Kraina (opowiadanie)

Dżastin

Nadpalony manuskrypt ;)

 

 

Lucille pożerała właśnie kolejne kęsy sałatki śledziowej, gdy z zewnątrz dobiegł spazmatyczny

kobiecy wrzask. „Znowu to samo”, pomyślała, usiłując nabić na widelec kawałek cebuli. Nie

było jej dane zakończyć posiłku, gdyż zaledwie chwilę potem złożono jej bardzo nieoczekiwane

odwiedziny.
– Musisz ocalić krainę przed niebezpieczeństwem. – Usłyszała pełne patosu oświadczenie

młodego porucznika w lekko zbyt obcisłej dolnej części munduru. Tym razem to nie był

fałszywy alarm. Lucille, która nienawidziła swojego imienia równie mocno jak ojca, który je dla

niej wybrał, uniosła jasną brew w wyrazie niejednoznacznie wskazującym na uprzejme

zainteresowanie wiadomością lub też lekkie rozbawienie widokiem. Ostatecznie jednak,

zamiast odpowiedzieć, odwróciła głowę w stronę okna i zrezygnowana odsunęła od siebie talerz

z sałatką. Oparła brodę o puszkę Pepsi i czekała. Sekundy dłużyły się w ciszy, gdy nadejść

miały kolejne, błyskotliwe słowa porucznika. Niemal słyszała konflikt w jego głowie.

Westchnęła. Zauważyła, że małe robaczki zaczęły wspinać się po odrapanym parapecie,

i znudzona do granic wytrzymałości liczyła je za pomocą wykałaczki. Nie przypominały ani

karaluchów, ani też mrówek. Lucy rozpoznała w nich małe dinozaury, te roślinożerne, o długich

szyjach i przekraczających długość całego tułowia ogonach. Diplodoki maszerowały

harmonijnym tempem, a każdy z nich trzymał w pysku ogon kroczącego przed nim

i dobrowolnie swój ogon poddawał delikatnemu uściskowi zębów kroczącego za nim. Wielkie,

czarne oko oddaliło się nagle ze stałej pozycji obserwatora i drewniana kłoda zatrzymała

pochód. Jedną ręką wciąż przytrzymując wykałaczkę, Lucy sięgnęła po niewielką wyściełaną

trawą szklaną kulę. Następnie upuściła wykałaczkę i otworzyła dłoń, na której zaczęły powoli

gromadzić się zielone „robaczki”. 

– Niesamowite... – wyrwało się ciemnowłosemu mężczyźnie, który nie mogąc ulec pokusie 

ciekawości, stopniowo zbliżał się, by przystanąć zaledwie metr od Lucy i zaglądać jej przez

ramię. Odwróciła głowę i obdarzyła go spojrzeniem po raz drugi, lecz tym razem nie kryła już w

nim politowania. Zbity z tropu żołnierz odskoczył do tyłu i zatrzymał się przy drzwiach,

wyprostowany jak struna. Znów za słowa posłużyć jej musiało westchnienie. Wyjrzała przez

okno i puściła oczko do osóbki wydającej z siebie regularne, „spazmatyczne” okrzyki, a której

już powoli zaczynało brakować zarówno oddechu, jak i cierpliwości. Ta w odpowiedzi dotknęła

czoła w porozumiewawczym geście, po czym machnęła ręką, jakby chciała powiedzieć „skoro

muszę.” i weszła do starej szopy, znajdującej się przy prawym skrzydle ich okazałego domu.

Lucy podniosła z krzesła czerwoną, metalową walizkę i cisnęła ją w kierunku porucznika.

Dłonie młodego mężczyzny cechowały się znacznie szybszym refleksem, niż jego umysł.

Chwycił ją w locie, po czym skinął głową w geście pożegnania i opuścił pokój bez słowa.

Wzrok dziewczyny padł na poskręcane płaty śledziowe w sosie śmietanowym, na które

jeszcze przed kilkunastoma minutami miała tak wielką ochotę. Przed oczyma stanęły jej

ponownie słowa zapisane na starym, wyświechtanym papierze. To niemożliwe, aby miały

proroczą moc. Wiedziona nagłym przypływem nieznośnej irytacji, złapała za talerz i rzuciła nim

z całych sił przez okno, niczym dyskiem frisbee. Po przebyciu imponującego dystansu stu

metrów talerz został złapany w locie. Tym razem jednak, bez jej wiedzy.

 

Lucy nienawidziła konceptu przeznaczenia, którego istnienie wpajano jej od dziecka. Każda

konsekwencja jest niczym siła wypadkowa złożona ze splotu wydarzeń o różnych kierunkach 

i wektorach, który nazywamy przyczyną. Nie miał znaczenia ich układ, nieoczekiwane zmiany 

okoliczności, zawahania przy decyzjach. Suma zawsze pozostawała jednakowa. Niezależnie 

od tego, jak usilnie walczyła, by nie poddać się powierzonej jej roli, ojciec zawsze pojawiał się

w momencie klęski, by drwiącym uśmiechem skłonić ją do zaprzestania starań. W żaden

sposób nie mogła uwierzyć, że kres Krainy jest tak nieunikniony. Według ojca, miała ona

zostać odkryta i zniszczona przez zachłanne ludzkie ręce tak, jak już wiele podobnych oaz

tajemniczości zniknęło już z powierzchni ziemi. Czy to jednak możliwe, że wszystkie

posunięcia ojca poprowadziły ją do nieuniknionego, dlatego właśnie, że podświadomie założył już, jak wszystko się zakończy? Przecież to nie przeznaczenie, tylko świadome działanie 

motywowane intencjami i pożądanym rezultatem. Pożądanym jedynie dlatego, że uznanym za

jedyny. 

– Nigdy! – krzyknęła do lustra, w którym ukazała się jej zdeterminowana twarz. Musi upewnić

się, że przełożony porucznika jest osobą godną zaufania. Nie była głupia. Wiedziała doskonale,

że wojsko nie jest dobrym gruntem pod inwestycję zaufania. Chociaż ta jednostka była

szczególna, nie wiedział o niej nawet ojciec. Jeśli całą operację uda się przeprowadzić w ścisłej

tajemnicy… Chwyciła za niewielką torebkę, otworzyła z trzaskiem drzwi i zbiegła po długich

schodach. Kilka metrów przed drzwiami zatrzymała się gwałtownie, gdy ujrzała stojącą przy

nich młodszą siostrę. Młoda osóbka wyciągnęła do niej dłoń, w której spoczywał kawałek

zwiniętego papieru. Lucy uśmiechnęła się z podziwem dla ogromnego wysiłku, jakim

z pewnością okazało się dla niezdarnej nastolatki zdobycie od ojca tej wiadomości. Była bardzo

ciekawa, jak jej się to udało, ale nie było teraz czasu na opowieści. Porozmawiają o tym

później. Tymczasem, chwyciła tylko cenny kawałek papieru i wybiegła przez drzwi wejściowe,

żegnając siostrę najbardziej optymistycznym wyrazem twarzy, jaki mogła z siebie obecnie

wydobyć. Wiedziała, że poza nią i ojcem, przy życiu pozostał tylko jeden człowiek, który

postawił stopę na zaginionym lądzie. Była pewna, że oryginał manuskryptu znajduje się właśnie

w jego posiadaniu i dopóki tak pozostaje, rękopis jest narażony na kradzież. Zbyt wielu ludzi

próbuje posiąść treść tajemnicy, nawet, jeśli on sam jej nie pamięta. Musiała go ostrzec.

 

Gdy porucznik Tajnej Straży Cesarskiej zamknął oczy tej nocy, nawedził go niesamowity

sen. Jego stopy zanurzone były po kostki w błyszczącej, białej substancji, która pokrywała

całość podłoża. Mimo to, stawianie kroków nie sprawiało mu żadnej trudności. Co więcej,

wydawało mu się, że kroczy z magiczną płynnością i lekkością, zupełnie, jakby jakaś nieznana

siła prowadziła go w tym samym kierunku, w którym sam chciał podążać. Mnogość barw

i kształtów, która go otaczała, pomimo, że nigdy wcześniej nie ukazała się jego oczom, była

dziwnie znajoma i przyjazna. Spacerował w zwolnionym tempie w takt egzotycznych dźwięków

składających się na melodię zapraszającą go do lekkiego tańca. Słyszał w niej nuty Chopina

i Straussa, Paderewskiego i Bacha, mógłby nawet przysiąc, że z oddali nawołują go słowa

Osieckiej przeplatające się z modlitwą Dylana. Gdy powoli otworzył ciężkie powieki, ogarnęło

go uczucie spokoju i wewnętrznej harmonii. Nie był pewien, czy godzien jest misji, którą będzie

musiał wykonać, nie miał już jednak wątpliwości, że to magiczne miejsce musi być chronione

przed niszczycielską ludzką chciwością. 


Lucy z całą delikatnością i uwagą, jakie udało jej się z siebie wydobyć po długiej, męczącej

podróży, uchyliła drzwi wejściowe niewielkiego, nowoczesnego domu na przedmieściach

miasta. Nie różnił się on wyglądem od dziesiątek innych, wybudowanych tu całkiem niedawno,

ale stał na dużej działce na skraju lasu, w znacznej odległości od pozostałych, zupełnie, jakby

jego właściciel nie przykładał wagi do stosunków sąsiedzkich. Wręcz przeciwnie, jakby

zależało mu na tym, aby stanowić część zamieszkującej tam społeczności, ale jednocześnie

pozostawać na uboczu i chronić swoja prywatność. „Nic dziwnego.” przeszło przez myśl Lucy,

gdy omiotła spojrzeniem niewielki, zagracony salon, który zdradzał wyraźny brak dbałości

o porządek. „Gości z pewnością nie zaprosiłabym tutaj”. Korzystając z faktu, że dom wydawał

się pusty, skierowała się na palcach ku drzwiom, które, jak jej się wydawało, musiały prowadzić

na strych. Gdy w końcu się tam znalazła, na podłodze dostrzegła niewielką walizkę, która

leżała otwarta obok porozrzucanych świec i niedopałków papierosów. Znieruchomiała

z zaskoczenia dziwnym widokiem. Wszędzie wokół, znajdowało się mnóstwo roztopionego

wosku zmieszanego z płatami starego przypalonego papieru. Podniosła jeden ze skrawków

i rozpoznała kilka znajomych słów. Westchnęła z ulgą. Jeśli nie on sam, to z pewnością los

zatroszczył się o utrzymanie treści manuskryptu w tajemnicy. 


Mel Fisher wpatrywał się w targany huraganowym wiatrem las za oknem masywnego czarnego

Land Cuisera. W dłoniach obracał niewielki talerz o zdobionych niebieskim, kwiatowym wzorem

krawędziach. Z intensywnie zamyślonym, nieobecnym wyrazem twarzy, sięgnął po foliową

torebkę zamykaną zgrzewem i włożył do niej naczynie. Był pewien, że poszukiwania nareszcie

dobiegły końca i cały wysiłek nie poszedł na marne. Jego myśli zmąciły przez moment wyrzuty

sumienia. Nigdy dotąd nie musiał uciekać się do takiego podstępu. Ale gra z pewnością warta

była „świeczki”. Kąciki jego ust uniosły się na moment w uśmiechu wywołanym prywatnym

żartem. Na siedzeniu pasażera znajdowała się otwarta walizka, a w jej środku widoczny był

stary manuskrypt. Miał zaledwie kilka stron, zapisanych ozdobnym odręcznym pismem na

grubym, lanym papierze. Każda karta oprawiona była starannie przezroczystą folią, chroniącą

jej pożółkłą, kruchą powierzchnię przed zniszczeniem. Ręka Mela sięgnęła do kieszeni

granatowej wiatrówki, którą miał na sobie i wydobyła stamtąd niewielki poskładany kawałek

papieru. Wydawał się być równie wiekowy, co rękopis. Gdy go rozłożył, jego oczom ukazał się

ciąg liczb:

 

50; 6; 83; 45; 13; 45; 59; 22; 27; 91; 39; 57; 22; 27; 44; 61; 54; 91; 32; 6; 45; 7; 91; 57; 32; 7; 91; 39; 6; 66; 57; 91; 102; 22;

39; 27; 22; 57; 54; 6; 50; 59; 32; 13; 102; 22; 57; 13; 83; 7; 91; 78; 32; 3; 32; 91; 57; 32; 7; 78; 91; 59; 3; 6; 102; 22; 57; 83; 91; 102; 22;

 

To były numery wersów, co do tego nie miał wątpliwości. „Jakkolwiek błyskotliwie udało mu się

ukryć poszczególne wskazówki, to do szyfrowania się wcale nie przyłożył.”, pomyślał Fisher.

Miał nadzieję, że nagranie, które z tak wielkim trudem udało mu się zdobyć, zawiera ostatnią,

kluczową dla odkodowania informacji, wskazówkę: najprawdopodobniej liczbę liter w wersie.

Z wnętrza walizki wydobył przenośny komputer, którydo tej pory ukrywał się pod bezcennym

manuskryptem. Otworzył go, wziął głęboki oddech i odtworzył plik video. 

 

Gdy uchyliły się drzwi szopy, do ciemnego pomieszczenia gwałtownie wdarł się oślepiający

słup światła. Padł prosto na przygarbionego człowieka, o zmęczonej i przeoranej

doświadczeniem twarzy, której uniesiony nagłym ruchem powietrza kurz, nadawał poprzez

zmiękczenie konturów, tajemniczego majestatu. Poświatę przeciął cień sylwetki drobnej

osóbki, zbliżającej się do dostojnego starca. Po kilku głębszych oddechach nabrała odwagi,

by w końcu podnieść wzrok i spojrzeć ojcu w oczy. Ręce wciąż jej jeszcze drżały, gdy uniosła

je przed sobą. Cesarz mruknął z aprobatą, gdy przekazała mu walizkę. Na zmęczonej twarzy

kobiety malowała się duma zmieszana z przestrachem. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę

i zapytała:

– Czy teraz, kiedy podołałam próbie, otrzymam odpowiedź na moje pytanie?
Mężczyzna milczał chwilę, jakby ważąc w ustach słowa, które miał właśnie wygłosić:
– Owszem. Odpowiedzią jest liczba siedemnaście.
 


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Radosław Kolago
Radosław Kolago 23 pazdziernika 2011, 14:45
Jeej, fajnie, że napisałaś! :)

Ten porucznik w ciasnych spodniach kojarzy mi się jednoznacznie z Davidem Bowie w filmie "Labirynt". W sumie trochę trauma.

Przecinek "po roślinożerne."

"przyśnił mu się niesamowity sen" - to jest trochę masło maślane, chociaż w pierwszym wyrazie ten trzon, jakim jest "sen", został przekształcony. Może to tylko moje czepialstwo :)

"„Jakkolwiek błyskotliwie udało mu się ukryć poszczególne wskazówki, to do szyfrowania się wcale nie przyłożył.” pomyślał Fisher. - przecinek po zamykającym cudzysłowie.

*się zdobyć.


Jestem pod ogromnym wrażeniem, wykorzystałaś chyba potencjał nadanych ram w stu procentach - o coś takiego mi chodziło, tekst napisany z inwencją, polotem i dbałością o jakość. Jest to nie tylko świetny tekst konkursowy, ale ogólnie jeden z najlepszych utworów, jakie miałem okazję czytać w prozie ostatnimi czasy.

To opowiadanie z całą pewnością intryguje, przedstawia bowiem kilka wątków i sytuacji, które łącza się w postaci walizki, manuskryptu i ciągu liczb. Fascynujące, tajemnicze, pomysłowe.

Wielkie brawa!
Dżastin
Dżastin 23 pazdziernika 2011, 15:37
Dziękuję bardzo. Miło mi to czytać, "z twojej klawiatury".

Poprawki wprowadzam.

A ciąg liczb jest do rozszyfrowania :D Jeśliby się komuś nudziło ;)
Radosław Kolago
Radosław Kolago 23 pazdziernika 2011, 15:53
Podejrzewałem, że to jest rodzaj ciągu, nawet próbowałem to przez chwilę rozgryźć, ale żaden ze mnie matematyk i szybciej dostałbym wylewu, niż rozszyfrował ten szereg. Ale koncept niesamowity, winszuję.
dominika ciechanowicz
dominika ciechanowicz 27 pazdziernika 2011, 08:38
A jak nikt nie rozszyfruje, to podpowiesz?
Dżastin
Dżastin 27 pazdziernika 2011, 12:49
Jasne :)
Dżastin
Dżastin 27 pazdziernika 2011, 13:10
To nie jest trudne, ale jest dużo liczenia, więc nie sądzę, żeby się komuś chciało.

Magiczna liczba siedemnascie, to jak już wiadomo, numer pożądanej literki w wersie manuskryptu (liczymy od lewej tak, jak piszemy). A rządek to liczby mówiące kolejno, z których wersów mamy wyłuskać te właśnie literki.

Na ten przykład pierwsza liczba to 50, czyli wers piećdziesiąty (od góry) - litera siedemnasta.
czyli ... P

Mam nadzieję, że mimo moich usilnych enterów, kochany edytor nie namieszał mi w wersach :)
Radosław Kolago
Radosław Kolago 27 pazdziernika 2011, 15:54
Jejku, ale ja jestem głupi, przecież wskazówka jest w samym tekście! :D

Już drukuję i będę liczył :)
Wiktor Smol
Wiktor Smol 27 pazdziernika 2011, 17:09
ten manuskrypt powinien był się bardziej nadpalić tak, aby zginął nadmiar przymiotników w przy-nudnawym tekście, w który napakowałaś efekciarskich 'dodatków'.
Jak dla mnie tekst miałki, nudny i źle napisany.
Radosław Kolago
Radosław Kolago 27 pazdziernika 2011, 18:20
Wiktor, marudzisz, ten tekst jest kapitalny, szczególnie przy fakcie wykorzystania tak niesamowitego konceptu jak ten szyfr!


Daję słowo, ostatni raz byłem tak podekscytowany podczas oglądania The Goonies po raz pierwszy:

Pan Wywrotek do Thule zawiedzie każdego, kto dla przygody nie szczędzi serca godnego! :)
Wiktor Smol
Wiktor Smol 27 pazdziernika 2011, 20:20
Nie widzę niczego niesamowitego, no chyba, że za niesamowitą uznam pewną postawę wobec teksu Autorki i Autorki
:)))
Dżastin
Dżastin 27 pazdziernika 2011, 20:52
Mam nadzieję, że Pan Wywrotek wybaczy mi uwikłanie go w historię i nieproszoną wizytę ;)
1 228 wyświetleń
przysłano: 23 pazdziernika 2011 (historia)
Dżastin

Justyna Białogłowicz Dżastin

32 Obecnie na wygnaniu - Atlanta
55 artykułów 8 tekstów 143 komentarze
Wywrotowiec z La Manchy justyna@wywrota.pl
Zasłużeni dla serwisu

Inne teksty autora

Potok (pantum)

Dżastin, wiersz

Gabriel

Dżastin, wiersz

Brat Pana Wywrotka - Psychoanaliza

Dżastin, opowiadanie

Rewolucja

Dżastin, opowiadanie

Ennen no Mai

Dżastin, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło