W korku (opowiadanie)

Amarcord

strumień świadomości człowieka ogarniętego pewną obsesją.
W KORKU

(tan, tanadan…) Podchodzę do drzwi szybkim krokiem. Nie biegnę. Energicznie wysuwam nogi do przodu. Wreszcie dosięgam drzwi, naciskam przycisk domofonu – tak jak zawsze – trzy razy. Staram się, aby przerwy między dźwiękami nie były zbyt krótkie. Dzwonek – oddech – dzwonek – oddech – dzwonek. Dzwoniąc zachowuję się normalnie, pogwizduję cicho, jestem spokojny. Czekam; po krótkiej chwili słychać trzask i jej głos, który pyta: „Kto tam?” zachowując wszelkie pozory naturalności, a jednak wyczuwam, że jest zła. Odpowiadam, wesołym tonem, tak jak zawsze od tylu lat: „To ja, kochanie!”, ale przy „kochanie” mój głos brzmi jakoś dziwnie, łamie się, odnoszę wrażenie, jakby należał do kogoś innego, jest sztuczny. Nie odpowiada, wyczuwam nerwowość w tym milczeniu, co jest nieracjonalne, bo przecież nigdy nie odpowiada, zawsze od razu wciska przycisk otwierający drzwi. Pcham je i słyszę w głośniku suchy trzask odkładanej słuchawki domofonu. Jeszcze przez krótką chwilę stoję zastanawiając się, co jest inaczej, co się zmieniło, skoro wszystko wygląda dokładnie tak, jak zawsze. Pojedyncza, oderwana od kontekstu innych chwil, chwila. Zatrzymanie czasu – obraz: ja w drzwiach, ciemno, głęboki cień skrywa moją twarz, jeszcze na plecach czuję parcie mroźnego powietrza, ale już przyciąga mnie nęcące ciepło i żółte światło klatki schodowej (jak światło tych latarni), odrapanej, niechlujnej, o ścianach popisanych flamastrami, a jednak kuszącej, oznaczającej bliskość domu. I w tym chwilowym, przelotnym obrazie, w tej wieczornej impresji, ja - to tylko pozornie ja, to mógłby być ktokolwiek inny, bo przecież wielu ludzi w tym mieście i w tym kraju przeżywa podobne chwile, gdy stoją w drzwiach z zamiarem wejścia. Ale kiedy czas rusza do przodu, drzwi zamykają się, a bohater, podmiot tej chwili, podejmuje swoją wędrówkę, idzie do swych spraw, do swych zmartwień i radości. I wtedy już każdy jest sobą; ale tu i teraz, w tej chwili, jestem jeszcze kimkolwiek i próbuję się temu uczuciu oddać. Nie udaje się. Muszę już iść na górę, będzie się zastanawiać dlaczego tak długo mnie nie ma, jeszcze bardziej się w niej wszystko wzbierze. Wszystko musi się rozegrać tak jak zwykle, jak co dzień. Dzwonię do drzwi, energicznie i pewnie (może trochę zbyt pewnie), po chwili otwiera: uśmiecham się i zbyt głośno witam ją. Cały mój pozorowany spokój opada ze mnie gdy widzę zaciśniętą kreskę jej ust i oczy pod ściągniętymi brwiami. Kiedy jest zła zawsze milczy, dławi wszystko w sobie, połyka, a wolałbym, żeby wybuchła, żeby zaczęła kląć i wymachiwać rękami; mógłbym znieść nawet policzek (ale tylko za zamkniętymi drzwiami, żeby mieć pewność że sąsiedzi)…

Taka jazda jest monotonna, denerwująca. (tam, tam, taradam…) Złość jest bezcelowa, lepiej kilka razy głęboko odetchnąć, spróbować myśleć o czymś innym. To miasto się dławi, dusi się, połyka własny język. Ledwo ruszę, już znowu czerwone, jaskrawe oka zmuszają mnie do raptownego przyhamowania. Mija dłuższa chwila, czasem minuta, aż oka gasną i znów pokonujemy w tym żmudnym tańcu kolejnych kilka metrów. Pewnie, że każdy reaguje tak samo, wciska klakson, uderza pięścią w kierownicę, ale tym tylko niepotrzebnie denerwuje siebie i innych. Potem przechodzi pierwsza złość i następuje długi okres rozdrażnienia, mija pół godziny, podczas której ma się coraz silniejszą ochotę wysiąść z samochodu i zostawiwszy go na ulicy iść dalej na pieszo. Co chwilę się wzdycha, kręci głową, cmoka, niecierpliwi, patrzy się na zegarek, bębni nerwowo palcami. W końcu jednak i to przechodzi, po czym pojawia się rezygnacja. Wszystko jedno – rusza się, hamuje, potem znowu rusza i znów hamuje i już przestaje oczekiwać się końca, nadchodzi zobojętnienie. Patrzy się tępo w niebo i pozwala myślom krążyć, dopóki samochód przed tobą nie ruszy z miejsca, wtedy zwalnia się hamulec a koła wykonują kilka lub w najlepszym razie kilkanaście leniwych obrotów. W gruncie rzeczy nie ma się co denerwować, siła wyższa. Radio nie gra, bo tylko drażni; można się za to wsłuchać w monotonne bębnienie deszczu o szyby, można obserwować jak krople rozbijają w kilka delikatnych, regularnych kształtów odblaski czerwonych świateł samochodu, który jedzie przed tobą, a potem patrzeć jak wycieraczki jednym pociągnięciem zmywają te abstrakcyjne kompozycje z szyby, dopóki kilka następnych kropel nie stworzy nowej. W gruncie rzeczy, po chwili namysłu, skoro i tak już wszystko mi jedno, dochodzę do wniosku, że takie wyciszenie jest wartościowe. Zazwyczaj nie ma się czasu na takie rzeczy, wszędzie się pędzi, goni. A teraz – proszę; gdy nie masz wyjścia, jesteś zamknięty w samochodzie i zmuszony do powolnego przesuwania się o kilka metrów, masz okazję i czas żeby się przyjrzeć tym drobnym cudom natury. Gdyby nie to, że muszę tkwić w tym zatorze, nawet przez myśl nie przeszłoby mi, żeby przyjrzeć się niebu, które ma tak niesamowity ciemnogranatowy, soczysty kolor. Dla mnie noc zawsze była czarna; ale gdzież tu czerń, czerni nie ma w przyrodzie. Niebo jest granatowe, rozjarzone pomarańczowym światłem bijącym od latarni. Jaki to niesamowity widok, jak to wszystko rozmywa się w deszczu, ciekawe, czy tylko ja nie zwracałem nigdy na to uwagi, czy to dolegliwość powszechna. (tam, tam-tarirudam…)

Już dziesiąta, właśnie teraz powinniśmy pojawić się na przyjęciu, a jeśli tak dalej pójdzie, zajadę do domu na dwunastą i z przyjęcia nici. Zresztą, nawet gdybym teraz ruszył z kopyta, zajechałbym na dwudziestą drugą piętnaście, zanim byśmy tam dotarli byłaby za piętnaście jedenasta, a to zdecydowanie za późno; co prawda, może zdążylibyśmy na koncert, ale na to raczej nie należy liczyć, bo korek chyba nie ma zamiaru się rozładować jak na razie. Zależało jej na tym koncercie. Mówiła: „Tylko się nie spóźnij!” tym swoim tonem; nie lubię, kiedy go używa. Jakby to była moja wina. Zajeżdżam pod dom, wychodzę, zatrzaskuję drzwi, zablokowuję je pilotem. Podchodzę do domofonu, wciskam guzik raz, trzymam go długo, niech wie, że ja też jestem zdenerwowany, że nie udaję, że nic się nie stało. W jej głosie, gdy pyta: „Kto tam?”, oczywiście czuć złość, ale ja też postanawiam być zły, nie na nią rzecz jasna, ale ogólnie - na sytuację. Mówię tylko: „Otwórz!” i czekam na suchy trzask zwolnionej blokady spowodowanej wciśnięciem przez nią przycisku, czerwonego, na którym widnieje symbol klucza. Nigdy nie mówię tylko: „Otwórz!”, zawsze dodaję: „kochanie”, albo mówię to łagodniej, tym bardziej, kiedy ktoś przy mnie stoi, ale tym razem chcę, żeby wiedziała, że jestem wkurzony. Czekam dłużej niż zawsze, w końcu drzwi otwierają się, widocznie moja zdecydowana odpowiedź wywarła na niej wrażenie, ale gdy zaczynam wchodzić na górę, moje kolana miękną. Nie pokazuję po sobie niezdecydowania, dzwonię energicznie do drzwi, a kiedy otwiera, nie pozwalam jej dojść do słowa. Nie patrzę na nią, boję się zobaczyć znowu tę wąską, zaciśniętą kreskę ust, wchodzę tylko do przedpokoju, klnąc na miasto, na komunikację, na wszystko. Mój głos trochę drży, ale może to i dobrze, niech myśli że rzeczywiście jestem rozdrażniony. Nigdy tak się nie zachowywałem, to zbija ją z tropu; w końcu, kiedy patrzę na nią, linię ust ma spokojną a oczy łagodne, ale nie odzywa się. Wzdycham i przestaję krzyczeć, wtedy następuje chwila ciszy, długa i dosyć krępująca, aż wreszcie ona, zwykłym, naturalnym głosem, mówi tylko: „Spóźniliśmy się na koncert.” I słowa te sprawiają, że czuję się winnym; wybucham, że to nie ode mnie zależało, że ja również chciałem usłyszeć ten koncert, ale że to naprawdę nie moja wina, i zanim zdążyłem się zorientować, już usprawiedliwiam się i tłumaczę. Patrzy na mnie spokojnie, ale ten wzrok dusi mnie i kłuje, czuję w nim wyrzut i ironię. Nienawidzę, kiedy tak patrzy, milknę, słabnę, wiotczeję. Żółte iskry.

Tak, to wygląda jak żółte iskry. W snopie światła padającego z reflektorów samochodu deszcz wygląda jak żółte iskry, które pojawiają się by za moment zginąć i roztopić się w granatowej ciemności. Ale jeszcze bardziej niesamowity jest widok spalin, które unosząc się w snopie czerwonego światła tylnych reflektorów przeobrażają się w tajemniczy opar, w jakąś piekielną, nieziemską mgłę. Wygląda to jak na scenie w teatrze, kiedy wpuszcza się parę czy dym, sam nie wiem, a potem podświetla to różnobarwnym światłem. Zaraz, zaraz, na początku „Taksówkarza” jest taka scena, kiedy w rytm tej sennej, przenikliwej muzyki, samochód powoli wyłania się z żółtych chmur jakiegoś oparu. Tak to właśnie teraz wygląda. Lepiej jednak nie angażować się zbytnio w obserwowanie tych efektów specjalnych, jakich użycza nam natura i noc, i miasto. Trudno co prawda oderwać się od niesamowitości wszystkich tych świateł i barw (o, nad horyzontem jeszcze widać bladą fioletową łunę!), tym bardziej kiedy zobojętniało się już na korek, na monotonny cykl dodawania gazu i zaraz potem gwałtownego przyduszania hamulca, ale nie należy zapominać o tym że… Boże mój, co ja chciałem powiedzieć? Często myśli w mojej głowie układają się w długie i zawiłe zdania, które staram się formułować precyzyjnie i literacko, aż w efekcie zapominam ich początku i sensu, jaki zamierzałem pierwotnie im nadać, przez co zamiast mądrze i zawile wychodzą groteskowo i ośmieszają mnie. Czemu nie myślę chaotycznymi urywkami zdań lub obrazów, czemu po prostu nie pozwolę mojemu umysłowi lecieć przed siebie w swoim zwykłym zagmatwaniu, tak jak zawsze kiedy jadę do domu lub do pracy i nie myślę o tym, żeby myśleć. A teraz, kiedy myślenie jest moją jedyną rozrywką, i obserwowanie, analizowanie, teraz staram się za wszelką cenę, choć nie wiem dlaczego, powstrzymać ten potop, przytłumić tą natrętną melodię, która od rana chodzi mi po głowie (tam, tam ti-tum…), chociaż o ile lżej i łatwiej byłoby pozwolić jej płynąć i obracać się, gnieść mój mózg, wyżymać, skręcać. Jak ja nienawidzę tej melodii! Raz usłyszana w radio prześladuje człowieka przez cały dzień, doprowadza to mnie do szału! Spróbuję o niej nie myśleć. Ta kobieta, w samochodzie za mną… Jej twarz jest niewyraźna w lusterku, i jeszcze w tym niesamowitym świetle, a kiedy wciskam hamulec czerwona poświata kładzie się jej na policzkach, chyba ją razi, bo mruży oczy, tak mi się wydaje. W ogólnych zarysach ta twarz trochę przypomina mi… Tak, ciekawe, co się z nią teraz dzieje. Pomyśleć – kiedyś szkoła, cztery lata, codziennie widywaliśmy się i chyba mieliśmy się ku sobie choć jakoś nigdy żadne z nas nie odważyło się pierwsze zahaczyć tego tematu. Mogłaby to być ona? Pewnie nie, zresztą, co by to miało znaczyć. Dawno nie myślałem o niej, a przecież jak inne mogłoby być życie, gdyby zamiast niej - ona… A teraz będę naturalny, nie będę udawać ani, że nic się nie stało, ani że jestem tak bardzo pewny siebie. Po prostu dzwonię tak jak zazwyczaj, trzy razy, wolno, zresztą nieważne jak, muszę się zmusić do tego, żeby nie myśleć o tym, jak mam się zachowywać. Po prostu zachowuję się naturalnie. Więc dzwonię, raz, dwa, trzy. Przerwa, suchy trzask, „Halo?”, „To ja, kochanie, otwórz.” Odpowiedź: „Nareszcie”, albo nie, żadnej odpowiedzi. Otwierają się drzwi i znowu trzask (suchy), szum z głośnika milknie, słychać wiatr, krople deszczu. Niesamowita jest cisza, jej różne aspekty. Wydaje nam się w różnych sytuacjach, że jest cicho, ale kiedy coś się zmienia, milknie jakiś delikatny szum, do którego byliśmy przyzwyczajeni, nagle okazuje się, że cisza zmienia swoją barwę. Na przykład kiedy pracuję w nocy na komputerze, jest cicho, ona śpi, żaden dźwięk, oprócz stukotania klawiszy nie dociera do uszu. A kiedy wyłączam komputer okazuje się, że cisza zmienia się, zyskuje na głębi, wtedy odkrywam, że monotonny szum komputera, który przyzwyczaił mnie do swego ciągłego dźwięczenia, oszukał mnie i omamił każąc mi o nim zapomnieć i traktować jak ciszę. Dopiero wyłączając komputer zdaję sobie sprawę z jego dotychczasowej obecności. To dziwne, dopiero po jego zniknięciu dowiaduję się o nim, że był. To smutna refleksja, na przykład zmarli. Tak jest często ze zmarłymi, mamy ich, żyją, a potem odchodzą, i nagle dowiadujemy się, odkrywamy ku własnemu zdziwieniu, że byli, że istnieli, dopiero ich brak, pustka po nich, uświadamia nam ich byłą obecność, której nie dostrzegaliśmy. (tam, tam, taram…) Znowu ta melodia. Ona też ciągle jest, gdzieś w tle mojej chorej głowy. Zajrzyj do głowy człowieka a odkryjesz, czym jest chaos. A co z nią? Otwiera mi drzwi i patrzy tym swoim wzrokiem. Jest naga… Nie, co za myśli przychodzą mi do głowy. Ma na sobie domowe ubranie a suknia wieczorowa wisi na haku w przedpokoju, suknia w której dzisiaj miała się pokazać na przyjęciu i na koncercie. Wchodzę i też milczę, wzdycham. Patrzę na nią, rozkładam ręce. „Miałeś być na czas”. Nie, to banalne, nigdy tak nie mówi. Raczej milczy, tylko patrzy i czeka. A ja maleję pod tym spojrzeniem i topnieję jak lód. Może to właśnie moment, żeby jej powiedzieć: „Proszę, nie patrz na mnie w ten sposób. Wiesz, że to nie moja wina, a tym spojrzeniem tylko mnie…” …jakie słowo dobrać? …krępujesz? …pomniejszasz? A może – „…tym spojrzeniem tylko wywołujesz we mnie poczucie winy.” Oczywiście że wywołuje, na Boga, przecież o to jej chodzi, dobrze o tym wie. Ale jej oczy trochę łagodnieją. Mimo wszystko dawno już minął czas, kiedy rzuciłaby mi się na szyję, przeprosiła. Właściwie czemu ma przepraszać? Niby za co? Zawsze każdemu się wydaje, że to druga strona zawiniła. A przecież to moje własne fobie. Pewnie wina zawsze leży po obu stronach. Więc tak: „Przepraszam cię, wiem, że jestem tchórzem, to moja wina, to są moje własne lęki…” Nie, to głupie. Co ja jej powiem? Nic jej nie powiem. „Słuchaj, od dawna nie umiem z tobą rozmawiać.” Nic nie powiem. „Słuchaj, spóźniłem się, co z tego?” Nic nie powiem. „Słuchaj, porozmawiajmy, po prostu, dlaczego…?” Właśnie, dlaczego, dlaczego ja się jej tak cholernie boję? Tego jej milczenia, tego spojrzenia, tych ust, które całowałem wiele razy? To nie jest jej wina, ona jest jaka jest, to moje tchórzostwo… A może myślę tak przez nią, może to z jej winy jestem tchórzem? Znowu obwinianie, to pewnie reakcja tchórza. Nie, tym razem będę odważny, powiem jej po prostu, bez korzenia się, bez poczucia winy, że to nie przeze mnie, że to nie ja rozpieprzyłem się na drzewie powodując korek. Wciskam guzik od domofonu, raz, dwa, trzy, szybko, jeden po drugim. Trzask, jej głos, mój głos, cisza, dźwięk odblokowywanych drzwi, znowu trzask, cisza, wiatr. Tupot nóg po schodach, wbiegam szybko, rozluźniam się, rozchylam wargi, odrzucam w tył włosy. Czeka już w drzwiach… nie, nie czeka. Wprost przeciwnie - dzwonię, a ona zwleka z otwieraniem, w końcu otwiera i od razu odwraca się tyłem, odchodząc powoli do przedpokoju. Wchodzę, zamykam drzwi. „Co się stało?” pytam. „Koncert”, mówi zapłakana, a jej długie kruczoczarne włosy spływają wzdłuż policzków jak łzy. „Jaki znowu koncert?” pytam zdziwiony, niemal krzyczę, patrzę na nią surowo. „Mieliśmy jechać na koncert” – mówi cicho i pokazuje na suknię wiszącą na haku. Patrzę na suknię i przypominam sobie: „Ach, koncert, na śmierć zapomniałem…” Wpada w dziki szloch, siada na stołku kuchennym i spuszcza ramiona wzdłuż kolan, pochylając głowę. Podchodzę do niej i dotykam delikatnie jej miękkich, wilgotnych włosów. Są teraz blond, jasne, bardzo jasne, jakby spłowiałe, takie miała kiedyś w naszych czasach szkolnych, kiedy widywaliśmy się codziennie przez cztery lata, ale żadne z nas… To nie była ona, ale to nic. Nigdy nie było innej, dotykam tych jej włosów, a ona płacze i łzy, pozostawiając długie smugi, jak jasne, błyszczące pasy, ślady ślimaka, spływają wolno po przedniej szybie, a po chwili następne, i następne, rozbijają czerwone światła na drobne mozaiki, po czym zbiera je łapczywa wycieraczka.

Po otwarciu szyby jakby znikła cisza, czuję się mniej odizolowany od otoczenia. Jest to uczucie podobne do tego, jakie odczuwam rano, jadąc do pracy. Kieruję w półśnie, jeszcze omamiony nocą, okna są zamknięte, dźwięki przenikają do samochodu przefiltrowane, wyciszone. Mój umysł jeszcze odpoczywa, przygotowuje się do intensywnej pracy, która nastąpi później. Tak jakbym wciąż spał. Myśli biegną swobodnie, nie staram się ograniczać ich potoku, są nieświadome do tego stopnia, że później nawet nie pamiętam, o czym myślałem, pojawiają się i znikają, płyną miarowo jak strumień. A kiedy zatrzymuję samochód, otwieram drzwi i wysiadam, nagle bariera znika, otacza mnie zewnętrzny świat, mroźne powietrze orzeźwia mnie z odrętwienia, dźwięki bez żadnych przeszkód wnikają do uszu, silniki samochodów, klaksony, rozmowy ludzi stojących na przystanku, poranne życie miasta. Dopiero wtedy się budzę i nie jest to uczucie przyjemne. Wolę zamknąć okno i oddać się temu fascynującemu uczuciu odizolowania. Szum deszczu jest niesamowity. To tak jak siedzieć w domu, wieczorem przy zgaszonym świetle, gdy na zewnątrz szaleje burza. Staję przy oknie i patrzę na strumienie wody które spadają na świat ale ich dźwięk jest tak odległy, że wydają się mnie nie dotyczyć; czuję się bezpiecznie, dlatego tak lubię to wrażenie. Stop, dosyć tego. Tutaj nie jestem odizolowany, muszę uważać, żeby nie wpaść na tego renaulta przede mną. O czym to ja myślałem? O niej i o mnie. Sam już nie pamiętam, to był jeden z tych strumieni, które kierują się swoją własną logiką i kpią sobie z człowieka. Zdaje się, że wyobrażałem sobie, jak płacze. Cóż za nonsens. Ta melodia doprowadza mnie do szału.

( ……… )

Ach. Ciekawe, czy dojadę kiedykolwiek. Najdziwniejsze są te chwile zupełnej bezmyślności. Kiedy ma się już kompletnie dosyć, zresztą nie tylko wtedy, po prostu czasem zdarza się, że zatrzymasz na czymś oczy i wgapiasz się w to jak kretyn, dopóki jakiś impuls nie wyrwie cię z odrętwienia. Co się wtedy dzieje z mózgiem? Coś go blokuje? Może to po prostu chwila odpoczynku. Ale dlaczego niby odpoczynek ma polegać na bezmyślności? Nigdy nie lubiłem nudzić się. Odpoczywałem robiąc coś, czymś się zajmując, coś dłubiąc, no tak, ale nie zawsze miało to coś wspólnego z myśleniem, ale przecież każdy ruch ręką i każde drgnienie powieki rozpoczyna się w mózgu, więc właściwie nie ma chwili w życiu, kiedy mózg jest kompletnie pozbawiony aktywności. Może właśnie w chwilach takiego zapatrzenia… A może w niektórych fazach snu… Podobno podczas snu gałka oczna bezustannie porusza się. Ciekawe, czy podąża za obrazami, które się pojawiają w umyśle? Słyszałem opinię, że człowiek jest jedynym tak dziwnym stworzeniem, które kładzie się wypoczęte, a budzi zmęczone. Coś w tym jest, te poranne katusze kiedy trzeba wstać z łóżka, podczas gdy w głowie jeszcze szumi, ile się wtedy cierpi zanim zsunie się nogę w dół i poczuje zimno posadzki. Mój pies zawsze budzi się rześki i gotowy do działania, nie musi się myć, podczas gdy ja dopóki nie rozkleję oczu zimną wodą, jestem nie do życia. Dlaczego: mój pies, nie nasz, dlaczego myślę mój, kiedy on jest nasz? Sen zresztą jest rzeczą błogosławioną, prawdziwą ucieczką od wszystkiego, uwielbiam śnić, nawet jeśli są to koszmary. Świat we śnie zawsze jest spokojny, odpoczywam od stresu, no i od tej gonitwy myśli i następujących po sobie, nie dających mi spokoju pragnień; na jawie podczas pracy, kiedy tylko do czegoś się zabieram, już myślami chcę jak najszybciej zabrać się za coś innego, co nie pozwala skupić mi się na tym pierwszym, tak aby nie stracić ani chwili, ta pogoń i ten okropny strach przed zmarnowaniem czasu to moje przekleństwo, dopóki w końcu nie uznam za słuszne położyć się, wtedy zasypiam i spływa na mnie ten niebiański spokój. Jak dla mnie życie po śmierci mogłoby polegać na nieustającym śnie, mógłbym tak śnić przez wieki. Jakie to dziwne, że w czasie snu wszystko wydaje się naturalne, a po zbudzeniu uświadamiamy sobie kompletny absurd i brak logiki; zresztą, czy jest to naprawdę absurd czy tylko inny rodzaj logiki, do jakiego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Ta aura skłania do refleksji, i to ciągłe hamowanie i dodawanie gazu, na zmianę, monotonnie, do bólu, raz po razie, tak jak wciskanie dzwonka domofonu, raz, raz, raz, i jeszcze, i jeszcze, stoję przed wejściem na klatkę schodową i trzymam wciśnięty przycisk, tam, na górze, dzwoni nieustannie i doprowadza ją do szału, dlatego jej głos jest napięty, gdy odzywa się przemieniony poprzez druty i kable i całą tą nieznaną mi zupełnie elektronikę, głos poprzedzony suchym trzaskiem, podczas gdy ja wciąż tkwię bez ruchu, zamarły, trzymając wciśnięty przycisk domofonu, tak jak teraz hamulec, jej głos jest więc tym bardziej rozdrażniony, gdyż trzymając, tam na górze, słuchawkę przy uchu, słyszy ciągły, wibrujący dzwonek, choć dobrze zdaje sobie sprawę że przecież wiem, że już podniosła słuchawkę, mimo to dzwonię, dopóki czerwone jaskrawe oka, rozbite na tysiące części w mozaikę na przedniej, mokrej od deszczu szybie, nie zgasną dając dowód na to, że samochód przede mną ruszył do przodu, wtedy zwalniam hamulec i cofam się, mój palec oddala się o kilka centymetrów, a wciśnięty guzik powraca do swej pozycji sprzed wciśnięcia. Pyta „Kto?” ale nie odzywam się, wciąż z palcem nieruchomo zawieszonym w powietrzu, w cichej nocnej przestrzeni, pyta po raz drugi, aż wreszcie nie czekając na odpowiedź odblokowuje drzwi, nie przejmując się, że mogę to być nie ja, ale złodziej, morderca, gwałciciel, okropny i obleśny potwór z wyciekającą ze wszystkich otworów na twarzy zieloną galaretowatą mazią. Wchodzę na klatkę i powoli wdrapuję się po schodach, powłócząc nogami, jak pijany niedobry mąż, który wraca do domu o czwartej nad ranem, ale nie jestem przecież żadnym niedobrym mężem, tylko najzwyczajniej w świecie, bez mojej winy, spóźniłem się z powodu korka, który spowodowany został jakąś drobną stłuczką, ale jak wiesz, kochanie, w naszym mieście istnieje tylko jedno połączenie między lewą a prawą stroną, i wystarczy maleńka stłuczka, żeby zatkać przełyk, i miasto zaczyna się dławić i krztusić. W odpowiedzi widzę tylko wąską kreskę i ściągnięte brwi, ściągniętą kreskę i wąskie brwi. Może powiesz mi coś, cokolwiek, że jestem niesłowny i pomimo iż dobrze wiedziałem, jak ci zależało na tym koncercie, i na tym przyjęciu, gdzie mieli być nasi znajomi i nasi przyjaciele, z którymi spotykamy się na takich właśnie koncertach i przyjęciach albo innych podobnych imprezach towarzyskich, gdzie można pożartować i pośmiać się, i gdzie sprawy domowe odchodzą na bok i każdy odsuwa je, i że tak naprawdę tylko wtedy jeszcze czujemy się swobodnie razem, gdy pokazujemy się innym, tym naszym znajomym i przyjaciołom, tym naszym przyjaciołom i znajomym, tym naszym. O, na Boga, nie patrz w okno, gdzie jest ciemno, zobacz zbiera się rosa, rosa na szybie, którą po chwili zgarniają wycieraczki, wycieraczki jak dwie szable, jak siekacze słonia, jak dwa długie noże, jak wyciągnięte ramiona, które sięgają gdzieś w dal w mrok i w czerń, i znowu czerwone odblaski, żółte światła latarni które przemieszczają się powoli, powoli w tył, wodzę za nimi wzrokiem, spojrzeniem moich oczu, odwracam się, zamykam drzwi, przekręcam kluczyk, zbliżam się do klatki schodowej, naciskam przycisk domofonu, otwierasz mi, otwiera mi czyjaś dłoń, twoja dłoń, twoja ciepła dłoń madame, dłoń którą za chwilę ucałuję w uniesieniu, wbiegam na schody jak młody żbik i odrzucając torbę z zeszytami za siebie, zeszyty wysypują się i spadają na betonową posadzkę klatki schodowej, kartki szumią w gwałtownym rozgardiaszu i terkocą jak ptasie skrzydła, a ty już czekasz w drzwiach i rzucamy się sobie w ramiona, skaczemy ku sobie jak dwie puchate pandy, misie pandy, które zresztą nie są misiami, tylko krewnymi szopa. Więc raz, więc dwa, więc trzy, krótko i stanowczo, dopóki nie słychać trzasku i twojego głosu, który pyta kto tam, nie, nie wpuszczę cię, jest już późno, dziecko chce spać, kwiliło cały dzień, teraz prawie już zasnęło, proszę pana, dopóki pańskie szalone dzwonienie nie rozbudziło go i znów zaczyna krzyczeć. I cały nasz świat zaczyna krzyczeć, rozkrzyczał się zupełnie, kiedy pan zadzwonił, że ma pan dość tego wrzasku, żeby uciszyć tego bachora, i że co się w ogóle dzieje i co on tu właściwie robi skoro my nie mamy dzieci, a pani od mojego dzwonienia także rozpoczyna swój krzyk, prosta wąska kreska, jak wykrzyknik, wykrzyknik pani ust, niemy ale tak rozkrzyczany, że uszy puchną, i te pani krzyczące oczy, ściągnięte brwiami jak śrubą, niechże pani tak nie krzyczy, boli mnie od tego cała dusza, klekoce się we mnie i dygoczę ze zdenerwowania, mój Boże, jak ja nienawidzę mojej głowy, tych szalonych pędzących na oślep na złamanie karku bezsensownych pozbawionych treści tak jak długie ramiona które wyciągają się jak noże siekacze miecze tylko szlacht, i ciach, i mlach, sieką i tną, ścinają i rozcinają, zbierają czerwony pył, który na drobne rozpryskują coraz to nowe krople desz

Stop.

Coś tu się dzieje. Nic nie widać, ten deszcz tak zacina. Zaraz, zaraz… Tak, to chyba… Paskudna stłuczka. Czarny worek na drodze. Biedni ci policjanci, pomyśleć, że narzekam na swój fach, a ci, tak tutaj stać na deszczu i moknąć i jeszcze przed powrotem na kolację naoglądać się truposzczaków. Powinno już być luźniej, mam nadzieję. Przynajmniej czuć jakieś ożywienie w powietrzu. Jeśliby to była prawda. Tak, tamte samochody z przodu przyspieszyły. Wreszcie wolny.

Radio. Nawet nie wiem kiedy zniknęła z mojej głowy ta durna melodia. No tak, gdy tylko o niej pomyśleć, pojawia się znowu. (tam, tadam…) O, teraz świeże powietrze dobrze mi zrobi. Od razu lepiej, kiedy tak rozwiewa włosy; nigdy nie myślałem o tym, żeby się zachwycać nocnym powietrzem. Która to…? Może jeszcze zdążymy na koncert. Tak, najwyżej pięć minut spóźnienia, co.

Raz, dwa, trzy. Suchy trzask.


słaby 6 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
557 wyświetleń
przysłano: 11 maja 2001

Amarcord

39
2 teksty
Duży. Włochaty. Student. Zero wolnego czasu.

Inne teksty autora

Drewniany chłopiec

Amarcord, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło