Wielkie czarne kombi prezentowało się znakomicie z profilu. Teraz milczał, ale czuło się w nim potencjał krzyku na jakieś 200 km/h. Po drugiej stronie ulicy czekał na mnie mój Mondeo. Odpaliłem silnik, wrzuciłem jedynkę i ruszyłem w stronę Doncaster.
– Wiesz, ty też jesteś piękny, tak ładnie potrafisz przyśpieszać i tak ładnie pić benzynę, to tak jak ja, kiedy wpadam do alejki magazynu Next, pchając troleja i kiedy wpadam do domu, gdzie w zamrażarce chłodzi się wódka.
Skręciłem w główną ulicę, dodałem gazu, wrzuciłem piątkę i zacząłem zastanawiać się nad wariatami mówiącymi do własnych samochodów.

 

koniec


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Marcin Sierszyński
Marcin Sierszyński 26 lutego 2011, 13:08
rozluzować - atmosferę raczej się rozluźnia. Oh - och. Warto przejrzeć jeszcze raz tekst, zważając na światło między znakami oraz myślniki oddzielające wypowiedzi postaci od verbum dicendi.

W odbiorze zaczął mi przeszkadzać niespójny język, mieszasz kolokwializmy ze słowami jednoznacznie literackimi, niektóre zdania są niepotrzebnie (oraz nieumiejętnie) rozbudowane, co powiększa chaos.

Jednak ma swój urok ta historia! Łatwo wpadają w pamięć charakterystyczne postaci i miejsca. Tylko główni bohaterowie wydają się niedopracowani, sztuczni, jakby stali gdzieś dalej niż np. szef komisu - ten jest jak najbardziej namacalny. Przy okazji szczypta humoru dodaje niezbędnego smaku opowiadaniu.
dominika ciechanowicz
dominika ciechanowicz 27 lutego 2011, 12:51
Zerknij sobie tutaj: www.wywrota.pl/db/artykuly/18168_manifest_kierowcy…
i popraw tekst zgodnie z wytycznymi. Od razu będzie się łatwiej czytało.
olivia 27 lutego 2011, 14:08
Problem jest taki, Ze Autor ma klopoty z edytorem i myslniki mu uciekly, dopisal je pozniej, ale juz krotkie. Entery tez zniknely. Kontaktowal sie ze mna w tej sprawie.
Zobowiazuje sie poprawic tekst w kontekscie formatowania. Ale jutro. Dzis nie moge, nie mam czasu.

Natomiast nie ingeruje w tresc, wiec jesli Autor ma ochote jeszcze zmieniac cos w stylistyce, czekam na poprawki. :) Istnieje na szczescie opcja edycji.
Michał Warchoł
Michał Warchoł 1 marca 2011, 14:25
dziękuje za opinie
olivia 1 marca 2011, 16:00
Teraz czekamy na nowy tekst. :)
1 134 wyświetlenia
przysłano: 24 lutego 2011 (historia)
Michał Warchoł

Michał Warchoł

40 Doncaster, uk
3 teksty 8 komentarzy

Inne teksty autora

zazdrość

Michał Warchoł, opowiadanie

spacer nad oceanem

Michał Warchoł, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło