Po drugiej stronie wąwozu. (opowiadanie)

Mirek Kuzera

Nadpalony manuskrypt.

Lucille pożerała właśnie kolejne kęsy sałatki śledziowej, gdy z zewnątrz dobiegł spazmatyczny kobiecy wrzask. „Znowu to samo”, pomyślała, usiłując nabić na widelec kawałek cebuli. Nie było jej dane zakończyć posiłku, gdyż zaledwie chwilę potem złożono jej bardzo nieoczekiwane odwiedziny. W drzwiach stanął mężczyzna w dużym, postrzępionym kapeluszu. „Oj, tym razem to nie to samo”, pomyślała jeszcze raz i chciała się wycofać do pokoju, ale mężczyzna był szybszy. Zatrzasnąwszy Lucille ostatnią drogę ucieczki popchnął ją na krzesło i zdjąwszy kapelusz usiadł naprzeciw. Przez chwilę oboje wpatrywali się w siebie badawczo. Przerażona Lucille i mężczyzna, którego twarz nie wyrażała żadnych emocji. W końcu ciszę tę przerwał nieoczekiwany gość.
- Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy. Przysyła mnie Cesarz kaloński. Kalonia jest w niebezpieczeństwie. Tylko ty byłaś ubiegłego lata przed bramą czasu i tylko ty możesz jeszcze raz tego dokonać. Chodź ze mną.
Kobieta wprawdzie nie rozumiała niczego, ale bez większych oporów poszła wraz z mężczyzną. Była ciemna noc. Mężczyzna gwizdnął i na ulicy od razu pojawiły się dwa konie. Oboje wsiedli i pognali przed siebie. Gdy dotarli do gór, mężczyzna rzekł.
- Dalej pójdziesz sama, ja nie mogę.
- Co się dzieje z Kalonią?
- Gdy dotrzesz do bramy czasu, tam się wszystkiego dowiesz.
Mężczyzna wsiadł na konia i odjechał. Lucille została sama ze swymi myślami. Ubiegłego roku rzeczywiście przeszła na drugą stronę tajemniczego wąwozu, ale po co miałaby znowu to robić. No cóż - pomyślała - póki nie przejdę, to się nie dowiem. Doskonale pamiętała drogę, jaką przebyła wówczas. Szła chyba pół dnia, gdy z oddali zauważyła znajomy wąwóz. Weszła weń i od razu zobaczyła, że ściany są pokryte niezliczoną ilością pięknych, kolorowych kwiatów. Gdy dotknęła jednego z nich, nagle wszystkie zerwały się do lotu. Okazało się bowiem, że to nie kwiaty, lecz różnokolorowe motyle pokrywają ściany wąwozu. Lucille przestraszyła się i odskoczyła. Zobaczyła wtedy, że w ścianie wąwozu jest otwór. Tego właśnie szukała. Przejścia na drugą stronę. Weszła do środka i po omacku stawiała krok za krokiem, gdyż w jaskini tej było całkiem ciemno. Zmorzona długim wędrowaniem w końcu przycupnęła pod ścianą i zasnęła. Obudziwszy się ponownie i nie wiedziawszy gdzie jest, wstała i kontynuowała swoją misję. Wreszcie wyszła na drugą stronę wąwozu.
- Jak dobrze znowu tutaj być - pomyślała i spojrzała przed siebie. Kraina, do której dotarła pokryta była rozległymi łąkami a na niebie świeciły dwa duże słońca. Jak i przed rokiem, Lucille ujrzała pasące się owieczki, a tuż przy nich siedział pastuszek Max i trzymał w zębach źdźbło trawy.
- Witaj Max - krzyknęła Lucille z daleka.
Pastuszek się odwrócił i zobaczywszy dziewczynę, uśmiechnął się, wstał i pobiegł na spotkanie z nią.
- Witaj Lucille. Co cię tutaj sprowadza. Myślałem, że już nigdy się nie zobaczymy, a tu taka miła niespodzianka.
- Nie myślałam też wracać tutaj, ale moja kraina, Kalonia jest w niebezpieczeństwie i tylko czas może nam pomóc. Zaprowadzisz mnie do starego schroniska? Muszę tam dotrzeć jak najszybciej.
- Oczywiście Lucy, z miłą chęcią pójdę z tobą.
Ruszyli przed siebie. Lucille pamiętała, że schronisko nie jest wcale tak daleko, ale jak się okazało szli parę godzin. Poprzednim razem gdy tutaj była, ogromne błyskawice przeszywały niebo i zdawało się, że świat się zapadnie. Tym razem świeciło piękne słońce, a w zasadzie dwa słońca, bo w końcu to kraina dwóch słońc. Weszli do środka i od razu przywitał ich stary barman Jack.
- Kogo ja widzę - rzucił gdy ujrzał Lucille. Dawno cię u nas nie było.
- Witaj Jack. Też się cieszę, że cię widzę. Zaprowadzisz mnie do bramy czasu?
- Co ci się tak spieszy, chodź tutaj, posiedzimy, pogadamy.
- Nie Jack. Moja kraina jest w niebezpieczeństwie, nie mam czasu na rozmowy, wybacz. Proszę, zaprowadź mnie do bramy czasu.
- Dobrze, skoro tak nalegasz.
Wyszli na piętro schroniska i Jack otworzył drzwi do jednego z pomieszczeń.
- Wchodź Lucille.
- Dzięki Jack. Teraz zostaw mnie sam na sam z czasem.
Drzwi się zamknęły i Lucille została w ciemnym pomieszczeniu, które już bardzo dobrze znała. Podeszła do lustra i przeglądała się przez chwilę, po czym rzekła.
- Witaj czasie.
Nastała cisza, długa, głęboka, cisza. Lucille to trochę zaniepokoiło. Nie po to tutaj przychodziła, żeby pogadać sama ze sobą. Tymczasem odezwał się głos z lustra.
- Witaj Lucille.
- Witam cię czasie.
- Wiem dlaczego do mnie przyszłaś. Pomogę ci.
- Ty wiesz, ale ja sama tak właściwie nie wiem. Podobno Kalonia jest w niebezpieczeństwie, lecz nie wiem co miałabym zrobić.
- Pamiętasz, jak powiedziałem ci, że nie mogę wyjawić ci co stanie się w przyszłości?
- Pamiętam te słowa - odparła Lucille.
- Dzisiaj mogę ci powiedzieć, że jeśli w ciągu kilku dni nie odnajdziesz słonecznego kamyka, nad waszą kraina na zawsze zgaśnie słońce. Taka jest klątwa nałożona na cesarza przez ducha kosmosu, gdy sprzeniewierzył się on jego woli.
- Ile mam czasu? Ile dni mi zostało i gdzie mam szukać?
- Nie mogę ci powiedzieć ile masz czasu. Idź za słońcem południowym, a gdy odnajdziesz walizkę z symbolem słońca zanieś ją do waszej krainy, do cesarza. On będzie wiedział co z nią zrobić. Idź, masz niewiele czasu.
Lucille pospiesznie wyszła z komnaty i nawet nie pożegnawszy się z barmanem i pastuszkiem wybiegła ze schroniska. Spojrzawszy na południową stronę nieba ujrzała jedno ze słońc. Nie chcąc tracić czasu, Lucille poczęła iść przed siebie, a gdy słońce zachodziło za horyzont przystawała na odpoczynek. Rankiem słońce pojawiało się w tym samym miejscu, w którym zachodziło, a Lucille szła przed siebie, tracąc powoli nadzieję, że jej się uda odnaleźć walizkę z kamykiem słonecznym. Umysł nurtowała wciąż myśl - ile jeszcze mam dni? Czy może już to się stało, już Kalonia tonie w ciemnościach? Po kilku dniach wędrówki Lucille straciła już nadzieję, nogi niemalże odmawiały posłuszeństwa, gdy za kolejnym pagórkiem ujrzała rozłożyste drzewo. Usiadła pod jego gałęziami chcąc odpocząć. Tymczasem gałęzie drzewa zniżyły się do ziemii i zakryły dziewczynę. Kora pnia się otwarła i Lucille została wciągnięta do środka. Przerażona spojrzała wokoło siebie i zobaczyła małego karzełka jak siedział przy stoliku i łuskał orzeszki. Spojrzał na dziewczynę i się uśmiechnął.
- Witaj Lucille. Połowa sukcesu za tobą. Dotarłaś do miejsca, gdzie ja przechowuję największe skarby kosmosu. Oto jest walizka z kamieniem słonecznym. Weź ją i wracaj do Kalonii. Jeśli uda ci się tam dotrzeć przed upływem czasu, wygrasz ty i cała Kalonia. Jeśli nie, to nie ujrzycie już słońca. Weź ją i idź prędko.
Lucille nie wiedziała co powiedzieć. Była zdezorientowana.
Podziękowała karzełkowi i odwróciwszy się wyszła na zewnątrz. Gałęzie drzewa się podniosły, a w Lucille wstąpiły jakby nowe siły. Wieczorem zasnęła zmęczona wędrówką. Gdy się obudziła, zauważyła, że jest w znajomym sobie miejscu. Popatrzyła przed siebie i zauważyła kolorowe motyle. Tak, dziwnym trafem znalazła się w wąwozie. Wokoło było jednak bardzo ciemno. Lucille przekonana była, że jednak nie zdążyła, że za mało dni miała na odnalezienie walizki. Zrezygnowana szła wąwozem, lecz gdy dotarła na koniec zobaczyła, że słońce jeszcze świeci. Tam czekał na nią znany już mężczyzna. Wsiadłszy na konie pomknęli oboje do pałacu cesarza. Lucille weszła przed jego oblicze i pokłoniwszy się od razu rzuciła pytanie.
- Cesarzu, czy zdążyłam? Ile miałam dni do tego, aby odnaleźć walizkę i oddać ją tobie? Cały czas drżałam czy zdążę.
Cesarz mruknął z aprobatą, gdy przekazała mu walizkę. Na zmęczonej twarzy kobiety malowała się duma zmieszana z przestrachem. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę i zapytała:
– Czy teraz, kiedy podołałam próbie, otrzymam odpowiedź na moje pytanie?
Mężczyzna milczał chwilę, jakby ważąc w ustach słowa, które miał właśnie wygłosić:
– Owszem. Odpowiedzią jest liczba siedemnaście.

 


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Radosław Kolago
Radosław Kolago 18 pazdziernika 2011, 18:18
O, kolejny konkursowy tekst! Brawo! :)

"Zatrzasnąwszy Lucille ostatnią drogę ucieczki popchnął ją na krzesło i zdjąwszy kapelusz usiadł naprzeciw. " - tutaj powtarza Ci się dwa razy pewna struktura, robi to raczej złe wrażenie.

"Przez chwilę oboje wpatrywali się w siebie badawczo. Przerażona Lucille i mężczyzna, którego twarz nie wyrażała żadnych emocji. " - te dwa zdania połączyłbym myślnikiem, bo pierwsze definiuje drugie i odwrotnie :)

Długie myślniczki w dialogach, kolego - pamiętaj o tym :)

Cesarz nie jest nazwą własną, to raczej tytuł, więc nie widzę potrzeby pisania tego z dużej litery.

Narracja Ci trochę szwankuje, używasz krótkich, bardzo lapidarnych zdań, to jest taka surowa literatura, która nie każdemu przypada do gustu. Przeskoczyłeś do tych gór w jednym zdaniu, może wypadałoby dodać jakiś dialog podczas podróży, czy osobiste przemyślenia bohaterki? Wydaje mi się, że rzucasz to wszystko zbyt wprost, czasami zdarzają Ci się również wstawki z języka jednoznacznie potocznego, co jest akceptowalne przy dialogach, natomiast w samej narracji już nieszczególnie.
"Szła chyba pół dnia, gdy z oddali zauważyła znajomy wąwóz." - tu masz błąd gramatyczny, proponuję: "Po trwającej pół dnia wędrówce wreszcie zobaczyła w oddali znajomy wąwóz."
"Tego właśnie szukała. Przejścia na drugą stronę." - to tez bym połączył myślnikiem, nagromadzenie krótkich sentencji w takim stopniu jest naprawdę deprymujące.

"Pastuszek się odwrócił i zobaczywszy dziewczynę, uśmiechnął się, wstał i pobiegł na spotkanie z nią." - Też jakoś bez polotu, gryzie się trochę. Może: Pastuszek odwrócił się - gdy zobaczył dziewczynę, na jego ustach zagościł uśmiech. Wstał i pobiegł na spotkanie gościa."

"Co cię tutaj sprowadza." - znak zapytania by się przydał.

Jeśli Czas jest tutaj bytem, powinien być nazywany z dużej litery, nie sądzisz?

"nad waszą kraina" - *krainą

"Taka jest klątwa nałożona na cesarza przez ducha kosmosu, gdy sprzeniewierzył się on jego woli." - jak w kilku innych fragmentach trochę Ci się czasy pomieszały w moim mniemaniu, lepiej brzmi po prostu: taką klątwę nałożył na cesarza duch kosmosu, gdy ten sprzeniewierzył się jego woli.

"a. Przerażona spojrzała wokoło siebie i zobaczyła małego karzełka jak siedział przy stoliku i łuskał orzeszki." - karzełka, KTÓRY*

"gdzie ja przechowuję największe skarby kosmosu.


Widzisz, o ile sam pomysł był nawet dobry, to realizacji zabrakło polotu, pomysłowości i jakiejś treści, popełniłeś wiele błędów, w dodatku ta historia jest jakaś taka płaska, bezbarwna.

Pozdrawiam serdecznie,
Radek.
dominika ciechanowicz
dominika ciechanowicz 27 pazdziernika 2011, 08:41
Jakoś mnie nie wciągnęło, szczerze mówiąc. To nie mój typ literatury chyba po prostu.
905 wyświetleń
przysłano: 17 pazdziernika 2011 (historia)

Mirek Kuzera

41 Rybnik
5 tekstów 2 komentarze

Inne teksty autora

mglisty poranek

Mirek Kuzera, wiersz

13 grudnia 1981

Mirek Kuzera, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło